Dyskusja na temat tego święta przetacza się przez Polskę rok w w rok. Już od kilku lat. Tak, od kilku, bo przecież w tym wypadku nie można mówić o jakiejś długiej tradycji. Chyba w tym wypadku (kraju) nie można mówić o żadnej tradycji.

Halloween to temat, który zajmuje część rodziców. Nieważne czy jesteś za czy przeciw. Zajmuje cię, jeśli masz dziecko w szkole lub przedszkolu. Tu najczęściej dobywa się dyskusja o tym, czy urządzać imprezę halloweenową. I głównie do tego się sprowadza. Do imprezy.

Ilu Polaków tyle opinii. To nie jest nasze narodowe, kulturowe, ani tym bardziej religijne, święto. To tylko smaczek związany z pozwaniem zwyczajów innych krajów. Dlaczego tak bardzo oburza? Nie stoi przecież w opozycji do naszych tradycji, nie odbiera pierwszeństwa listopadowym świętom w Polsce. A jednak…

Jedni uważają, że to skandal tak bawić się wątkami związanymi ze śmiercią. Dla innych to tylko zabawa. Mroczny klimat i fajny moment, żeby się przebrać i powygłupiać. Często rozmawiam na ten temat z rodzicami, którzy czują się w jakiś sposób zobligowani do zajęcia stanowiska. Jednocześnie boją się zająć jakieś konkretne, bo jak się podoba, to „wyznawca szatana”, a jak się nie podoba to „moher”.

Jak ugryźć ten cukierek?

Placówki edukacyjne też w dużej mierze nie wiedzą, jak ugryźć temat. Z jednej strony może i warto pokazać zwyczaje innych krajów. Nawet jeśli nam się wydają dziwne. Z drugiej, protesty rodziców nie są miłym elementem zawodu. A najczęściej dostaje się przecież nauczycielowi, nie dyrekcji czy ogólnie placówce.

Doszłam do wniosku, że nie muszę się (tak bardzo po polsku) opowiadać za ani przeciw. Nie będę tracić czasu na wywody czy powinnam, czy nie powinnam puszczać dziecka na imprezę. Dlaczego? Bo mało kto z tych najbardziej dyskutujących zadaje sobie trud, by poznać prawdziwe tradycje związane z Halloween. Jeśli ktoś chce to traktować w formie imprezy, to nie ma problemu. Jeśli ktoś czuje, że musi z tym walczyć, to też nie widzę przeszkód. Tylko mnie w to nie wciągajcie.

Czy naprawdę jest to aż tak ważny dzień, żeby się o niego kłócić? Czy koniecznie trzeba być po dobrej lub złej stronie w tym konkretnym przypadku? I wreszcie, czy imprezę z przebieraniami, które mają więcej wspólnego z amerykańską popkulturą (jej wybrane elementy da się przecież lubić) niż celtyckimi wierzeniami, trzeba nazywać „czczeniem szatana”? Impreza, podczas której dzieci przebierają się za strachy duchy i dziwadła, jest tylko imprezą. Nie jest czczeniem szatana.

img_6227

Gdzie leży prawda?

Tym, którzy jednak potrzebują zdefiniować swoje za lub przeciw, może przydać się kilka informacji. Od razu mówię, że podania donoszące o tym święcie, nie są do końca spójne (lubię sobie czasem „pogrzebać w przekazach” i dowiedzieć się nieco więcej na temat najróżniejszych tradycji. Zerknij na książkę, którą napisałam Opowiedz mi, mamo. Polskie zwyczaje i obrzędy wielkanocne). Nawet bardzo się różnią. Jak zresztą wszystkie stare podania.

