Niby zwyczajne popołudnie, a ja wiem, że zbliża się dramat. Jeden z najmniej lubianych momentów – cotygodniowe zakupy w hipermarkecie. Tyle pułapek, tyle wytycznych, tyle zakazów i nakazów. A ja sama w tej dżungli marketingowych wyjadaczy. To gorsze niż sprzątanie sztucznego śniegu, który co jakiś czas produkują Karolina i Tosia (bo zima się nie postarała, mamo, a zabawy na śniegu, jak wiadomo są najlepsze i hartują odporność).

Pobierz listę zakupów do powieszenia na lodówce »

Przyrzekam na wiosenną dietę

Mam wrażenie, że kiedyś robienie zakupów było łatwiejsze. Mama dawała mi listę produktów, w sklepie było ich tylko kilka, a sklep był jeden. Szłam do prawdziwego warzywniaka z prawdziwymi warzywami i wrzucałam do takiej siatki splecionej z żyłek (czy co to było) potrzebne sprawunki. Koniec.

Dzisiaj zanim wyjdę z domu do sklepu długo szykuję się do tego grubego przedsięwzięcia. Przygotowuję się psychicznie od rana, choć wiem, że to nic nie da. Zazwyczaj nie potrafię nastawić się pozytywnie do tłumu ludzi popychających mnie koszykami, przeciskać się z uśmiechem przez kilometry lodówek, manewrować między wąskimi półkami i dziećmi wybiegającymi pod koła. Ale dzisiaj będzie inaczej. Czuję, po prostu czuję, że dzisiaj będzie dobrze, dzisiaj mi się uda. Wystarczy przecież zwizualizować sobie zakupy same wpadające do koszyka i dam radę. Wizualizuję sobie jeszcze przy porannej kawie kasę bez kolejki. Tak na wszelki wypadek. Dobra, to mam sobie zwizualizowane.

Długa lista rzeczy do zrobienia przed wyjściem na zakupy zaczyna się oczywiście od zrobienia… długiej listy. Biorę do ręki kartkę, długopis i już dopadają mnie wyrzuty sumienia. Bo zapisałam trzy rzeczy i grzebię w pamięci, co jeszcze powinno się na niej znaleźć. A przecież fachowcy mówią, trąbią, grzmią i przypominają – rób listę zakupów przez cały tydzień. Powieś na lodówce, żeby nie kombinować kwadrans przed wyjściem. I broń cię Boże wyjść z domu bez takiej listy. Wiadomo, jesteś wtedy zgubiona.

Więc piszę, biję się w piersi, wciąż piszę i piję kawę. I tak się zastanawiam (mimo, że godzina jeszcze wczesna), czy ja dam radę napisać tę listę nie zakrapiając kawy odrobiną rumu? Czy nie zjedzą mnie do reszty wyrzuty sumienia? Matko Polko, dzielna bądź, to tylko lista – upominam się w myślach. – Przeżyłaś poród a z listą sobie nie poradzisz? Dobra, lista skończona. Na trzeźwo… tym razem 😉 I obiecuję na wszystkie diety, które mam zamiar przeprowadzić tej wiosny, że już nigdy, ale to nigdy, przenigdy nie zapomnę o sumiennym zapisywaniu listy zakupów przez cały tydzień. Słowo odchudzającej się matki.

Nie ma sensu krzyczeć na deszcz

Następny krok to wjazd do sklepu. Parking jak zwykle zapchany, a chciałoby się miejsce blisko wyjścia. Przecież będę wracać z obładowanym po brzegi koszykiem. Wizualizuję sobie zatem miejsce idealne. Z dobrym dostępem do bagażnika i wystarczającą ilością przestrzeni na otwarcie choć jednych drzwi z boku. Oczywiście, że takiego nie znalazłam. Nigdy takiego nie ma jak jadę na zakupy. Nie wiem kiedy jeżdżą inni, ale zawsze gdy się pojawiam na parkingu, to najlepsze miejscóweczki są zajęte. Dobra, jakoś zaparkowałam. Może nie optymalnie, ale dam radę.

