Prędzej czy później musiał nadejść ten dzień, kiedy na blogu dla mam pogadamy o facetach. Oczywiście w grę wchodzi tylko jeden, szczególny rodzaj facetów – tatusiowie. Ich punkt spojrzenia na dziecko, rodzinę i nową rzeczywistość.

Czasem przydaje się inna perspektywa. Żeby nie popaść w samozachwyt lub wręcz przeciwnie, żeby nie dać sobie wmówić, że jest się mamą do niczego (zerknij na wpis: Urodziłam dziecko, dlaczego jest mi tak smutno? Jak sobie poradzić z baby bluesem). Rozejrzałam się za inną perspektywą i znalazłam. Trafiła do mnie książka napisana przez tatę. Dla tatusiów (czy kiedyś jakiś tata odważy się napisać książkę dla mam?). Takich świeżo upieczonych lub nawet jeszcze oczekujących tatusiów. Żeby wiedzieli, co ich czeka.

Przekartkowałam i prychnęłam, bo co taki tatuś może wiedzieć tak naprawdę o porodzie, połogu i wychowaniu? Ja przecież napisałam książkę dla mam, dokładnie w tym samym tonie. No, ale ja jestem mamą, to ja wiem lepiej… hehehe. Oczywiście żartuję, nie wiem lepiej. Wiem tylko, że kiedy pisałam, to chciałam coś z siebie wyrzucić – emocje, przeżycia, baby bluesa, czasem niemoc, czasem zdziwienie, radość oczywiście i zmęczenie też. Ale faktycznie pisałam dla mam, zakładając, że oni (w sensie faceci) niewiele z tego zrozumieją. Bo przecież oni nie wiedzą jak–to–jest. Jedak po wstępnym przekartkowaniu i prychnięciu przeczytałam tego „Tatę w budowie” wydawnictwa Albatros, wciągnęłam się i pośmiałam. Cieszę się, że ktoś pomyślał o tatusiach. Dzięki tej innej perspektywie rozumiałam kilka rzeczy.

Inny punkt widzenia

Po pierwsze, niepotrzebnie prycham, bo naprawdę to jest książka dla mężczyzn i kobiet. Nie mam prawa prychać. Wprawdzie nie wniesie żadnej nowej wiedzy niemowlakowo-technicznej do mojego życia, bo wszystko ma obcykane (i nie takie było jej założenie), ale wniesie coś równie ważnego: inne spojrzenie, o którego istnieniu niby wiem, ale czasem zupełnie zapominam. Lub w najlepszym razie ignoruję, tłumacząc, że przysłaniają mi je codzienne obowiązki, rytm dnia i różne takie.

A przecież oczekujemy od współczesnych ojców, że będą zaangażowani, rozumiejący i wspierający. Ja osobiście oczekuję też klarownej komunikacji. Zatem takie książki są potrzebne. Można się dowiedzieć, co człowieka czeka. Tak w przybliżeniu, bo oczywiście przeczytać to jedno, a przeżyć to drugie. Ale mając jakieś wyobrażenie można się nastawić i zaplanować. Bo to jest chyba słowo klucz na początku. Oczywiście, że większość planów szybko legnie w gruzach, tak to jest z niemowlakami i planami. Ale wiele z nich (wbrew pozorom i powszechnej opinii) ma szansę powodzenia. Trzeba tylko się odpowiednio do okazji przysposobić i dużo, dużo rozmawiać.

I to jest właśnie taka lektura, gdzie są emocje (co bardzo cieszy z wiadomych macho-powodów), ale jest też pewnego rodzaju instrukcja, plan działania i jest puszczenie oka do mamy, taty i tej całej rodzicielskiej zadyszki. Wszystko bardzo subiektywne, polegające wyłącznie na dzieleniu się doświadczeniami, ale chyba o nic więcej w tym pierwszym momencie nie chodzi, prawda? Nie da się napisać jednej książki o tym, jak wychować szczęśliwe dziecko i samemu być szczęśliwym. Wiem, są takie tytuły, ale to ściema. Nie da się tego zrobić, bo przecież każde dziecko jest inne i każdy rodzic jest inny. Różne są też sytuacje środowiskowe, materialne i rodzinne. Dlatego się nie da.

ksiazka 02

Rodzicielstwo to nie cud

Ale da się uzmysłowić coś kobietom-mamom i mężczyznom-ojcom. To, że są w zupełnie nowej roli. A nowego trzeba się po prostu nauczyć, może nawet oswoić w jakiś sposób i oczywiście przyzwyczaić. Po lekturze wiem, że dla tatusiów bardzo ważne są pewne rytuały. To dobrze, bo dla dzieci też są one ważne. Chodzi o schematy, których mogą się trzymać. Ważne są też dla nich konkretne zadania i dopieszczone ego. Dlaczego o tym mówię? Bo czasem kobiety oczekują od tych świeżo upieczonych tatusiów cudów, a oni zupełnie nie wiedzą, jak ugryźć tę nową rzeczywistość. Dla taty lepiej wspólnie ustalić zadania i zaplanować, a potem próbować wcielić w życie. To ważne, by mieć plan na siebie i własną rodzinę. Jednak najważniejsze, by chcieć pracować nad zrozumieniem nowej sytuacji. I śmiać się, kiedy nie ma już siły na nic więcej.

