Co jakiś czas słyszę, że współczesne dzieci to ciamajdy, niedorajdy, rozpieszczone leniuchy, księżniczki, co pracy unikają jak ognia i trudnią się głównie leżeniem na ziarnku grochu. Że nie ma już rycerskich chłopców, gotowych ponieść ciężkie siatki matce i w ogóle zadbać o świat lub choćby tylko o siebie.

Być może tak jest, że dzieci dzisiaj mają wszystkiego pod dostatkiem. To znaczy – materialnych rzeczy mają pod dostatkiem i nie w głowie im zabieganie o cokolwiek. Ale przecież te rzeczy od kogoś otrzymują. Zazwyczaj od rodziców. No, chyba, że nie otrzymują lub uważają, że otrzymują za mało. Wtedy zaczynają kraść. I dzisiaj właśnie o tym. O tym, jak dziecko sięga do kieszeni rodzica i zabiera to, co chce. Niekoniecznie przecież to, co mu się słusznie należy.

Pobierz zabawy uczące dziecko rozumienia wartości pieniądza »

Pogadajmy o szmalu

Wydaje się, że rozmowa o pieniądzach i stosunek dorosłych do nich są kluczem do postrzegania tej części życia przez dziecko. Międzynarodowy zespół badaczy z wrocławskiego Wydziału Uniwersytetu SWPS oraz z University Illinois w Chicago i University of Minnesota przeprowadził badania, z których jasno wynika, że dzieci nie rozumiejące jeszcze nawet wartości pieniądza, mając z nim do czynienia zachowują się samolubnie. Jednocześnie eksperyment wykazał, że te dzieci są bardziej wytrwałe w dążeniu do celu.

Co to znaczy „mając do czynienia”, skoro nawet nie potrafią policzyć ani nic kupić? To znaczy, że dzieci mogły pieniędzmi się bawić, układać je, segregować, po prostu z nimi obcować, dotykać, mieć w rękach. Druga grupa dzieci „mająca do czynienia” z innymi drobiazgami np. koralikami, guzikami, wykazywała większą chęć współpracy, większą dozę sympatii dla kolegów, chętniej się dzieliła, ale za to mniej wytrwale dążyła do osiągnięcia celu.

Takie badania pokazują, jak wielkie znaczenie ma dla dziecka obserwacja rodziców i świata, środowiska i jego reakcji na pieniądze. Skoro nie zna wartości, to bazuje tylko na odczuciach i zachowaniach widzianych w najbliższym otoczeniu. Niby zwykła rzecz: pieniądz, a jednak często przedmiot pożądania. Z pewnością narzędzie ułatwiające życie. Bezsprzeczny motywator działań. Teraz pokazują to także badania. Zatem, matko moja kochana, wychodzi na to, że trzeba się zdecydować. Czy chcesz mieć dziecko empatyczne i niekoniecznie wytrwałe w dążeniach do osiągania życiowych celów, czy wręcz odwrotnie. Albo, albo. Nie można mieć dziecka gdzieś tam pośrodku.

Podkrada czy kradnie?

Zastanawiam się nad tymi badaniami i zastanawiam. Czy coś w tym jest? Ja osobiście żadną ekonomistką nie jestem. Gdyby nie Marek, pieniądze w naszym domowym budżecie pryskałyby jak deszczówka przez dobrze odczyszczoną rynnę. Nie potrafię obliczyć, wyobrazić sobie kwoty, coś tam od czasu do czasu zaplanuję. Ale tak też sobie myślę, że gdybym miała słoik pełen wypolerowanych guzików, poukładanych, posegregowanych, kolorowych i błyszczących, to nie znalazłabym zrozumienia dla złodzieja. Ani chęci współpracy, ani empatii… nic. To co z tymi badaniami? Bycie okradanym przez własne (tym bardziej cudze) dziecko nie spotka się z moją akceptacją, choć uwielbiam eksperymenty społeczne i rozumiem, że czasem fajnie jest kraść.