Zanim zdążę zamknąć samochód już wiem, że zostałam namierzona. I po sekundzie widzę zbliżających się parkingowych „obstawiaczy”. Mam na myśli młodzież naszą kochaną, polską, pragnącą dorobić do skromnego kieszonkowego umyciem szyb w moim samochodzie.
– Szybeczki umyjemy szybciutko – pada bez „dzień dobry” ani „czy mogę” na ten przykład. Zaczyna się.
– Nie, dziękuję panowie. Jak widać samochód jest CZYSTY, szyby też.
– Ale szybciutko machniemy.
– Nie po to inwestowałam w ten droższy program na myjni żebyście mi teraz paskudzili szyby płynem nieznanego pochodzenia.
– Oooo (rozczarowanie zagrane brawurowo, jakbym Gajosa w Czterech Pancernych oglądała), ale czemu nie?
– Nie dziękuję, czyste są.
– Już spryskałem, to umyję.
– Nie trzeba, dzięki.
– Nie musi pani płacić.

Taaaaa, jasne. To jest właśnie to. Niby nie muszę płacić i wiem, że tym tekstem gość gra mi na emocjach, jednak tekst działa i technika manipulacji również. On zrobił coś dla mnie więc powinnam się odwdzięczyć tą głupią dwuzłotówką choćby.

Może wyjdę na wredną, ale rzadko się odwdzięczam. Pewnie to ten nauczycielsko-pedagogiczny instynkt w takich chwilach się we mnie odzywa, może wrodzona przekora? Ale kiedy mówię do człowieka „nie”, to mam na myśli „nie”, a nie np. „no dobra, skoro już spryskałeś…”. I to jest ten moment, kiedy mogę się wyżyć na biednej młodzieży i Bóg mi świadkiem, że robię to z nieukrywaną przyjemnością.

Nie na wszystkich, bo czasem przecież fajnie, jak umyją szybę na moją wyraźną prośbę. Ale jak ktoś mi spryskuje czysty samochód, bo uważa, że to dobry pomysł, to jadę bez hamulców i tłumaczę (dosadnie) co o tym myślę i dlaczego dzisiejsza młodzież powinna zająć się czytaniem lektur obowiązkowych, siedzeniem przy komputerach, przeszukiwaniem Wikipedii, kuciem do sprawdzianów, wymyślaniem lekarstwa na raka, a nie SPRY-SKI-WA-NIEM MO-JE-GO SA-MO-CHO-DU! Zazwyczaj działa. I wcale nie przejmuję się bluzgami rzucanymi z daleka pod moim adresem. Ważne, że mogę skoncentrować się na zadaniu, dla którego właściwie tu przyjechałam.

Tyle nerwów, tyle stresu, a jeszcze nawet nie jestem w sklepie. Deszcz oczywiście w tej chwili zaczyna padać. Tak, dobrze pamiętasz, mam świeżo umyty samochód. Nieważne, biorę głęboki oddech i udaję się po koszyk, bo nie ma przecież sensu krzyczeć na deszcz.

IMGP1055

W paszczy lwa

Wizualizuję sobie, że będzie to sprawnie działający koszyk. Nie taki, którego nie mogę wyszarpać, bo się zaklinował. Nie taki, którego nie da się odpiąć z niewiadomych przyczyn. I nie taki, który znosi na jedną stronę, co przy wyładowaniu ciężkimi zakupami kończy się bólem mięśni brzucha po powrocie do domu. Normalny, działający sprawnie koszyk sobie wizualizuję. Rzeczywistość mnie zaskakuje. Koszyk nie znosi, nie blokuje się, jest czysty i gładko go odpięłam od reszty. Za to się zacina. Wiadomo. Moja wina, bo sobie zapomniałam wizualizować, że koła powinny się kręcić.

Dobra, to teraz jeszcze tylko zrobić zakupy i do domu. Te cięższe idą mi całkiem gładko. Zgrzewka tego i owego, proszki, płyny. Gabaryty ogarnięte, czas przejść na jedzenie. Idę w tamtą stronę, ale z coraz większą nieśmiałością, bo przypomniałam sobie podstawową zasadę: nie chodź do sklepu na głodniaka. A pieczywo tak pięknie zapachniało, a ja nie zjadłam nic w domu przed wyjściem, bo czasu nie miałam, bo listę zakupów uzupełniałam. I teraz kłopocik, bo listy zakupów też nie powinno się robić na głodniaka. Pewnie dopisałam tam (z głodu oczywiście) kilka zupełnie niepotrzebnych rzeczy. Obiecuję na wszystkie te diety wiosenne, że to już ostatni raz kiedy na głodniaka do marketu przyszłam i listę w ten sposób sporządziłam.

