Zdarzyło mi się napisać kiedyś o sekretnych stronach macierzyństwa. Takich zakamarkach, o których milczą najczęściej kolorowe czasopisma, wszelkie media i nawet nasze mamy, babcie i prababcie jakoś niezbyt często rozmawiają. A właściwie rozmawiały.

Ciało w pracy

Dzisiaj chciałabym napisać mniej o macierzyństwie, a bardziej o kobiecości, która definiuje się od nowa gdy zostajemy mamami. Kobiecość to wiele składników, między innymi uroda. W tej macierzyńskiej kobiecości dużą rolę odgrywa ciało. Coś tam wspominałam o piersiach w poprzednich wpisach, ale przecież podczas ciąży i po porodzie zmieniają się nie tylko one.

Zmieniają się funkcje poszczególnych części ciała. Brzuch staje się domem i schronieniem, rośnie żeby zrobić miejsce dla rozwijającego się życia. Zmieniają się smak, nastrój, psychika, podejście do życia i tzw. wolności. Zmienia się myślenie o urodzie, o workach pod oczami, o wyjściu w bikini na plażę.

Śmiga ostatnio po sieci takie zdjęcie, gdzie lekko zaokrąglona mama w najlepsze (i bez skrępowania) bawi się z dziećmi na plaży w skąpym kostiumie kąpielowym. A pod tym napis o tym, że dzieci będą pamiętały te szczęśliwe chwile z mamą a nie nadprogramowe kilogramy. Bardzo mi się to zdjęcie podoba.

Jednak w rzeczywistości okazuje się, że łatwiej zrobić fotkę i z niej fajnego mema, niż przejść nad niedoskonałościami do porządku dziennego. Dlaczego? Dlatego, że wyobrażenie o sobie i tzw. życzliwe społeczeństwo nie daje na to matkom zbyt wiele szans (i czasu).

IMGP2343

Ciążę da się lubić?

Niektóre kobiety bardzo lubią być w ciąży. Znam takich bardzo wiele. Na jednej z fotek w tym wpisie jest babka, która urodziła szóstkę. Ja należę do tych, którym ciąża – mimo że książkowa – średnio się podobała. Czy mam prawo narzekać na ciążę jeśli wszystko poszło gładko i zgodnie z planem? Kurczę, no przecież, że mam do tego prawo. Znowu wraca wałkowany tysiąc razy temat: czy wolno mi (kobiecie, w sensie matce) narzekać? Na cokolwiek.

Zapisz się na newsletter i nie przegap kolejnego wpisu »

A może nawet jeszcze inaczej: czy wolno mi mieć własne zdanie i przeżycia w konkretnym temacie? Daję sobie takie prawo, a zdanie świata ma dla mnie niewielkie znaczenie. Wiem, że są na świecie kobiety, które myślą podobnie jak ja i nie boją się głośno o tym mówić. Bo to moje ciało zmieniało się podczas ciąży i po niej. Nie świata. Moje. Jednym się to podoba, innym średnio, a jeszcze innym wcale. I dobrze szanowny świecie. Na tym polega różnorodność w odczuwaniu i przeżywaniu.

IMGP2344

Zatem mnie się ciąża średnio podobała, choć oczywiście nie brakowało cudownych momentów np. kiedy czułam pierwsze ruchy dziecka. Potem były to zdecydowanie bolesne kopnięcia w różne wewnętrzne części obolałego i nabrzmiałego ciała. Czy powinnam się delektować każdym bolesnym kopnięciem, bo jestem w ciąży?

Ten moment

Rozumiem cud powstawania życia w kobiecym ciele. Naprawdę robi to na mnie ogromne wrażenie. Tak z czysto naukowego i technicznego punktu widzenia. Z emocjonalnego oczywiście też. Kiedy przy porodzie okazuje się, że naprawdę, ale to  n a p r a w d ę  żyło i rozwijało się we mnie dziecko. Człowiek ze mnie wyszedł na świat. Ale to wciąż nie daje światu prawa do oceniania matek. Każdej z osobna i wszystkich razem (o tych uogólnienieach też kiedyś napiszę).

IMGP2341

Wiedzieć o tym, że się jest w ciąży to jedno, a przeżyć narodziny to zupełnie inna sprawa. Tutaj właściwie cielesność ciała jest bardziej cielesna niż cokolwiek. To bardzo fizyczna procedura, nad którą powinni czuwać fachowcy. Oczywiście znowu w moim mniemaniu. Bo przecież znam też kobiety, dla których jest to bardzo mistyczne doświadczenie. Od pierwszego skurczu do pojawienia się dziecka na świecie.