Jak to fajnie? Obieram sobie talerz owców. Lubię tak. Jabłko, banany, kiwi, śliwki. Wszystko wypestkowane, w ćwiartki poukładane. Lubię tak. Nagle podbiega Karolina i podkrada mi bez pytania kawałek jabłka. Czy robię aferę? Nie. Czy martwię się takim zachowaniem? Nie. Czy akceptuję? Tak. I jeszcze mówię na zdrowie. Ukradła i fajnie, i mama się uśmiecha.

Robię sobie kanapkę. Głodna, wściekła, bo w korkach zeszły mi dwie godziny na mieście. Od śniadania nic nie jadałam. A wiadomo, że jak Polka głodna… 😉 Podbiega Karolina i zabiera (podkrada) mi kanapkę. Co robię? Krzyczę? Nie. Zaciskam zęby i robię drugą kanapkę wzdychając przy tym: „Na zdrowie, kochanie”? Też nie! O nie! Zwracam jej uwagę, że przynajmniej mogła zapytać. A ona się dziwi, bo przy innych okazjach nie zwracałam uwagi i się nie wkurzałam. Fakt. Masz rację, córeczko. Mój błąd. Będę zwracać uwagę przy każdej okazji. Nie bierz moich rzeczy bez pytania.

Jest przyzwolenie czy go nie ma?

Kradzież istniała na świecie od wieków. Biedni zabierali bogatym i klepano ich za to po plecach (patrz szlachetny Robin Hood czy nasz rodzimy Janosik). Jeszcze częściej bogaci zabierali biednym (patrz historia świata, Polski czy ZUS). O ile nie ma w mym sercu litości dla niektórych instytucji państwowych, tak jest chyba jakieś lekkie przyzwolenie na kradzież z biedy, z potrzeby i z konieczności. Może nie powinno we mnie tego przyzwolenia być, bo przecież zasady są jasne i jak zaczniemy je naginać, to skończy się totalną samowolką, prawda?

Ale tak z ręką na sercu, mamusiu. Czy nie zdarzyło ci się za dziecka zakraść się do sadu sąsiada i poczęstować pysznymi jabłkami, gruszkami lub śliwkami? Czy nie jest to jedno z milszych wspomnień dzieciństwa? Czy to była kradzież? Ależ oczywiście że tak. Z premedytacją, zaplanowana i zuchwała. Czy rozgrzeszasz się z tego? Bo ja tak 🙂

Jestem dorosła i potrafię dzisiaj nazwać rzeczy po imieniu. Taki niby niewinny szaberek jest owszem miłym wspomnieniem, ale nie można go nazwać inaczej niż kradzieżą. Nie wiem jak twój sąsiad, ale mój w żadnym razie nie dawał na to przyzwolenia. Bo i czemu miałby, skoro zabierałam i zżerałam często dla zabawy, bo przecież nie z głodu, dorobek jego życia. Dzisiaj go rozumiem, ale tych kilka(dziesiąt) lat temu bardzo mnie to dziwiło. Przecież to drobiazg, zaledwie kilka jabłek, żadna szkoda. Miał jeszcze cały sad.

Dlaczego zatem tak bardzo dzisiaj dorośli (ci biegający kiedyś po sadach i grządkach sąsiadów) oburzają się na to, że pociechy podkradają z portfela kilka złotych, czasem nawet groszy? Tak zwana reszta z zakupów nie zawsze wraca w takiej kwocie, jak powinna. Dzisiejsze dzieci raczej nie mają sadów, do których mogłyby się zakraść. Mają za to nasze portfele, słoiki z drobniakami i karty kredytowe.

Rodzi się zatem pytanie: czy wychowuję przestępcę, złodzieja, jeśli co jakiś czas znika mi z portfela kilka złotych? Wszystko zależy. Jak większość spraw w wychowaniu, kij ma dwa końce. Sama nie wiem, jak ustosunkować się do tego rodzaju zachowań. Nie mówię teraz o dzieciach, którym brakuje jedzenia, o dzieciach z marginesu, które (w swoim rozumieniu) zmuszone są do kradzieży. Mówię o dzieciach z tzw. dobrych domów, gdzie nie brakuje jedzenia, picia, ubrań i innych dobrodziejstw. Mówię o sporej grupie (nawet 20% dzieci w wieku 8-13 lat) podkradającej swoim rodzicom pieniądze.

