Kiedy nie ma się dziecka w tym wieku, to tak naprawdę całe zamieszanie związane z reformą jakoś przechodzi bokiem. I całkiem chyba słusznie. Każda mama skupia się na potrzebach danego wieku swojej pociechy. Ja dzisiaj skupię się na tych biednych zerówkowiczach i na ich dylematach. Zakładam, że znasz założenia reformy – rodzice mają wybór, czy posłać sześciolatka do szkoły, czy zostawić w przedszkolu.

Długo zastanawiałam się, jak ugryźć temat. Nie chcę tego robić politycznie i nie odbieraj tego proszę w tych kategoriach. Wypowiadam się od strony mamy dziecka z rocznika 2009 i pedagoga pracującego w szkole kiedy „wlały” się do tam roczniki 2007, 2008 i 2009. Chciałam rzeczowo, sucho i konkretnie napisać o plusach i minusach. Ale jak wiadomo, wszystko w wychowaniu ma drugie dno. Więc oprócz mojego punktu widzenia stworzyłam test, który mam nadzieję uporządkuje twoje przemyślenia i pomoże w podjęciu najlepszej decyzji. Teraz masz wybór.

Pobierz test: „Sześciolatek w szkole. Czy już czas posłać dziecko do I klasy?” »

Nawet jeśli nie masz dziecka w tym wieku, to z racji chaosu związanego z (byłą już i obecną) reformą reformy, zapewne usłyszałaś gdzieś choćby w przelocie, że istnieje przepaść w rozwoju dziecka sześcio- i siedmioletniego. Słysząc słowo przepaść wyobrażam sobie ciemną otchłań, taką nie do przebycia. Na jednym skraju urwiska sześciolatki, na drugim siedmiolatki. I nijak nie mogą się porozumieć. Cóż. Przepaść to zdecydowanie za mocne słowo, jednak faktycznie rok w życiu takiego dziecka, to bardzo dużo. Co zrobić, żeby wybrać najlepszą opcję dla pociechy? Dokładnie prześwietlić sprawę.

Wiedza jest

Ostatnio miałam okazję słyszeć jak pewna pani profesor oznajmiła studentkom, że nasze wypasione sześciolatki nie powinny „zalegać w zerówkach”. I może bez wielkiej finezji, ale miała sporo racji. Nam (mamom) wydaje się, że to jeszcze maluszek, ale często ten maluszek potrafi zadziwić wiedzą czy sprawnością obsługi komputera. Nie jest tak?

Porównujemy pociechy do nas samych w ich wieku. Ale prawda jest taka, że my byliśmy o wiele mniej rozwiniętym (emocjonalnie i pod względem inteligencji) pokoleniem. Jak to możliwe? Z jednej strony w grę wchodzą uwarunkowania społeczne i rodzinne. Dziś mamy świetnie wykształconych, skupionych na rozwoju dziecka rodziców. Dawniej to skupienie nie było priorytetem. Nie było też tak szerokiego dostępu do informacji związanych z wychowaniem, zdrowiem, do rozrywek, takich zabawek, czy choćby wiedzy o prawach dziecka. Jak byłam mała nikt się nie zastanawiał nad tym, czym jest klaps. Mogła być rozmowa o tym, jaki ślad zostawia na tyłku, ale niewielu się przejmowało, jaki ślad zostawia w psychice.

Ostatnie badania dowodzą, że mózgi obecnych nastolatków bardzo różnią się sposobem funkcjonowania od wcześniejszych pokoleń. Te mózgi od urodzenia znają komputery, iPady, internety i wszelkie dostępne dobrodziejstwa cywilizacji. Dorastają ze słuchawkami w uszach i choć nam wydaje się to absurdalne, potrafią się uczyć i skupić nie zdejmując ich. Tak, dzięki dodatkowym bodźcom lepiej funkcjonują. Jak to możliwe? Odpowiedź jest bardzo prosta – ewolucja.

Nasze sześciolatki to już kolejna generacja. Zapewne jeszcze lepiej przystosowana do życia w cywilizacyjnym szumie informacyjnym. Stąd wniosek o ich wypasionej konstrukcji i szybszym (niż za naszych czasów) przyswajaniu i przetwarzaniu informacji. I to jest prawda. Maluchy mają ogromną wiedzę więc jeśli zastanawiasz się, czy pod tym względem poradzą sobie w szkole, to z czystym sumieniem odpowiadam, że bez problemu. Mierząc tylko tą miarą – tak, posyłać do szkoły.