U mnie mistyczność trwała kilka minut. Całe przedtem (bolesne skurcze) i potem (m.in. szycie) było bolesną procedurą. Mówię o tym głośno. Nie raz też usłyszałam: Nie strasz kobiet w ciąży mówieniem o blesnym porodzie. Serio? Nie mówię o tym, żeby kogoś straszyć, bo przecież każda ciężarna wie, że poród po prostu boli. Czy mi się podobał? Nie, zdecydowanie poród mi się nie podobał. Miał prawo mi się nie podobać?

Medialne ciało matki

Trzeba przez to przejść żeby zacząć delektować się macierzyństwem i dzidziusiem. Dzisiaj skupiam się na ciele i kobiecości, nie na pieluchach. A ciało kobiety po porodzie (zwłaszcza kolejnym i kolejnym) to w wielu przypadkach ruina albo w najlepszym wypadku masakra potrzebująca wsparcia w powrocie do formy. Jednak to wsparcie różni ludzie pojmują w różny sposób. A już najwięcej do powiedzenia mają ci, którzy nie doświadczyli ciąży i porodu. Wiadomo, cały świat wie lepiej niż matka.

Zastanawiam się czasem na ile to ciało jest jeszcze moje (kobiety), a na ile mediów i kolorowych pisemek, gdzie modelki pozują z zawsze uśmiechniętymi bobasami. Młode mamy zawsze w pełnym makijażu, szpilkach i oczywiście z nienaganną figurą. Taka mam być? Powinnam? Chcę? A może mi się wydaje, że media taki wizerunek matki wciskają?

Nie chcąc być gołosłowną udałam się do najbliższego przybytku zwanego kioskiem i zabrałam się za wertowanie czasopism dla matek. No i zaskoczenia nie było. Nie znalazłam puszystej mamy na okładce. Nie ma też żadnej okładki z płaczącym dzieckiem, upapranym jedzeniem samochodem, obwisłymi od karmienia piersiami. Nic z tych rzeczy.

Zdaję sobie pytanie, ile matek po porodzie właśnie tak wygląda jak te kobiety z czasopism? Niewiele. Ile chce tak wyglądać? Ile czuje, że powinno właśnie tak wyglądać? Od ilu oczekuje się po porodzie takiego właśnie wyglądu? Pytania jak śnieżna kula toczą się i toczą, tworząc coraz większego śnieżnego giganta, który mrozi, przesłania widok i ani to obejść, ani okrążyć, ani rozwalić głową…

IMGP2346

Ciało prawdziwe

Czy jest szansa na zmianę? Światełko w tunelu? Roztopienie tej śnieżnej kuli? Jest szansa i to spora, bo w gromadzie siła. Im więcej głosów w sprawie tym większa świadomość społeczna. Tylko czy tak naprawdę nam – mamom – zależy na uświadomieniu społeczeństwa? Mnie bynajmniej średnio.

Zależy mi natomiast na tym, żeby każda matka dawała sobie prawo do własnego tempa, emocji i wyglądu. Pewnie, że wszystkie chcemy być po prostu „ładne”, czuć się dobrze w swoim ciele. Ale nie zawsze da się wszystko załatwić od razu i na hura. Czasem trzeba odpuścić i nie gonić za mrzonkami z okładek i przejrzeć się w oczach… tatusiów.

Lubię patrzeć na prawdziwe matki i doświadczone kobiety, które potrafią o macierzyństwie opowiadać bez lukru. Bo kobieta akceptująca siebie na danym etapie życia jest prawdziwa. Wygląd ma znaczenie, nie powiem, że nie. Ale tak naprawdę wymarzony rozmiar S schodzi gdzieś na drugi plan. Pierwszy wypełniony jest małym człowiekiem.

A jeśli czujesz, że wciąż potrzebujesz się dowartościować, to nie czekaj na powrót do wyglądu z czasów ogólniaka, tylko szukaj spełnienia gdzieś indziej. Jak one! Nie dość, że napisały, że się rozebrały, że mówią prawdę prosto w oczy, to jeszcze zrzekły się honorariów autorskich żeby pomóc ratować życie Mikołaja. 

Kiedy myślę o tym w ten sposób, to jakoś tak okładki kolorowych czasopism bledną i znikają w oddali. Bez lukru słodycz macierzyństwa odrobinę mniej smakuje, jenak mimo wszystko wolę bez lukru.

Zapisz się na newsletter i nie przegap kolejnego wpisu »

Spodobała ci się recenzja? Kup tę książkę!

Przejdź do księgarni
Data recenzji
Nazwa produktu
Macierzyństwo bez photoshopa
Ocena
4

Te wpisy również mogą cię zainteresować:

Shares
Share This