Z jednej strony – uuufff, to całkiem spora grupa, nie jestem sama z tym problem. Ale z drugiej, co u licha? Skąd w dziecku pomysł na to, żeby kraść, skoro tak naprawdę to jeszcze tylko ptasiego mleczka mu brakuje do szczęścia. Temat wydaje się dość skomplikowany, bo w grę wchodzą emocje, pieniądze, sumienie i wychowanie. Co zrobić, żeby lepiej go zrozumieć? Ja zawsze rozkładam na czynniki pierwsze i z ciekawością sprawdzam, co tam znajdę. Czy da się to potem złożyć w taką samą całość? Zazwyczaj nie, ale też nie ma potrzeby. Wnioski każdy już sobie wyciągnie sam. Zatem: dlaczego dzieci kradną?

IMG_5031

Pierwszy stopień do piekła

Bywa, że z ciekawości. Ot, przywilej wieku i dorastania, chce się spróbować wszystkiego to i czasem coś podkusi, żeby sprawdzić jak to jest zwędzić pieniądze z portfela. A że portfel rodzica jest tak naprawdę najbezpieczniejszym narzędziem do tego rodzaju eksperymentów, to może się zdarzyć, że coś zniknie.

Tylko w tym przypadku, po chwili namysłu, powinno dojść do głowy złodzieja coś, co nazywamy często sumieniem i powinno zacząć działać. Trochę potarmosić myśli, trochę poszeptać do ucha, przypomnieć kilka historii kradzieży, które źle się dla „lepkich palców” skończyły. Jeśli dziecko wie, czym są dobro i zło, rozumie te podstawowe prawa i potrafi się odnaleźć w normach społecznych, to powinna być jednorazowa przygoda, nie ma co lamentować. Gorzej jeśli okaże się (a często tak się okazuje), że zwędzenie kilku złotych rodzicowi (babci, dziadkowi) to całkiem fajna sprawa. Tak, gryzie sumienie, ale też smakuje zakupiony batonik, czy mile łechce myśl o tym, że ma się w skarbonce więcej i bliżej do zakupu wymarzonej gry komputerowej. Co w takiej sytuacji robić? Cóż, w tej jednorazowej to może nawet nic wielkiego. Wystarczy rozmowa. Spokojna, ze zrozumieniem i anegdotka o sadzie sąsiada. Z naciskiem na jednorazowość zrozumienia i rozgrzeszenia.

Jednak już w przypadku rozsmakowania się pociechy w łatwym nabijaniu brzucha śwince skarbonce, może warto zabrać się za dietę tejże świni. Po prostu przeliczyć, ile tam jest pieniędzy i czy w niejasnych okolicznościach co jakiś czas pojawia się ich więcej i więcej. Adekwatnie do chudnięcia portfela. Sprytny złodziej nie trzymałby łupu w tak oczywistym miejscu jak świnka skarbonka. Ale pamiętaj, że masz do czynienia z dzieckiem, które mimo że dopuściło się kradzieży, jest jeszcze często bardzo naiwne. Znowu, rozmowa o problemie jest koniecznością.

Pobierz zabawy uczące dziecko rozumienia wartości pieniądza »

Chińskie więcej

Dziecko czasami kradnie, bo uważa, że dostaje za mało. Czego za mało? Wszystkiego. Z takiej właśnie rozmowy lub po prostu bezpośrednich komunikatów od pociechy możesz się dowiedzieć, że jej zdaniem dostaje za mało pieniędzy lub wymarzonych rzeczy. Skąd to poczucie, że wciąż za mało i za mało? Najczęściej bierze się z długo wyrabianych przez rodziców nawyków. Zwłaszcza w przypadku mniejszych dzieci, które nie znają dobrze wartości pieniądza. Po prostu chcą mieć dużo różności i niespodzianek.

Sama złapałam się w pewnym momencie na wyrabianiu w córce takiego nawyku. Kiedy chodziła do przedszkola i nie widziałyśmy się sporą część dnia, to podczas codziennych zakupów w pobliskim warzywniaku, wrzucałam do koszyka jakiś drobiazg dla małej, żeby osłodzić jej tę przedszkolną rozłąkę. Raz, drugi i trzeci i już potem z górki. Za każdym razem kiedy mnie widziała czekała na buziaka, przytulasa i pytała o niespodziankę. Wyrobiłam w niej nawyk oczekiwania na to coś. Po prostu, z miłości. Z tej rodzicielskiej miłości, to się różne gafy i głupoty popełnia. Ale to nic, powalczyłam, pogadałam, popracowałam i po nawyku dzisiaj śladu nie ma.