Słynna dojrzałość emocjonalna

Kolejna sprawa do rozważenia, to dojrzałość emocjonalna. Dziecko sześcioletnie zazwyczaj jest niedojrzałe emocjonalnie. I takie ma być. Jeśli czytasz opinię z przedszkola, to jest niemal pewne, że nauczyciel zaleci pracę nad emocjami. Tylko że dziecko w tym wieku ma pełne prawo do rozchwiania emocjonalnego, nawet często większego niż widać to u pięciolatka. Po prostu taki etap w rozwoju. Sześciolatek częściej płacze, nie może się zdecydować, obraża się, pyskuje, w życiu nie przyzna się do winy nawet jeśli go złapiesz za rękę. I do tego brzydzi się słowem przepraszam, które kiedyś nie sprawiało mu najmniejszego problemu.

Czy posłać taki chodzący chaos do szkoły? Może jakoś się ogarnie? No właśnie… Bardzo często jest tak, że bystre, mądre, dzieci z dużą wiedzą, nie są w stanie uczyć się trybem szkolnym. Właśnie ze względu na niedojrzałość emocjonalną. Za bardzo przeżywają, za mało rozumieją, nie potrafią samodzielnie uprządkować swojej rzeczywistości na tyle, by efektywnie przyswajać wiedzę. W warunkach przedszkolnych jest czas na zabawę i przejście tego etapu we własnym tempie. W szkole (mówię o polskiej szkole) nie widzę zbyt wielu możliwości: ławka, ćwiczenia, mało ruchu, dużo nowości. Niestety, ta dojrzałość emocjonalna, mimo że ciągle o niej słyszymy, jest traktowana po macoszemu. Jakoś się ogarnie, dajmy mu szansę. I tak dajemy niemal dwa semestry, aż okazuje się, że mamy w domu siedmiolatka.

Co może pomóc dziecku na tym etapie? Nowe, proste obowiązki domowe i dużo ruchu. Ten rok między piątym a szóstym jest etapem lekkiego odejścia od zabawy (wyłącznie zabawy) na rzecz podejmowania obowiązków. Zatem szkoła jest do tego bardzo dobrym miejscem. Ty jako rodzic sama najlepiej wiesz, bo obserwujesz na codzień, czy ta przemiana zaczęła w jakikolwiek sposób zachodzić u pociechy. Przydzielając obowiązki domowe widzisz, czy dziecko daje sobie z nimi radę, czy zwraca uwagę na dokładność wykonania, pamięta o nich itd. Jeśli jest gotowe na nowe wyzwania, to super, bo wiesz że da sobie radę i w szkole. Zwłaszcza jeśli przygotujesz malucha do tych nowych wyzwań. Opowiesz, wyjaśnisz jak to będzie np. z zadaniami domowymi. Weź pod uwagę ich codzienne odrabianie, przynajmniej przez godzinę. Na samym początku to będzie wasz wspólny obowiązek.

Ławka ogranicza ruch

Powiem plastycznie. Wyobraź sobie, że w pracy szef nadawał ci dzisiaj nad uchem od rana, pracownicy nie chcieli zajmować się swoimi sprawami i wciąż pchali się do twojego komputera, hałas, duchota i te kolejne polecenia „z góry”. Jak chciałaś coś powiedzieć, to nie zawsze słuchali. A już nie daj Boże jak krzyknęłaś. To jeszcze karę finansową dostałaś i etykietkę awanturnicy bliskiej załamania nerwowego. Czy pomogłoby by ci gdybyś kopnęła sąsiada przy biurku i lekko poddusiła szefa? Albo zamknęła się w ciemnym kącie i zapaliła spokojnie papierosa? W jakim stanie wracasz do domu po takim dniu?

