Dziecko siedzące przed telewizorem, oczy wlepione w ekran, z zapartym tchem chłonie blok reklamowy. Bo nie ogląda. Oglądać można bajki. A ten cenny towar dziecko po prostu chłonie niczym zakazaną używkę.

Taka scenka. Jestem w drugim pokoju, próbuję popracować, załatwić jakąś ważną sprawę więc posadziłam dziecko na chwilę (jasne, że na chwilę, nie spędza przecież przed telewizorem kilku godzin) przy bajce. Ale co to za praca, kiedy słyszę co minutę: „Mamo, kupisz mi to?”, „Mamo, chodź szybko zobacz. Takie chcę!”.

Pobierz test: „Czy twoje dziecko jest uzależnione od telewizji?” »

Za co dzieci kochają reklamy

  • Za to, że bawią. Reklamy są dla dziecka najlepszą rozrywką, ciekawym wydarzeniem. Formą dobranocki lub innej krótkiej bajki, na którą się czeka. Bywa, że z zapartym tchem. Ty (w sensie osoba dorosła) widząc blok reklamowy ziewasz i mrucząc pod nosem o tym, że już przesadzają z tymi reklamami, idziesz zaparzyć sobie kawę. A dziecko właśnie wtedy dostaje działkę narkotyku prosto do mózgu, a nawet dalej, do świadomości i co gorsza – do podświadomości.
  • Zaciekawiają. Ponieważ są kolorowe, wybuchowe, ciągle coś nowego się w nich dzieje. A to wyskakuje jakiś lisek i opowiada o zaletach papieru toaletowego, a to owieczka tuli się do rolki. A to dzieci fikają koziołki na huśtawce i żują najpyszniejsze na świecie gumy rozpuszczalne. A to mama tuli dziecko i poi cudownym syropem na kaszel. Pięknie, prawda?
  • Są obietnicą. Czego konkretnie? Wspaniałej zabawy, przyjemnych uczuć, bycia lubianym, zdrowym, ładnym, szczęśliwym. Czy dziecko może chcieć czegoś więcej?
  • Wyzwalają emocje. Jest oczywiście wiele uregulowań dotyczących emisji i realizacji reklam kierowanych do najmłodszych. Ale od lat jest też wiele sposobów, by wszelkie te zakazy obchodzić, grając na nosie bezradnym odbiorcom. Czasem firmie opłaca się zapłacić karę za wyemitowanie nie do końca zgodnej z etyką reklamy. Po prostu się opłaca.

Nie jest nowiną, że dzieci odbierają rzeczywistość inaczej niż dorośli. Mówię o małych dzieciach, takich powiedzmy do siedmiu lat. Potem zaczynają się interakcje społeczne, w których reklamy mają nieco inne (prestiżowe) znaczenie. A dla młodszych, którzy nie odróżniają rzeczywistości od fikcji, to po prostu prawda. Najgorsza forma otumanienia, na którą dorośli już rzadko zwracają uwagę. Są, zaciekawiają i już. Skoro pojawiają się wszędzie, to się opatrzyły. Trzeba z tym żyć.

Jak dzieci rządzą zakupami

Grubo ponad 60% rodziców kupuje rzeczy preferowane przez ich pociechy. To znaczy produkty, które maluchy widziały w reklamach, zapamiętały i o które proszą podczas zakupów. Nie są to tylko produkty przeznaczone dla najmłodszych. To także np. szampon, pasta, majonez. I do tego też już jesteśmy przyzwyczajeni. Prawda jest taka, że w ten sposób łatwiej robić zakupy. Zwłaszcza z dzieckiem. Bo tak trochę wszystko mi jedno, czy wezmę mleko tej czy innej firmy. Jeśli skład jest dobry i w miarę podobny, biorę to, co bardziej podoba się dziecku. Nie tak robimy z jogurtami, kredkami, zabawkami, zeszytami, makaronami, herbatą, wodą, sokiem?

Jest to forma terroru konsumenckiego. Jak sobie wyobrażę dziecko, które odmawia zjedzenia śniadania, bo chciało inny jogurt (ten z reklamy), czasem się złamię i wolę kupić ten, którego się domaga niż wiedzieć, że będzie chodzić głodne cały dzień. Żeby była jasność – czytam etykiety, staram się wybierać rzeczy zdrowe. Ale to nie zmienia faktu, że terror istnieje. Jeśli masz siłę odmówić przy zakupach spożywczych, to czy z taką samą siłą przebicia oponujesz przy papierze toaletowym i mydle?

