Nie każdy lubi zmiany w życiu. Mówię oczywiście o zmianach na lepsze, bo na gorsze to wiadomo, że nie. Są i tacy, dla których stabilizacja jest najważniejsza. I ja to rozumiem choć należę do osób, którym zmiany są potrzebne. Jednak odkąd jestem mamą, każda zmiana niesie ze sobą dodatkowe wyzwanie, bo przecież odpowiadam teraz nie tylko za swoje życie. 

Nie lubię niespodzianek

Już sama decyzja o dziecku jest zgodą na zmianę. Zwłaszcza dla kobiety, która dźwiga ciężar ciąży (ze wszystkimi urokami i przypadłościami), a potem pierwszych miesięcy opieki nad bobasem, kiedy to właśnie mama jest niezbędnie potrzebna do prawidłowego rozwoju.

Z perspektywy walizek, nowego domu w nowym kraju (taka zmiana!), koloru ścian i widoku za oknem, rozmyślam o macierzyńskich wyzwaniach. Konkretnie o tym, że tak naprawdę bez decyzji o zmianie nie byłoby dziecka. A potem dziecko nie mogłoby się rozwijać, a ja funkcjonować jako matka. Decyzje o zmianie są potrzebne, choć wciąż stoję na stanowisku, że trzeba siebie (i potem jeszcze dziecko) do nich odpowiednio przygotować.

Dlaczego? Choćby dlatego, że wprowadzenie znienacka niezaplanowanej zmiany w życiu dziecka może wygenerować najzwyczajniej w świecie lęk i bunt. Każdy człowiek dąży do tego, by czuć się bezpiecznym. Im jesteśmy starsi tym więcej rozumiemy. Starszemu dziecku o wiele łatwiej wytłumaczyć konieczność wprowadzania zmian w życiu.

Największym wyzwaniem są maluchy

Bobasowi niczego się nie wyjaśni używając racjonalnych argumentów. Co wcale nie znaczy, że nie da się małego dziecka na zmiany przygotować. Jedną z podstawowych metod są małe kroczki i własne nastawienie. I ja to doskonale rozumiem.

bobas enfamil 1

Weźmy na przykład nową pracę lub powrót do niej po kilku miesiącach urlopu macierzyńskiego. Sama powiedz, czy wolałabyś pierwszego dnia dostać „normalny” zestaw zadań, bez żadnego wprowadzenia, oprowadzenia czy słowa wyjaśnienia? Czy sobie nie poradzisz? Pewnie, że sobie poradzisz, ale jakim kosztem? Ja bym się czuła bezpiecznie i komfortowo jeśli przed „normalnym” dniem pracy ktoś by mi coś wyjaśnił.

Dokładnie tak samo jest z wprowadzaniem zmian w życiu dziecka. Choć pokutuje przekonanie, że dziecko i tak prędzej czy później dostosuje się do nowej sytuacji. Jest w tym wiele prawdy, bo dziecięca moc adaptacji jest zdumiewająca i jakby wrodzona. To jednak zawsze wolę przygotować pociechę na zmianę. Zarówno na dobrą, jak i na złą, jak i na zupełnie neutralną. Po prostu zmianę wymuszoną okolicznościami, w których obecnie znajduje się nasza rodzina. Wyjaśnienie wielu spraw kilkulatce jest o niebo łatwiejsze niż wyjaśnianie spraw bobasowi.

Niby wszystko mu jedno, a jednak…

Pamiętam jedną z pierwszych sporych zmian, kiedy po sześciomiesięcznym urlopie macierzyńskim chciałam właśnie wrócić do pracy, czyli prowadzenia własnej firmy. A że były to szkolenia w różnych częściach Polski, na które musiałam od czasu do czasu dojeżdżać, to padła propozycja o karmieniu dziecka butlą. Wstęp do pożegnania z piersią. Na początku nie byłam pewna czy to dobra decyzja, ale postanowiłam spróbować.

Jakże byłam zdziwiona kiedy Karolina z miejsca i od razu obraziła się na butelkę. Nie była nią zainteresowana i właściwie nie wiedziała co się z tym robi. No jak to? Przecież tysiące dzieci pije z butelki, a moje ma zamiar (o zgrozo!) odmówić przyjmowania mleka w tej postaci?