Dziecko przeżywa podobne emocje każdego dnia (dobrze, troszkę podkoloryzowałam, ale tylko po to, żeby wyjaśnić dokładnie). A nie zapominaj, że najważniejsze w tym wieku są zabawa i aktywność fizyczna. Sporo szkół w dużych miastach nawet nie otwiera drzwi w czasie przerw, dzieci „odpoczywają” na korytarzu szkolnym. Takie dziecko ma powody do płaczu, bycia rozdrażnionym, pyskującym, agresywnym sześciolatkiem. Ja bym była. Wiec w ramach sprawdzania szkoły, koniecznie dowiedz się, jak to wygląda z tym wychodzeniem na podwórko, „niesiedzeniem” w ławkach i liczebnością klas. To podpunkty obowiązkowe.

szesciolatek w szkole 2

Aspekt społeczny

Co może nieco ustabilizować te rozchwiane emocje? Jednoznacznej odpowiedzi nie mam, ale mam cenną wskazówkę. Sprawdź czy dziecko będzie miało w klasie szkolnej choć kilku (a najlepiej wszystkich) swoich kolegów z przedszkola. Czy będzie wśród dzieci starszych jedynym maluchem? Czy będzie w zdecydowanej mniejszości? Jeśli będzie miało kolegów, to powinno lepiej dać sobie radę. Zmienia wprawdzie środowisko, ale jest „bezpieczne społecznie”, bo wśród swoich.

Właśnie, aspekt społeczny. Jak sobie radzi wśród rówieśników? Czy szybko i łatwo nawiązuje znajomości? A w kontakcie z nowymi, obcymi dorosłymi? Ogólnie jest dobrze kiedy dzieci bawią się w mieszanych wiekowo grupach. Starsze opiekują się młodszymi, a młodsze uczą się od starszych. Jest tu jednak jedno „ale”… bawią się. Mieszane grupy, które znakomicie sprawdzają się w trybie przedszkolnym, już w szkole niekoniecznie tak rewelacyjnie funkcjonują. Wiele zależy od nauczyciela, czasu przeznaczonego na zabawę, świetlicy szkolnej, doświadczenia z mieszanymi wiekowo klasami. Chcąc mieć pewność czy podejmujesz słuszną decyzję, koniecznie prześwietl przyszłą nauczycielkę i sposób prowadzenia zajęć. Jedno hasło mam w tym temacie: poczta pantoflowa. Korzystaj.

Ważna postać

Każda nauczycielka (choćby najwspanialsza) ma do przerobienia podstawę programową. Nie miej złudzeń, nie ma taryfy ulgowej. Jeśli masz w domu pięciolatka nieznającego literek, to będzie miał ciężko w szkole. Dziecko ma prawo rozwijać się we własnym tempie. Znam czytające czterolatki i nieczytające siedmiolatki (choć te już nie mają takiego luksusu jak wybór). Jeśli twoje dziecko nie głoskuje, wciąż nie będzie składało głosek w sylaby kończąc pięciolatki, to daj mu jeszcze rok w przedszkolu. Bo w szkole program musi zostać przerobiony, a to oznacza intensywną naukę pisania i czytania. Najlepsze co możesz zrobić, to uczyć liter od najmłodszych lat. Choć oczywiście to rada, która dla wielu może być już przeterminowana.

I tak dochodzimy do mojego największego „ale”, jeśli chodzi o sześciolatki w szkole. Jak wiadomo, tam uczą się pisać. Dłoń sześciolatka nie jest w stanie udźwignąć ciężaru związanego z ładnym pisaniem. Po prostu jeszcze nie ten etap w rozwoju. To, co dla siedmiolatka jest pestką, dla rok młodszego dziecka jest wyzwaniem, którego mimo wielkich chęci najczęściej nie jest w stanie przeskoczyć. Za słabe mięśnie i tyle. Ręka szybko się męczy, czas skupienia nie pozwala na długie i żmudne ćwiczenia. Jasne, pomagają różne zabawy grafomotoryczne. Zabawy! Wprowadzaj je jak najczęściej. Jednak miej świadomość, że zadania domowe (znowu wiele zależy od nauczycieli) będą prawdopodobnie gehenną, przynajmniej na początku. Nie pozwól nauczycielowi zniechęcać dziecka „słonkami za chmurką” (nie ma ocen na tym etapie) kiedy sześciolatek we wrześniu, październiku czy listopadzie krzywo rysuje szlaczki (o literach nawet nie wspomnę).

Afera dywanowa

Nie mogę też nie wspomnieć o przygotowaniu placówek na przyjęcie młodszych dzieci. Mamy do wglądu raporty niezliczonej ilości komisji mówiące o tym, że szkoły są obecnie znakomicie przygotowane do przyjmowania sześciolatków. Pewnie niektóre tak. Z pewnością te skontrolowane się do tego przygotowały. Ale słysząc opinie mam z całej Polski po prostu nie dowierzam tego rodzaju raportom. Moje konkretne dziecko i jego konkretną szkołę raportuję sobie sama. Jestem najwyższą komisją i nic nie umknie mojej uwadze. Dopiero wtedy podejmę decyzję.