Jednak to wciąż prawda, że wizyta po codzienne sprawunki w sklepie może w dziecku wyrabiać takie poczucie, że nie dostaje tyle ile by chciało, ile oczekuje. Swoją drogą, to trudno dziś o zwykły warzywniak. W każdym znajdzie się półka z gazetkami, słodyczami, kolorowymi spinkami, mazakami i innymi kuszącymi rzeczami. Jaki jest na to sposób? Jak najrzadziej robić zakupy z dzieckiem. Im mniej półek uginających się od chińskich słodyczy i drobiazgów dziecko będzie widziało każdego dnia, tym mniej będzie wołać: „Chcę, chcę!” Każda odmowa to przecież żal (nawet taki malutki, ale żal) i niespełnione oczekiwanie.

Dla dorosłych ta cała chińszczyzna to nic innego jak pierdoły, ale dla dzieci to przecież najcenniejsze skarby na świecie. Na pięć minut zabawy, ale zawsze skarby. A kto byłby zadowolony z odmowy otrzymania skarbu? No właśnie… Dobrym rozwiązaniem wydaje się być w tym wypadku umowa na jedną pierdołę w tygodniu lub w miesiącu, jak tam każdy uważa. Zasada to zasada. Jeśli dziecko ją zna i rozumie, to prędzej czy później zaakceptuje. Zasada jest zawsze lepsza niż zwykłe „nie bo nie” słyszane od rodzica w sklepie. Zatem niechodzenie do sklepu i umowa. Wtedy dziecko nie ma poczucia bezpodstawnej odmowy. Podstawą do ustalenia zasady (odmowy) są dwie rzeczy: sytuacja finansowa rodziny i konsekwencja. Wiem, że to trudne, coś o tym wiem.

Zanim kieszonkowe

Czasem dziecko uważa bardziej konkretnie, że nie dostaje tyle pieniędzy, ile by chciało, ile powinno, ile potrzebuje na własne wydatki. Jasne, że te wydatki to najczęściej wspomniana wyżej chińszczyzna. Ale też trzeba dziecku przyznać, że jeśli przeznacza na nią swoje kieszonkowe to jest zupełnie inna gadka, niż takie zwyczajne marudzenie.

Odwieczny dylemat: kiedy zacząć dawać dziecku kieszonkowe i ile? Chyba najlepiej wtedy, kiedy zacznie rozumieć wartość pieniądza. Może się to zdarzyć szybciej, jeśli rodzic pomoże zabawą ze świnką skarbonką). Nie ma sensu napychać świnki skarbonki dziecku, które nie wie, ile może kupić zabawek i jakie, za kupę żółtych monet. Zatem po kolei. Najpierw liczenie pieniędzy. Sprawdzi się gra w Monopoly i inne podobne gry planszowe. Oczywiście znakomicie sprawdza się też zabawa w sklep (ściągnij szablon z papierowymi pieniędzmi do zabawy i nauki liczenia).

Najlepiej wyjść od jakiegoś punktu zaczepienia np. 1 zł i pokazać dziecku, ile to jest groszy. Pracuj na zabawkowych, ale i prawdziwych pieniądzach. Potem, mając już jakiś ogląd polećcie do sklepu z tą złotówką i sprawdźcie, co można za nią kupić. Znajdź taki dział, w którym dziecko od razu się nie załamie. Jak pójdziecie prosto na zabawki, to oczywiście nic nie da się za złotówkę kupić. Może to pociechę zniechęcić nie tylko do składania do skarbonki, ale nawet do zarabiania w życiu 😉 Żartuję, zniechęci na pewno do nauki liczenia kasy. A to potrzebna umiejętność.