Dziś wiem, że wrzuciłam ją na głęboką wodę bez przygotowania do zmiany. Niby taki mały bobas, a jak szybko potrafi człowiekowi dać lekcję pokory. I nauczyć jak powinno się podchodzić do zmian w życiu. Zmusiła mnie do zrobienia kilku kroków w tył, odrobienia lekcji i dowiedzenia się, jak można łagodnie i stopniowo dać sobie czas na decyzję o zmianie.

Zainteresował cię ten temat? Zapisz się na newsletter i nie przegap kolejnego wpisu »

Pięć kroków do zmiany

Wprowadzenie

To moment kiedy pojawia się myśl o zmianie, a ty ją zdecydowanie odrzucasz. Ale ona wraca. Z jakiegoś powodu ta myśl powstała w twojej niegotowej jeszcze na zmianę głowie. Więc jest tak, że się na żadną zmianę nie piszesz, ale też czujesz, że jakieś ziarenko zaczęło kiełkować. Walczysz, nie podlewasz, niszczysz, ale ono nie daje się wyrwać z korzeniami.

Dla mnie decyzja o karmieniu piersią była bardzo naturalna. Nie zastanawiałam się ani sekundy czy chcę i czy powinnam. Kiedy więc przyszła pierwsza myśl o powrocie do pracy i pierwsze konkretne zlecenie, to je odrzuciłam. Ale potem przyszły kolejne, a mnie coraz bardziej brakowało szkoleniowych spotkań. I każde kolejne odrzucenie oferty sprawiało, że byłam po prostu nieszczęśliwa.

Rozważanie

Pojawia się w twojej świadomości kiedy po kilku dniach (lub czasem tygodniach) walki z tym kiełkującym nasionkiem po prostu przyzwyczajasz się do jego obecności. Myśl o zmianie jest w twojej głowie, teraz przychodzi pora na to, żeby się nad tym na poważnie zastanowić. Najczęściej odpowiadasz sobie wtedy na pytanie: Czy mogę coś zmienić? Czy naprawdę chcę? Czy to się da zrobić? Myślisz o zmianie już bez negowania, ale tak naprawdę jeszcze nie wprowadzasz jej w życie. Zastanawiasz się czy ta zmiana będzie dla ciebie/dziecka/rodziny dobra (opłacalna).

Zmieniasz zdanie kilka razy i dajesz sobie do tego prawo, bo jesteś na etapie rozmyślań a nie podejmowania ostatecznych decyzji. Oczywiście dziecko nie może takich rozważań przeprowadzić, ale ważne jest to, żebyś ty jako mama taką decyzję przemyślała z każdej możliwej strony. Mnie to zajęło sporo czasu, bo przecież półroczne dziecko to jeszcze maleństwo. Układałam zatem wszystkie scenariusze za i przeciw. Bez pośpiechu i z możliwością wycofania się.

Przygotowanie

Na tym etapie jeszcze nie podejmujesz ostatecznej decyzji. Ja właśnie wtedy zaczęłam skłaniać się ku wprowadzeniu mleka modyfikowanego do diety półrocznego dziecka. Tak, żebym mogła wrócić do pracy, przynajmniej raz na jakiś czas. Oczywiście nie stało się to wszystko z dnia na dzień, ale zabrałam się za snucie konkretnych planów. Wszystkie moje scenariusze z głowy musiałam osadzić w rzeczywistości np. czasie którym dysponowałam, osobach które mogły zająć się dzieckiem podczas mojej nieobecności i oczywiście umiejętności Karoliny picia z butelki. Wszystko trzeba było od nowa zaplanować, bo dziecko na widok butelki po prostu pluło i wierciło się jak w ukropie. Plan na papierze to zdecydowanie nie to samo co plan w praktyce.