Mam nieodparte wrażenie, że kiedy była już reforma weszła w życie, szkoły w jakiś sposób czuły się zobligowane do przygotowania choćby klas (słynne dywany) i metod nauczania. Teraz jednak, kiedy decyzja należy do rodzica, a sześciolatki zostały „cofnięte” do przedszkoli, nie łudziłabym się, że szkoły będą się czuły zobligowane do pielęgnowania dywanowej tradycji. Większość z nich z dywanu korzystała o 90% mniej niż ze szkolnych ławek. Bo i trudno uczyć pisania maluchy leżące na dywanie. Dywan był „na przerwy”, a przerwa nie trwa długo. Tak wiem, że w młodszych klasach nie ma 45 minutowych lekcji. W teorii.

Klasy są mniejsze niż sale przedszkolne, mają więcej ławek a mniej zabawek. I to po prostu weź pod uwagę podejmując decyzję. Dodatkowo pamiętaj, że do szkoły nosi się plecaki. Wiele placówek zapewnia szafki, w których dzieci mogą trzymać większość rzeczy, ale nie spotkałam jeszcze pierwszaka, który pomieściłby się do małego plecaczka. Jakimś cudem te wszystkie dodatkowe rzeczy wciąż trzeba przynosić. Na własnych plecach. Jeśli wiesz, że twoje dziecko ma do przebycia długą drogę z plecakiem i nikt nie poniesie za niego, to kolejny powód, by przemyśleć, czy tego ciężaru nie zrzucić na barki siedmiolatka. Młodsze oczywiście też udźwignie, tylko co na to kręgosłup? I na siedzenie w ławce? Ortopedzi od dawna biją na alarm, ale chyba nie mają jakoś wielkiej siły przebicia 🙂

I jeszcze jedna sprawa. Te wszystkie rzeczy, które już dziecko przyniesie na własnych plecach. Ich trzeba pilnować. Posyłając malucha do szkoły inwestujesz zapewne w całkiem kosztowną wyprawkę. Część zostanie w klasie, może część w domu, ale wiele będzie codziennie wędrowało do szkoły i powinno też z niej wracać. Czy twoje dziecko jest nauczone pilnowania swoich rzeczy? Dbania o nie (jednocześnie dzieląc się z kolegami)? Do takich spraw też trzeba dojrzeć, nauczyć się. A samo się nie nauczy, twoja w tym głowa.

Samodzielność i wszystko co z nią związane jest najlepszym testem na gotowość szkolną. Jeśli myślisz, że tak jak w przedszkolu, pani zatroszczy się o dopięty pod szyją guzik, prawidłowe ułożenie szelek od plecaka, czy naciągniętą czapkę na uszy, to przygotuj się na zdziwienie. Nauczyciel w szkole oczekuje współpracy z samodzielnym dzieckiem. Jasne, że jak się maluch upomni, to zapnie mu kurtkę. A co jak się sześciolatek nie upomni? A co jak usłyszał reakcję nauczycielki, gdy kolega prosił o pomoc? „Jak się chce chodzić do szkoły, to się powinno umieć ubrać”. Troszkę oburza, wiem. Ale w tej reakcji jest sporo racji. Sama wiesz najlepiej jak to wygląda u twojego sześciolatka. I to weź pod uwagę podejmując decyzję.

szesciolatek w szkole 1

Osobny byt – świetlica

Kolejny ważny element szkolny to świetlica. Tak jak musisz prześwietlić wychowawczynię, klasę, pomieszczenia, boisko, tak samo trzeba podejść do świetlicy. Sześciolatek spędza w niej po lekcjach sporo czasu, jeśli jesteś mamą pracującą, która nie może sobie pozwolić na odebranie dziecka tuż po zakończonych lekcjach. Świetlica to zupełnie osobny byt w szkole. Sami nauczyciele często nazywają ją zesłaniem, choć znam i takie świetlice, które funkcjonują znakomicie. Jednak większość, zwłaszcza w dużych placówkach, jest mocno chaotyczna.