Kupuję i manewruję przez następną godzinę. Bo tyle właśnie schodzi mi na czytaniu etykiet, szukaniu potrzebnych rzeczy, które niby zawsze są w tym samym miejscu, a jakimś cudem trzeba ich szukać. Mam wrażenie, że pracownicy sklepu co jakiś czas przesuwają wszystko o półeczkę czy dwie, a czasem nawet regalik, żebym musiała więcej poszukać, więcej przeczytać i nad większą ilością sprawunków się zastanowić. Wszystko dla klienta. Inaczej oczywiście byłoby nudno.

Jeszcze pół biedy kiedy mam do kupienia podstawowe rzeczy i dobrze znane produkty. Wtedy nie czytam wszystkiego od nowa za każdym razem. Ze znalezienim różnie bywa, ale ogarniam. Nie daj Boże jeśli wpadnie mi do głowy kupienie jakiegoś nietypowego produktu, a bo to goście, bo na bloga jakąś potrawę chciałabym nową wstawić, coś poeksperymentować. Wtedy czuję się jak Sherlock Holmes na tropie zagadki spożywczej. I dedukuję (manewrując tą zacinającą się kolubryną), gdzie sprytni spece od marketingu mogli umieścić orzechy nerkowca, mielony len czy jakiś kawałek zdrowego mięsa?

Przy tym ostatnim oczywiście skucha. Kiedy myślę o zdrowym kawałku mięsa z marketu, mam niemal pewność, że takie w moim koszyku nie leży. I zaczynam przeglądać zawartość całego koszyka, sprawdzając, czy to co kupiłam (a już zwłaszcza te parówki i przekąski, których oczywiście żadna dobra matka nigdy dziecku nie podaje) nadaje się w ogóle do spożycia. I wiem, widzę to, mam przed oczami, że to tylko mielona tektura, kurze pazury i ścięgna nafaszerowane antybiotykami. I znowu dylemacik matki Polki (kolejny już tego dnia) – wykładać całość na półki, bo to na pewno otruje moją rodzinę, czy może jednak przeżyjemy jak to zjemy? I tak nie mam pojęcia gdzie kupić jeszcze zdrowsze płatki zbożowe, kabanosy i banany. Zostawiam, ale oczywiście z wyrzutami sumienia.

Sprintem przez getry

Powoli jadę do kasy. Jestem na ostatniej prostej, staję w kolejce. I kiedy tak stoję w kolejce, to zawsze, ale to zawsze przypomni mi się coś ważnego, czego oczywiście nie było na liście i nie ma w koszyku (mimo tego, że nie trzymałam się tej listy, bo nigdy się jej nie trzymam). Odpuścić czy dokupić? Bez mąki nie upiekę chleba, trzeba po nią wrócić. I teraz najgorsze – proszenie o pomoc osobę stojącą za mną w kolejce. Trudno powiedzieć, czy lepiej poprosić kobietę czy mężczyznę, zresztą i tak nie do mnie wybór należy. Dzisiaj jest facet, dobra proszę pana, ja tu stoję, ale tylko na sekundę skoczę po mąkę dwa regały dalej. Łaskawie (zachowaj sobie gościu to irytujące westchnienie dla żony) się zgadza. Czas na sprint między półkami, bo przecież wiadomo, że ta mąka jest siedem regałów dalej, a nie tylko dwa. Wracając jeszcze chwytam w locie zioła prowansalskie i mydło w płynie, o których oczywiście przypominam sobie w połowie tego sprintersko-sklerotyczngo pędu.

A najgorsze jest to, że zawsze podczas tego biegu powrotnego zerknę kątem oka na dział z ubraniami dla dzieci i zawsze, ale to zawsze jest tam jakaś fajna promocja. Ale na promocji jak wiadomo trzeba się chwilę skupić, ubranie dopasować, przymierzyć, wybrać coś sensownego. Nie rzucać się na każdy ochłap tylko dlatego, że jest w promocji, prawda? Jestem jednak pewna, że widziałam tam właśnie takie getry, jakich od dawna dla Karoliny poszukuję. I muszę je zostawić, bo kątem drugiego oka widzę, że gość w kolejce zaczyna nerwowo się rozglądać, bardziej sapać. To znak, że jesteśmy blisko kasy. Shit, promocja przepadła.

Dobra, jestem przy kasie. Jeszcze tylko ta pani i ja. Rozwiany włos, pot ściekający po plecach i ten delikatny, aczkolwiek dosadny zapach spod mojej pachy mówią mi (i sąsiadom), że koniec zakupów jest blisko. Pocieszające jest to, że nie muszę już w tym tygodniu iść na siłownię, bo naprawdę odwaliłam kawał ciężkiej, fizycznej roboty. Jak od pchania tego zacinającego się wózka nie dostanę przepukliny, to będzie cud.