Działanie

Decyzja zapadła i teraz przyszła pora na działanie. To jest moment kiedy szkoda ci będzie się wycofać, bo widzisz ile korków już zrobiłaś, jaki kawał przeszłaś. Żal byłoby teraz z tego wszystkiego zrezygnować. Nie ma też powodu by to robić. Przecież podjęłaś decyzję więc się jej trzymaj.

Pamiętam z jak wielką determinacją zabrałam się za wcielanie planów w życie. O ile z opieką i terminami poszło dość gładko, tak z zachęcaniem Karoliny do butelki wcale nie było różowo. Jakiś miesiąc zajęło mi nakłanianie jej do wypicia mleka z butelki. I na samych prośbach i błaganiach nie poprzestałam. Pomocne okazały się doświadczone mamy, które rzuciły garść wskazówek:

  • dobierz odpowiednią butelkę, jak najbardziej kształtem przypominającą smoczek, którego używasz do uspokojenia dziecka,
  • smaruj smoczek butelki mlekiem z piersi, przecież dziecko zna jego smak i zapach, lubi je więc przychylniejszym okiem spojrzy na butelkę,
  • nie dawaj od razu mleka zastępczego, podawaj na początku w butelce swoje mleko z piersi i to też nie przy każdym karmieniu, na początek jedno karmienie dziennie,
  • podawaj butelkę ze swoim mlekiem kiedy dziecko jest spokojne a nie np. wybudzone w środku nocy głodem,
  • wyślij na misję z butelką tatę lub babcię, bo ciebie dziecko kojarzy z piersią a ich niekoniecznie więc jest szansa że od nich prędzej przyjmie butelkę i nie będzie się domagać żadnego zamiennika,
  • dobierz mleko, którego będziesz pewna, mające dobry wpływ na zdrowie dziecka.

Utrzymanie zmian

W końcu i nam się udało. Wiele było przy tym plucia, płakania, wiercenia i wierzgania, ale w końcu Karolina przekonała się do butelki. Po pierwszym wypiciu całej butli odtańczyliśmy rodzinny taniec radości. To był dobry pomysł na zmianę. Ja mogłam wrócić do pracy a dziecko zostało pod opieką reszty rodziny.

Babcie trochę kręciły nosem, ale konsultacja u pediatry przed wprowadzeniem mleka modyfikowanego załatwiła sprawę. W tej kwestii też odrobiłam lekcje i wybrałam mleko, którego byłam pewna. Przetestowaliśmy kilka, bo każde trochę inaczej smakuje. Karolinie najbardziej przypadł do gustu Enfamil, a konkretniej Enfamil Premium 2 przeznaczone dla maluszków 6-12 miesięcy. W całym tym procesie wprowadzania zmian nie miałam zamiaru protestować i posłuchałam dziecka. Każdy ma swój smak, półroczne dziecko również.

Posmakował jej Enfamil, a mnie to bardzo ucieszyło, bo to mleko wspomagające prawidłowy rozwój wzroku malucha do 12 miesiąca życia (ha! sprawdziłam, że to informacje potwierdzone przez Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności, jako poziom przyczyniający się do prawidłowego rozwoju wzroku u niemowląt). Wzbogacone jest o wapń, żelazo, witaminę D, cynk i wiele innych składników odżywczych, o których możesz dokładnie poczytać na tej stronie. Okazało się dla nas strzałem w dziesiątkę.

To bardzo ważne by matka była pewna, że podaje dziecku to co najlepsze. Wiadomo, że najlepsze jest mleko naturalne, ale kiedyś (dla każdej mamy w innym terminie) przychodzi czas na kolejną decyzję. A dla dziecka przychodzi czas na rozszerzanie diety i uzupełnianie jej kolejnym mlekiem, i kolejnym, i kolejnym.

Przemyślana zmiana daje mnóstwo satysfakcji, radości i poczucia działania w dobrym kierunku. Mówię to zerkając z okna nowego domu, w nowym kraju, z nowym kolorem ścian za plecami i poczuciem satysfakcji. Dlatego lubię zmiany, a nie przepadam za niespodziankami.

Zainteresował cię ten temat? Zapisz się na newsletter i nie przegap kolejnego wpisu »

Te wpisy również mogą cię zainteresować:

Shares
Share This