Nowy… a właściwie stary Mikołajek. Nowy jest wygląd, a konkretniej kształt książki. Kiedyś była kwadratowa, teraz jest prostokątna. Stary jest bohater. I jego przygody też są stare. Pewnie wiecie, ale powiem, bo kiedy to wybrzmiewa, robi większe wrażenie. Mikołajek ma już 50 lat. O rany! A tak dobrze się trzyma. Rewelacyjnie nawet.

Nasza Księgarnia uraczyła nas całym zbiorem wydanym w jednej, grubej, wspaniałej księdze. Jak już wspomniałam, nie jest kwadratowa, charkterystyczna dla dotychczasowych wydań. Postanowili ją nieco odświeżyć. Nie mam nic przeciwko temu, bo i tak liczy się jej cenna zawartość.

Mam w domu sześciolatkę, która połyka książki wręcz nałogowo. Jestem mamą, która się z tego cieszy. Wciąż staram się podsuwać nowe, pyszne kąski do schrupania. Jednak wiadomo, takie literackie dokarmianie sporo kosztuje. Dlatego często wolę „dzieła zebrane”, bo wychodzi taniej, po prostu. I wystarcza na dłużej taki książkowy podarunek.

Mogłabym teraz napisać, że Mikołajek z okazji Mikołaja, to znakomity pomysł. Ale prawda jest taka, że to znakomity pomysł o każdej porze roku. Zaczytujemy się przygodami tego urwisa oraz oczywiście Alcesta, Ananiasza, Euzebiusza. Ach, te wspaniałe imiona. Choć jak na razie, to sześciolatkę najbardziej rozśmieszył Rosół. Do tego stopnia, że zaczęła kombinować, jak poprzezywać swoich nauczycieli w szkole. A jest kurcze dopiero w zerówce. Wprawdzie szkolnej, ale zerówce. Więc zastanawiam się, czy nie za wcześnie ją wdrażamy w Mikołajkowe pomysły (Jeśli też masz takie wątpliwości, ściągnij sobie Co zrobić, żeby dziecko cię słuchało – 10 prostych zasad). Z drugiej jednak strony… kiedy ma się w to wdrażać jak nie właśnie teraz? Im będzie starsza, tym więcej roboty w szkole i mniej czasu na psoty. Więc niech sobie czyta Mikołajka, na zdrowie.

I niby to „chłopacka” opowieść, a jakoś jej nie przeszkadza. O dziwo, bo do tej pory większość „chłopackich” zabaw i tematów była mocno bojkotowana. Widać każdy musi się kiedyś zakochać. Na nią padło akurat teraz. Ze zdziwieniem odkrywa, jak wiele ją łączy z tym Mikołajkiem. Ona też ma w klasie „paczkę” niezłych ziółek, które przynajmniej w części znają Mikołajka. Więc wspólny temat, wspólne psoty i wspólne tajemnice są nieuniknione.

A ja nie ukrywam, że trochę ścigamy się w domu, kto ma czytać Mikołajka na głos. Choć Karola umie przeczytać sobie sama i najczęściej ją do tego zachęcamy, tak w tym wypadku jakoś tak chętnie siadamy razem i rodzice jej czytają. Zaśmiewając się przy tym, wiadomo. I to już jest wartość dodana takiej książki. Łączy nas, zachęca do wspólnego spędzania czasu.

Karolina wczoraj przyniosła do domu pierwszą uwagę w dzienniczku. Przypadek?…

Spodobała ci się recenzja? Kup tę książkę!

Przejdź do księgarni
Data recenzji
Nazwa produktu
Pierwsze przygody Mikołajka
Ocena
5

Te wpisy również mogą cię zainteresować:

Shares
Share This