Kieszonkowe do kieszeni

Dopiero mając w ten sposób ogarnięty temat i policzone pieniądze w skarbonce warto rozmawiać o kieszonkowym. Wtedy ma to jakikolwiek sens. Tu też są potrzebne jasne zasady. Nie ma idealnej kwoty np. przyporządkowanej do danego wieku. Każdy patrzy na swoje zarobki, na potrzeby domowe, budżet, a dopiero potem ustala kieszonkowe.

Warto też porozmawiać z dzieckiem o tym, co to właściwie jest i czemu ma służyć. Znam sporo nastolatków uważających, że kieszonkowe, to taka kasa, która im się po prostu od rodziców należy. Hę? – pytam się. Hę?! Nic się nikomu nie należy, a już zwłaszcza kieszonkowe nastolatkowi. To jest dobra wola rodzica. Fakt, że kiedy już raz zostanie ustalone, to powinno być wypłacane regularnie.

O ile dzieci traktują kieszonkowe jak coś, co im się należy, o tyle dorośli używają go jako narzędzia do karania i nagradzania. Więcej kasy za dobre oceny zawsze w konsekwencji oznacza gorsze oceny, jeśli pusto w portfelu. Jakaś tam motywacja długoterminowa i owszem, ale bez przesady, nie za to, że dzieciak raczył zdać z klasy do klasy, bo to chyba jest nieodpłatny obowiązek? Przynajmniej w moim mniemaniu.

Kiedy dziecko zgłasza postulat, że ma za mało kieszonkowego (pewnie dochodzi do tego wniosku najczęściej przy tej półce z chińszczyzną w sklepie) jest to ważny głos. Nie warto zbywać go czymś w stylu: „A wydziwiasz, masz mnóstwo zabawek/gier/słodyczy” itd. I co z tego, że ma? Informuje, że mu brakuje. Informacja jest podstawą komunikacji. I nie ważne, co ty o tym sądzisz, wczuj się w sytuację dziecka. Jeśli ma za mało, to warto umożliwić zdobycie tego co chce. Pokazać jak to zrobić. Dać wędkę. Nie chodzi mi więc o sięgnięcie do portfela, tyko o pokazanie możliwości zarobienia dodatkowych pieniędzy.

Jasne, wiem, że łatwiej ukraść i pewnie tak się stanie, jeśli dziecko nie będzie miało choćby cienia alternatywy na zdobycie kasy uczciwą pracą. Kiedyś (zresztą nie raz) jakieś dziecko zapytało mnie: czy nie łatwiej i szybciej ukraść niż zapracować uczciwie? Takie pytanie pokazuje mi, jak są pieniądze traktowane w tym konkretnym domu. Trudno się nie zgodzić, że łatwiej ukraść. Ale człowiek to przecież coś więcej niż tylko maszynka do zarabiania i wydawania kasy. Sięgnąć łatwiej, ale poradzić sobie później z sumieniem może być już trudniej. Zatem łatwiej i niełatwo zarazem.

Świeczki na sumieniu

A sumienie w tym wypadku jest narzędzim wychowawczym dla rodzica. Dobrą lekcją uświadamiającą dziecku, że jego czyn (w tym wypadku kradzież) ma swoje konsekwencje jest pokazanie, że kwota którą zabrało, akurat miała wystarczyć na coś drobnego, ale ważnego np. świeczki na torcie urodzinowym taty, sznurówki w sportowych butach treningowych pociechy itd. Na drobiazg zabrakło, bo w portfelu nie było tej konkretnej kwoty. Dobrze, żeby to był drobiazg utrudniający życie złodziejaszka. Bo jak raz i drugi nie będzie miał butów na WF i dostanie jedynkę, to może dwa razy pomyśli, zanim znowu sięgnie po drobniaki z portfela.

Rodzi się pytanie, czy nie lepiej pogadać niż uciekać się do takich forteli? Oczywiście, że lepiej. I warto pamiętać, że oprócz wymienionych wyżej powodów, dzieckiem mogą kierować najróżniejsze pobudki (w tym dobre intencje również), np.:

  • moda wśród rówieśników,
  • złe towarzystwo,
  • zaciągnięte u kolegów długi,
  • chuligani szkolni wymuszający haracze od młodszych,
  • chęć pomagania biedniejszym kolegom/koleżankom,
  • nałogi (papierosy, narkotyki itd.).