Rozczarowanie rzeczywistością

A realia? Dla dzieci rzadko istnieją realia. Jeśli już dochodzi do konfrontacji reklamy z rzeczywistością, to są po prostu rozczarowane. Przecież wróżka w telewizji latała przepięknie rozpylając magiczny brokat. A ta tutaj to kawałek plastiku. Każdy rodzic może pewnie podać kilka przykładów zakupu reklamowanego bubla. Zdarzyło się, prawda?

Pamiętam czteroletnią Karolinę, która bardzo chciała dostać salon fryzjerski Roszpunki. Oczywiście wszystko z bajki licencyjnej. Napisała list do Mikołaja, cóż było robić. Mikołaj przyniósł. Pamietam, że bawiła się tym zestawem jakieś 10 minut. Nigdy więcej. Jednak przede wszystkim pamiętam jej twarz i to pierwsze reklamowe „Jak to? Nie tak miało być”. Jeszcze nie umiała nazwać tych emocji, nie potrafiła powiedzieć, że jest rozczarowana produktem z pudełka. Widziałam, że nie rozumie co się tu wydarzyło. Obietnica była przecież inna. Wiedziałam, że jej mały mózg pracuje na największych obrotach i coś tu po prostu nie gra. Jest lalka, jest salon, ale jakieś takie… martwe to wszystko. W reklamie było bardziej kolorowe, Roszpunka zachwycona czesała się sama, podśpiewywała. A tu lalka, której nawet nie da się zgiąć nóg w kolanach, żeby jakoś w tym krzesełku salonowym usiadła.

zakupy z dzieckiem

Takie rozczarowanie jest nauczką dla dziecka. Może lepiej zabrzmi słowo „lekcja” niż „nauczka”. Czy chciałam narazić ją na tego rodzaju emocje? Absolutnie, ale jakoś rodzicielskie rozmowy i tłumaczenia nie docierały do czterolatki. Próbowałam jej wytłumaczyć, że to będzie kawałek plastiku, że wcale nie tak jak na reklamie. Dziecko jest bezbronne i rodzic w pewnym sensie też. Mogłam oczywiście powiedzieć, że nie kupię i koniec, ale czy to by coś zmieniło w postrzeganiu reklamowanych produktów? Doszłam do wniosku, że ten jeden raz (ha ha ha jeden?) wyrzucę pieniądze w błoto. I tak się stało. Może nie do końca w błoto, bo zyskałam kosztowny kawałek plastiku, lalkę i świadomość dziecka.

Dziś z całą pewnością mogę powiedzieć, że po tym doświadczeniu łatwiej jej wytłumaczyć pewne rzeczy związane z reklamami. Czy jestem zadowolona z tej lekcji? I tak i nie. Z jednej strony tak, bo naprawdę łatwiej mi teraz rozmawiać z córką o prawdzie i fałszu płynących z ekranu. Nie, bo nikt nie lubi rozczarowania (zwłaszcza w oczach dziecka) i świadomości, że dał się nabić w butelkę.