  • Początek Halloween (choć kiedyś tak się jeszcze nie nazywało) przypisuje się celtyckim druidom, którzy byli kapłanami, ale też magami, czarownikami, lekarzami, sędziami. Niektóre źródła jednak informują, że pierwowzorem Halloween było rzymskie święto owoców i nasion.
  • Druidzi wierzyli, że tej nocy, granica między światem żywych i zmarłych była najcieńsza (dla nich to był koniec i zarazem początek roku). Dzięki temu właśnie tej doby, duchy mogły łatwiej przedostawać się do świata żywych. Mamy więc przebrania duchów i innych upiorów symbolizujące te mary. Jednak mamy też przebrania, bo Celtowie wierzyli, że „straszne”, czarne przebranie sprawi, iż złe duchy nie rozpoznają człowieka. Nie zadomowią się więc u niego w domu i nie będą go zaczepiać.
  • Duchy, strachy i mary. Do świata żywych przedostawały się te dobre i te złe duchy. Stąs czasem wyglądają strasznie, a czasem całkiem przyjaźnie.
  • Straszne przebrania druidów, miały za zadanie odstraszyć złe duchy. Te dobre zapraszane były do domów. Dlatego w wielu domach spotkasz tego dnia uśmiechnięte duszki w oknach.
  • Tego dnia odbywały się też sabaty czarownic, które trudniły się przewidywaniem przyszłości. Więc te kostiumy również mają swoje uzasadnienie.
  • Dynia. Celtowie przychodzili na ceremonię z wydrążoną rzepą, do której wkładano świecę. Taka latarnia miała chronić przed wędrującymi duchami.
    W średniowieczu wierzono, że dynia ze świeczką wystawiona w oknie ma chronić przed złymi duchami, czarami i wszelkimi złymi mocami.
    W starożytności jeszcze inaczej – podświetlona dynia ze świeczką w środku była symbolem domu, w którym czci się szatana. Zatem dla jednych to światło jest symbolem zła, dla innych jest ochroną, symbolem bezpieczeństwa.
  • Druidzi pukali do drzwi (najczęściej zamków) i domagali się strawy dla ducha – młodej dziewczyny, którą palono na stosie, jako ofiarę chroniącą przed demonami. Dom, który odmawiał strawy zostawał naznaczony.
    Późniejsi celtowie stawiali jedzenie (zwykłe jedzenie, w wielu krajach nadal się to robi) przed domami, żeby duchy mogły się w spokoju posilić. Żeby pogodzić zmarłych z żywymi. Stąd wywodzi się tradycja zabawy Cukierek albo psikus.

Zainteresował cię ten temat? Zapisz się na newsletter i nie przegap kolejnego wpisu »

Czary i mary

Można powiedzieć, że w All Hallows’ Eve (Wigilię Wszystkich Świętych) pogańscy kapłani skupieni byli na odprawianiu czarów. Czy to takie oburzające? Karmimy nasze dzieci „odprawianiem czarów” w najróżniejszej postaci w bajkach i baśniach. Tam też występują czarownice, magowie i inne dziwne, nie zawsze przyjemne kreatury. Jednak oburzamy się na czary związane z kulturą celtycką. A co w takim razie z naszymi andrzejkowymi wróżbami?

Wiem, że czary wypływające z magicznych różdżek w bajkach dla dzieci, najczęściej mają się nijak do krwawych obrządków celtyckich, w których palono na stosach ludzkie i zwierzęce szczątki. Jednak chrześcijanie nie mają za sobą jedynie bezkrwawej historii, prawda? Nie chcę i nie będę robić porównań. Natomiast chcę, żeby dzieci znały nie tylko jedną wersję na temat powstawania współczesnych świąt, wierzeń, obrządków. Tych na świecie, bo na Polsce świat się nie kończy.

Taki miks

Wraz z irlandzkimi emigrantami, All Hallows’ Eve przywędrowało do Ameryki i tam stało się znaną nam dzisiaj wersją Halloween. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest to święto, które dziś jakby trochę się pogubiło. Z jednej strony elementy celtyckich wierzeń (skądinąd bardzo ciekawe, warte porozmawiania o tym z dzieckiem). Z drugiej amerykańska papka. Czy jest powód żeby czepiać się tej papki? Moim zdaniem – nie. Ale jest to powód żeby wyjaśnić dziecku, na czym polega skomercjalizowanie świąt.

Nie tylko Halloween. Być może bieganie po galeriach handlowych przez cały adwent może dziwić twoje dziecko? Oby dziwiło! Warto o tym porozmawiać. Taki miks kulturowo-komercyjny sprawił, że dzisiaj sporo osób krzywi się słysząc Halloween i szykuje oręże na wielką batalię. Tylko przeciw czemu ta batalia?