IMGP1076

Moje trzy grosze

Przy kasie zawsze też jest jakiś zonk! Zawsze ktoś już obsługiwany czegoś nie zważy, jakiś produkt nie ma kodu, zatnie się terminal do płacenia kartami, ktoś szuka drobniaków we wszystkich siedemnastu kieszeniach jakie na sobie ma. Jestem tuż, tuż, ale ci z równoległej kolejki dawno będą w domu, zanim babka z siedemnastoma kieszeniami znajdzie gdzieś 3 gorsze, o które prosi kasjerka. Znasz to zerkanie na kasę obok i szacowanie, kto będzie pierwszy? Odzywa się w matce Polce duch rywalizacji, ale zdana na cudze kieszenie duszę ducha w zarodku.

Kiedy ładuję skasowane rzeczy do koszyka, to jest już w zasadzie z górki. Ćwiczenie logistyczno-fizyczne, żeby upchnąć wszystko do jak najmniejszej ilości toreb i jednocześnie rozplanować działami, kategoriami, wielkością i wagą to banał. Po co tak? Żeby reklamówki nie były ani za ciężkie (urwą się), ani za lekkie (marnowanie torby, pieniędzy i narażanie planety ziemi na strawienie dodatkowej porcji folii). Jeszcze tylko palpitacja serca związana z płaceniem rachunku, odszukanie we własnych kieszeniach drobniaków, o które prosi pani kasjerka i można taszczyć zakupy do samochodu. Potem zaledwie 15 minut szukania, gdzie u licha zaparkowałam w tym deszczu, wrzucenie 50 kg do bagażnika (tak, może pan odprowadzić mój wózek i zabrać dla siebie złotówkę), przytaszczenie 50 kg do kuchni (tak, nadal pada) i po sprawie.

Nie! To popołudnie nie może tak wyglądać.
– Maaaaarek, zrobiłam ci listę zakupów, skoczysz do marketu?
– Nie mogę kochanie, na popołudnie mam umówione spotkanie z ważnym klientem. Zabierzesz ze sobą na zakupy Lolę?

Zakupy z dzieckiem. Potrzebna mi zupełnie nowa wizualizacja 😉

Czym zająć dziecko w sklepie, żeby spokojnie zrobić zakupy
  • Daj dziecku mały notesik lub kartkę, jakiś długopis (który najpewniej zgubi pod koniec zakupów) i poproś, by zapisywało lub rysowało, jakie produkty macie już kupione i ile. Maluch zajęty gryzmoleniem pewnie nie na wszystkie stoiska z zabawkami zwróci uwagę.
  • Zegarek na ręku to dla dziecka prawie zawsze prestiż. Jeśli pociecha nie ma jeszcze swojego, to załóż jej na rękę jakiś swój stary i wytłumacz, co to znaczy „cierpliwy”. Maluch może być detektywem podglądającym czas (przesuwające się wskazówki). Co jakiś czas pytaj, która wskazówka jest na jakiej cyferce. To skupi uwagę dziecka na śledzeniu czasu, a niekoniecznie wszystkich promocji. Wyjaśnij też, że np. kiedy duża wskazówka będzie na 12 a mała na 6, macie w planach zakończenie zakupów albo wizytę na dziale z zabawkami. Zachęć dziecko do tego, żeby pomogło ci wygrać walkę z czasem.
  • Zakupy ze starszym dzieckiem nie są już tak męczące jak z maluchem, ale też potrafi marudzić. Poproś, by kontrolowało i notowało, ile czasu spędzacie na poszczególnych działach. Potem w domu możecie wspólnie wykombinować, co zrobić, by ten czas skrócić.
  • Przed wyjściem do sklepu możesz się umówić z pociechą na przygotowanie w tygodniu jakiejś ekstra ulubionej potrawy dziecka. Zróbcie osobną listę zakupów do tej potrawy i poproś dziecko, by spróbowało samodzielnie odnaleźć składniki do niej. Oczywiście młodszemu dziecku będziesz podpowiadać np. na tym dziale szukamy maślanki, ale starsze powinno być czujne i samo sobie poradzić.
  • Obiecaj wizytę na stoisku z zabawkami w nagrodę za cierpliwość. Zaplanuj sobie czas (jakieś 20 minut) na oglądanie przez pociechę zabawek. Wytłumacz (jeszcze w domu), że nic nie kupujecie, ale może się pobawić chwilę tym, czym chce.

Te wpisy również mogą cię zainteresować:

Shares
Share This