Jak wyjaśnić dziecku, że reklamy kłamią

  • Działaj na przykładach. Pewnie znasz kogoś, kto zainwestował w zabawkę, o której marzy twoje dziecko, a masz przekonanie, że jest to zwyczajny badziew. Po pierwsze delikatnie wypytaj. Może akurat to tylko twoje przekonanie? Jeśli inni rodzice uważają podobnie, zapytaj czy twoje dziecko może taką zabawkę pooglądać, pożyczyć na jeden dzień, kilka godzin, pobawić się chwilę. Bywa, że ten jeden dzień w zupełności wystarczy, by maluch zrozumiał, że może jednak warto pomarzyć o czymś innym?
  • Przekieruj uwagę na coś innego. Wiem z doświadczenia, że nie zawsze się to udaje. Im mniejsze dziecko, tym słabiej działają rzeczowe argumenty, jednak zawsze warto spróbować. Takie coś za coś musi jednak mieć swoją wartość. Powinno być równie ciekawe (w oczach dziecka), kolorowe, zabawne i w ogóle fantastyczne. Czasem muszę się mocno nagimnastykować żeby znaleźć odpowiedni zamiennik.
  • Historia histerii. Skoro już jesteśmy przy tłumaczeniu najmłodszym, warto wspomnieć o histerii (sklepowej, przedekranowej i innych odmianach). Dla małego dziecka liczy się tylko to co dzieje się tu i teraz. Jeśli mu powiesz, że kupisz upragnioną zabawkę za miesiąc, po wypłacie, to tak jakbyś mu powiedział, że nigdy, albo niewiadomo kiedy. Małe dziecko nie ma poczucia czasu, nie wie ile to jest godzina, a co dopiero ile trwa miesiąc. Jedno jest pewne, dla niego miesiąc = wieczność. I co wtedy? Histeria. Nie ma rady – trzeba reagować. Masz kilka opcji do wyboru. Pierwsza z nich to przeczekać. Niech się wykrzyczy, naprosi, nie masz kasy i koniec. Nie uginaj się. Druga opcja to niezabieranie malca do sklepu na dział z zabawkami, gdzie na bank jakąś sobie upatrzy. Trzecia opcja – kupujesz zabawkę dla świętego spokoju. Ta opcja jest chwilowym zażegnaniem kryzysu i jednoczesnym strzałem w kolano. Trzylatek może nie rozumie ile to jest godzina, ale doskonale „zakuma”, że udało mu się wymusić na dorosłym swoją wolę. Wymusić konkretnym zachowaniem. A skoro się udało i działa, to będzie wymuszał znowu i znowu, i znowu… Jest jeszcze czwarta opcja. Tłumacz, rozmawiaj, komunikuj. Zresztą ona obowiązuje w każdym przypadku. Jak histeria minie, też trzeba będzie porozmawiać o tym konkretnym zachowaniu. Histeria u małego dziecka ma prawo się zdarzyć. Nie musi, ale oczywiście może. Żadna to ujma na honorze rodzica, tak dzieci wyrażają emocje. Ujmą jest na pewno udawanie, że histeryzuje bez powodu albo nie pogadanie potem o tym co, jak i dlaczego się wydarzyło.
  • I ostatni sposób na walkę z terroryzmem reklamowym. U mnie tylko teoretyczny, ale wiem, że są mamy, które go stosują więc umieszczam na liście: wyrzuć telewizor.

Rozmowa o reklamowanych zabawkach

Zgrabnie przechodzimy więc do rozmów o upragnionych zabawkach. Nie ma wyjścia, nie ucieknę, muszę wytrwale tłumaczyć. Wiem, to rada którą można zastosować do tysiąca innych sytuacji, ale nie widzę innego ujęcia tematu ani sposobu rozprawienia się z nim. No bo tak to już jest, że im więcej się z dzieckiem rozmawia, tym więcej ono nabiera doświadczeń i po prostu więcej rozumie.

Oczywiście taka rozmowa to też jest wyczyn. Inaczej tłumaczy się dwulatkowi konieczność zrezygnowania z czerwonego kabrioletu, a inaczej sześciolatce, że siódma Barbie w kolekcji koniecznością tu i teraz nie jest. Młodszemu dziecku czasem wystarczy powiedzieć: „Nie mam tyle pieniędzy”. I już. Nawet nie trzeba się rozwodzić nad trudną sytuacją gospodarczą kraju i współczynnikiem bezrobocia. Do malucha taka informacja (prosta i wypowiedziana odpowiednią ilość razy) powinna w końcu dotrzeć. Oczywiście nie może być to jedyna odpowiedź na wszystkie prośby i potrzeby, ale w przypadku droższych zabawek bardzo się sprawdza.

Wiadomo, że napotkasz opór. Ja przynajmniej za każdym razem napotykałam, ale to nie znaczyło, że się poddawałam. Wciąż (do dziś) tłumaczę. Owszem, przeżycia z Roszpunką czegoś nauczyły, ale reklamy wciąż atakują z ekranu. Nowe, coraz ciekawsze, lepiej zrobione. Rozmawiamy o nich. A już obowiązkowo sezonowo – mikołajkowo i urodzinowo.