Jeśli przeciwko innemu podejściu to tematu zmarłych, to pytam po co? Halloween nie zostało stworzone w opozycji do 1 listopada (może nawet wręcz przeciwnie – to chrześcijanom zależało na zniszczeniu świeckich tradycji). Nie sądzę, żeby druidzi tym właśnie – robieniem Polakom na złość – zaprzątali sobie głowę, czyniąc swoje obrządki (i przewidując przyszłość).

img_6223

Inne to inne

Nie lepsze, nie gorsze. Po prostu inne. Może mniej znajome, ale wcale nie znaczy, że od razu do „zduszenia w zarodku”. Może warte poznania? Tak z czystej ciekawości. Właśnie dlatego, że inne.

Właśnie w tym kontekście lubię Halloween. Nie tylko za przebrania, mroczny klimat i możliwość wymyślenia kilku fajnych, jesiennych, dyniowych zabaw dla dzieci. Lubię Halloween za to, że jest inne. Inne podejście do śmierci, o której zresztą też nie bardzo potrafimy rozmawiać z dziećmi.

Nie traktuję go kategoriach święta (choć są kraje, które to robią). Dlaczego? Bo nie chcę. I niby z jakiej racji? Nie podchodzę do tego dnia śmiertelnie poważnie, ponieważ i dzieci tak do tego nie podchodzą. Do tematu śmierci też nie. Ale jak słyszę i czytam, że to samo zło, bo „porusza tematy związane z umieraniem”, to zaczynam się zastanawiać, co w tym złego?

Tematy związane ze śmiercią powinno się poruszać. W różnych formach (jeśli potrzebujesz inspiracji, to zerknij na wpis Książki dla dzieci, które pomagają rozwiązać większość problemów wychowawczych, w którym polecam piękne książki opowiadające o przemijaniu).

Temat „innego podejścia do śmierci” jest bliski dzieciom, czy tego chcemy czy nie. Scooby Doo co chwilę goni jakąś mumię czy innego wampira. Monster High mają większą rzeszę fanek niż niedzielne nabożeństwa dla dzieci. Przykładów są tysiące.

Sami inwestujemy czas (bajka w tv) i pieniądze (choćby lalka) w propagowanie plastikowego podejścia do tematu. Ale gotowi jesteśmy oburzać się raz do roku w Halloween. Bo wypada? Dlatego Halloween jako dzień, w którym dzieci przebierają się za straszydła i bawią na szkolnych/przedszkolnych imprezach, w żaden sposób mi nie przeszkadza.

Halloween po polsku

Przeszkadza mi natomiast spolszczone podejście do celtyckiego święta przepuszczone przez hollywoodzkie sito komercji. Jak to wyglada? A tak, że jakieś dwa lata temu do moich drzwi zapukało kilka, mniej więcej dziewięcioletnich, upiorów w gumowych maskach. W progu wrzasnęły: Cukierek albo psikus! Akurat zapomniałam o tym dniu i nie miałam nawet złamanego cukierka. Grzecznie o tym poinformowałam. Co wtedy usłyszałam? Nic nie szkodzi, może być 10 zł.

Pogoniłam upiory, które z tego co wiem, nie były odosobnionym przypadkiem w skali kraju. Nie znam drugiego kraju, w którym w ten sposób obchodzi się Halloween. I to nie jest wina Halloween, amerykanizacji naszej kultury, gier komputerowych i druidów. Łatwo na to zwalić, ale nie tym razem. To wina rodziców, którzy nie wytłumaczyli dzieciom pewnych spraw.

Więc apeluję! Zamiast z tym walczyć, może lepiej wytłumaczyć dziecku, o co w tym chodzi. Dlaczego? Choćby dlatego, że nie stać mnie na spolszczoną wersję Halloween 😉

Zainteresował cię ten temat? Zapisz się na newsletter i nie przegap kolejnego wpisu »

Te wpisy również mogą cię zainteresować:

Shares
Share This