Dzieci są tam w różnym wieku (6-9 lat), co wcale nie jest takie złe, bo nawiązują nowe znajomości i uczą się od siebie. Tu wiele zależy od nauczycieli. Powinni się zajmować dziećmi tak, żeby świetlica nie była tylko przechowalnią. Oczywiście dla naszych pociech jest to moment na dowolną zabawę, interakcje, wymyślanie i… odpoczynek. Jednak to ostatnie znowu tylko w teorii. Nie da się odpocząć na świetlicy, bo jest tam nieustanne zamiesznie. Dzieci wchodzą, wychodzą, są odbierane, biegną na zajęcia dodatkowe, niektóre idą na obiad, inne na autobus. Dziecko musi być mocno samodzielne, żeby sobie poradzić w tych warunkach. Bo tam nikt po główce nie pogłaszcze jak w przedszkolu. Dobrym rozwiązaniem są małe szkoły, siłą rzeczy mające małe klasy i niewiele dzieci na świetlicy. Tu łatwiej zauważyć różne rzeczy, dopilnować. Jeśli więc jest jakikolwiek wybór szkoły, to te mniejsze placówki są dla sześciolatków zdecydowanie lepszym rozwiązaniem.

Plusy

Kolejne raporty szanownych komisji donoszą – dzieci, które zaczynają edukację wcześniej, bardzo dobrze radzą sobie na rynku pracy, nawet lepiej niż te, które poszły do szkoły później. Ma to związek z równaniem do góry i koniecznością walczenia o swoje. Czy te sprawdzające się na rynku pracy jednostki były szczęśliwe w szkole, to trudno powiedzieć. Bo te badania (tak często cytowane przez zwolenników byłej reformy) nie dotyczą dzieci zmuszonych do rozpoczęcia nauki w wieku sześciu lat, tylko tych, które rodzice posłali, bo tak uważali. Czyli te dzieci musiały wydawać się na tle rówieśników bardziej dojrzałe, psycholog czy pedagog musieli wydać opinię, że dziecko może rozpocząć wcześniej naukę.

Dziecko szybciej zaczynające naukę w szkole, szybciej też ją skończy, szybciej znajdzie się na rynku pracy i szybciej zacznie zarabiać. To jest teoria, z którą trudno polemizować. Zakładając oczywiście, że nie będzie powtarzać klasy i że znajdzie się praca na tym rynku pracy.

Niewątpliwym plusem jest ten dodatkowy rok wczesnej dorosłości, kiedy jeszcze nie ma się rodziny, za to zdobywa się wiele cennych doświadczeń, poszukuje tożsamości, pasji, po prostu się człowiek chwilę dłużej rozgląda zanim osiądzie na łonie rodziny czy zdecyduje ostatecznie o karierze zawodowej. I tu już od dziecka zależy, jak ten dodatkowy rok wykorzysta.

Nie będę ukrywać, że nie jestem jakąś zagorzałą zwolenniczką posyłania sześciolatków do szkół. Ale głównie dlatego, że placówki (mimo wielu wysiłków i przede wszystkim chęci) nie do końca są na to przygotowane. Bo dzieci w większości są. To moja zawodowa i prywatna perspektywa. Pewnie byłaby nieco inna, gdybym miała w domu 2-3 letnie dziecko, dla którego niemal na pewno zabraknie miejsca w państwowej placówce. Każdy ma swoją wizję rzeczywistości, wiadomo. Tak, widuję też dzieci i rodziców zadowolonych z wcześniejszego pójścia dziecka do szkoły. To nie są jakieś odosobnione przypadki. Dlatego staram się podpowiedzieć jak najwięcej, żebyś mając wybór zebrała dane, zrobiła listę za i przeciw i podjęła decyzję, za którą dzisiejszy sześciolatek kiedyś ci podziękuje.

Pobierz test: „Sześciolatek w szkole. Czy już czas posłać dziecko do I klasy?” »

Zebrałam też kilka ciekawych książek dla siedmio- i sześciolatków, z których dowiedzą się, jak to jest w szkole:

Zając zostaje, Adamada – zrecenzowałam tutaj
Ja też chcę chodzić do szkoły, Zakamarki
Klasa IB. Pierwszy dzień w szkole, Debit
Pierwszy dzień w szkole. Zegar, MD
6-latek potrafi, czyli jak przygotować dziecko idące do szkoły, Pasja
Szkoła dla początkujących, Adamada
Hura, idę do szkoły!, Debit
Nudzimisie idą do szkoły, Skrzat
Przedszkolak idzie do szkoły, Harmonia

Te wpisy również mogą cię zainteresować:

Shares
Share This