Jednak jeśli dziecko nie przyznaje się do kradzieży (różne są powody, czasem nieśmiałość, czasem brak zaufania do rodzica, czasem zwykły upór, czasem zastraszenie przez starszych kolegów lub zwykły brak empatii) to fortel jest sposobem, by sprawy nie zostawiać samej sobie, bez jakiegokolwiek komentarza. I w tym wypadku nie jest to komentarz dosłowny, bo nie mówię do dziecka: „Widzisz, przez ciebie tata nie miał świeczek na torcie”. Pozostaje liczyć, że złodziejaszek sam się domyśli, bez bezpośredniego oskarżania. Zamiatanie problemów pod dywan jeszcze nigdy do niczego dobrego nie zaprowadziło. Zawłaszcza w relacjach międzyludzkich (w tym wypadku rodzinnych).

I te relacje rodzinne są kolejnym powodem. Dziecko (zwłaszcza starsze) czasami też kradnie, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Jeśli w swoim mniemaniu wyczerpało już wszystkie możliwości, nie pozostaje nic innego. Wtedy przynajmniej uwaga rodzica jest na nim skoncentrowana. To cena jaką pociecha decyduje się (mniej lub bardziej świadomie) zapłacić za rozmowę, okazane zainteresowania. Choćby to zainteresowanie nie było miłe. I raczej na pewno, jeśli rodzic jest mało kumaty, będzie ono krótkotrwałe. Aż do kary w zasadzie. Potem ciche dni, chwila ocieplenia relacji i znowu to samo. Zatem tego rodzaju kradzież może się zdarzać kolejny i kolejny raz. Co robić? Zakumać, że pieniądze nie są tu najważniejsze. Nie one są przedmiotem pożądania. Tylko ty, mamo.

Zabawy uczące rozumienia wartości pieniądza
  1. Pobierz i wydrukuj świnkę skarbonkę. Jak widzisz, ma specjalne podziałki. Ustal z dzieckiem, na co konkretnie chce zbierać pieniądze do prawdziwej skarbonki. Następnie sprawdź, ile ich już ma. Określ, jaka to jest część np. 1/10 ceny zabawki i pokaż dziecku na obrazku, jaką część świnki powinno pokolorować, żeby wiedzieć, ile ma pieniędzy, a ile mu jeszcze brakuje.
  2. Wyjaśnij, że będziecie co kilka dni (lub tygodni) liczyć wspólnie pieniądze ze świnki skarbonki i zaznaczać na obrazku, jak dużo dziecko zdołało już zebrać. Zakolorowane części obrazka dadzą wyobrażenie o tym, ile mu jeszcze brakuje, ile mnie więcej czasu będzie zbierać (jeśli jest to systematycznie) pieniądze na wymarzoną zabawkę. Kiedy świnka będzie cała zakolorowana, dziecko będzie wiedziało, że uzbierało odpowiednią kwotę.
  3. Zacznijcie od zbierania mniejszych sum np. na tańszą zabawkę. Żeby pociecha miała szansę często liczyć pieniądze ze świnki skarbonki i zaznaczać na kolorowance, ile już uzbierała. Na pewno powinniście 5-6 razy przeliczyć wszystkie pieniądze, zanim dziecku uda się uzbierać całą kwotę. Żeby nie miało poczucia, że uzbieranie na drogą zabawkę zabiera zaledwie kilka dni.
  4. Jeśli dziecko wyraża zainteresowanie, możecie ustalić wspólnie dodatkowe obowiązki, na których zarobi dodatkowe pieniądze.
  5. Wydrukuj papierowe pieniądze i pobaw się z dzieckiem w sklep. Pieniądze mają różną wielkość, różnią się też kolorem. Najmniejsza wartość (10 groszy) to najmniejszy pieniądz. Największa (5 złotych) to największy pieniądz. Odróżnisz je też po kolorach. Dziecku łatwiej zrozumieć większość wartość kiedy ma przed sobą większy pieniądz. Policzcie ile groszy mieści się z złotówce, ile w pięciu złotych. Bawcie się codziennie. Dopiero potem na prawdziwych pieniądzach.

Te wpisy również mogą cię zainteresować:

Shares
Share This