Zabawka zamiast mamy

Nie jestem wprawdzie psychologiem, ale tak mi się wydaje, że czasem pragnienie reklamowanego przedmiotu jest informacją dla rodzica. Konkretniej, jest prośbą o poświęcanie dziecku więcej czasu i uwagi. Wiem, brzmi jak mantra, za którą nie przepadają współcześni rodzice. Ja też za nią nie przepadam, bo przecież poświęcam tyle czasu ile mogę. Skąd mam wziąć tego czasu większą ilość?

Takie teorie wbijają mnie natychmiast w poczucie winy. Ale kiedy już się na nie powkurzam, to zaczynam analizować. Może faktycznie tak bywa, że dziecko spragnione uwagi rodzica szuka jakiegoś zastępstwa? I tym czymś jest konkretna zabawka, bo reklamy litości nie znają. Ich twórców nie interesuje, że dziecko siedzi przed telewizorem, bo mam do napisania artykuł „na wczoraj”. Oni wykonali swoją robotę, stworzyli reklamy, które działają. A ja mam do wykonania swoją – wychowanie.

Tak, to mój wybór, czy sadzam dziecko przed telewizorem, czy znajduję mu inne zajęcie. Biję się jednak w piersi i przyznaję, że sadzam. Bo dziecko bajki lubi oglądać, bo czasem potrzebuję chwili, bo jest mi tak łatwiej. Pewnie, że nie zawsze tak robię, ale wystarczy pół godziny, by pociecha przybiegała do mnie wyposażona w całą listę nowości z zabawkarskiej (i wielu innych) branży. I trzymam kciuki, żeby wykazywała się tak znakomitą pamięcią, gdy pójdzie do szkoły i będzie wkuwała na klasówkę z chemii.

dziecko i telewizja 2

Aktywność lepsza niż gadżet

W każdym razie, psychologiczne wywody doprowadziły mnie do wymyślenia pewnego wybiegu. Ostatnio u nas się to całkiem dobrze sprawdza. Zamiast upragnionej zabawki, o której wiadomo, że nie zostanie zakupiona w najbliższym czasie, proponuję inną przyjemność. Najczęściej jakąś aktywność np. spędzenie całego dnia w parku rozrywki wychodzi cenowo podobnie jak kawałek reklamowanego plastiku, proponuję park rozrywki. I tu maluch ma dylemacik, zaczyna się kombinowanie i główkowanie. Zwłaszcza jeśli dziecko wie (i umie sobie wyobrazić) jak czadowo jest w parku rozrywki. To oczywiście mogą być inne rzeczy – kino (uwaga, tam też są reklamy), basen, inwestycja w sprzęt/gadżet sportowy itd. Działa!

Podsumowując: reklamy są dla ludzi, ale z pewnością nie są zdrowe dla dzieci. Ani te kierowane do nich (zabawki), tym bardziej te kierowane do dorosłych.

Dziecko najczęściej uważa, że to co pokazują w reklamie jest prawdą i ma przełożenie 1:1 w rzeczywistości. Prędzej czy później czeka je rozczarowanie.

Najlepszym sposobem na to rozczarowanie jest rozmowa o prawdzie, fałszu, telewizji i emocjach. Rozmowa powinna też zahaczać o zachowania w sklepie, pewne umowy rodzinne dotyczące zakupów zabawek i najróżniejszych produktów.

Odbierając dziecku złudzenia dotyczące reklam, warto dać coś w zamian. Coś równie fajnego np. wycieczkę, basen, wspólnie spędzony czas lub całkiem sensowną, inną zabawkę. Dzięki temu zbudujesz z pociechą lepszą więź i reklamy (sztucznie wykreowana kraina szczęśliwości) przestaną być tak ważne.

Jestem ciekawa twojej historii związanej z pierwszymi reklamowymi rozczarowaniami i sposobami na tłumaczenie, że to mocno plastikowa prawda. A jeśli masz wątpliwości, czy pociecha nie staje się przypadkiem małym zombie uzależnionym od telewizji, to odpowiedz na kilka pytań w teście, który dla ciebie przygotowałam.

Pobierz test: „Czy twoje dziecko jest uzależnione od telewizji?” »

Te wpisy również mogą cię zainteresować:

Shares
Share This