A gdzie romantyzm, spontaniczność i różowe obrazki o macierzyństwie? Są, są, znajdą się każdego dnia. Między szarymi, zielonymi, czarnymi i zakupkanymi czasem też. Cały kalejdoskop zdarzeń, wrażeń i emocji czeka na przyszłych tatusiów. Dobrze mieć pod ręką ściągę i coś na wzór instrukcji. Dobrze też wiedzieć, że nie jest się jedynym facetem na świecie, który od czasu do czasu ma ochotę udusić swoją pociechę. Mamusie też tak miewają. Serio, serio.

A dlaczego ja tak o tatusiach, skoro to blog dla mam? Bo lektura tej książki i kilka rozmów ze znajomymi (nawet bezdzietnymi) skłoniło mnie do rozważań nad relacją taty i dziecka, co ma niewątpliwy wpływ na kondycję psychiczną mamy i jej samopoczucie w nowej (mama) i starej roli (żona/partnerka).

Miłość kontra ego

O ile na samym początku mama jest od zaspokajania tych najbardziej oczywistych potrzeb, tak tata niby stoi z boku. Obserwując, ucząc się i próbując ogarnąć sytuację, przygotowuje się do startu i długiego maratonu. Nie, nie przejmie od ciebie pałeczki, ma swój bieg do ogarnięcia. Swoje tempo i swój styl. Mama nie powinna zatem podkładać mu nogi. Od tego ma dziecko 😉

Jaka jest ta ojcowska miłość? Ukierunkowana na męskie ego, jak wszystko w życiu facetów. I trzeba to po prostu zaakceptować. Facet chce mieć fajne dziecko. Nie używam słowa idealne, ale gdyby się trafiło idealne, nie miałby nic przeciwko temu. Kiedy dziecko „nie spełnia oczekiwań” to zaczyna się problem. Może zatem, zanim jeszcze się urodzi, warto się zastanowić nad tymi oczekiwaniami? Może część wyrzucić do kosza?

Gro tatusiów nie zdaje sobie z tego sprawy, ale ich miłość bardzo różni się od matczynej. Mama kocha od początku, bezwarunkowo i bardzo, bardzo emocjonalnie. Tata zakochuje się w dziecku stopniowo i tylko pod warunkiem, że relacje z mikrusem (zapożyczone z „Taty w budowie” określenie na potomka) układają się dobrze. Ważne, żeby tata był przygotowany na wielką zmianę i uczył się tej miłości, która zasadniczo różni się od wszystkiego, co znał do tej pory, czyli miłości do kobiety, mamy, siostry itd.

Tatusiowie często powielają schematy wdrażane przez ich ojców, nie zawsze zastanawiając się, czy to jest dobre dla ich dziecka: „Skoro jakoś wyszedłem na ludzi to i dziecko da radę.” A nie zawsze tak jest. Współczesny tata powinien myśleć o tym, że w trochę inny sposób buduje się relacje z córką, a inaczej z synem, bo mają różne potrzeby emocjonalne. Kiedyś rzadko się na to zwracało uwagę, próbując traktować wszystkich równo. Równo nie zawsze oznacza sprawiedliwie, dzisiaj to wiem.

Miłość ojcowska dojrzewa z czasem. Im lepszy i częstszy kontakt z dzieckiem, tym łatwiej ojcu je pokochać. Około trzeciego roku życia dzieci bardzo ułatwiają sprawę, bo podziwiają swoich tatusiów, okazując ten podziw niemal na każdym kroku. Męskie ego jest dopieszczone, a tata jest superbohaterem. Ale nie warto czekać do trzeciego roku życia dziecka. Warto natomiast pracować nad budowaniem więzi już od samego początku. Im więcej czasu tata spędza z pociechą, tym łatwiej mu je pokochać, rozumieć i nauczyć współpracować.

Bo w dużej mierze to zakochiwanie się w dziecku polega na owocnej współpracy. Tata wychodząc z dzieckiem na spacer, czy ogólnie spędzając czas, chce go czegoś nauczyć. Bo facet to istota zadaniowa. I dobrze. Trzeba jednak wykrzesać z siebie pokłady energii, dzięki którym ten wspólny czas będzie po prostu ciekawy dla dziecka. Jasne, można pchać wózek ze słuchawkami na uszach, ale nie można tego nazywać budowaniem więzi. Tak, jesteście w jednym czasie i miejscu, ale wspólnoty w tym nie ma. I nie oczekuj współpracy, kiedy od czasu do czasu rzucisz jakieś polecenie w stronę mikrusa.

To zresztą chyba jedna z najtrudniejszych do zaakceptowania rzeczy. Tatusiowie ukierunkowani na pracę zawodową mają wielki problem z wciągnięciem się w świat dziecka. Obsługa niemowlaka to jedna sprawa, a wspólne budowanie relacji to już zupełnie co innego. Co z tego, że dziecko nie płakało na spacerze, że spędziło dwie godziny na dworze, nie jest głodne, pielucha sucha, skoro tak naprawdę nie wiesz co mówiło, widziało, czego chciało i czego się dowiedziało o świecie w ciągu tych dwóch godzin?

I na koniec ostatnia sprawa – mama. Nie można zapomnieć w tym całym budowaniu więzi z dzieckiem o mamie. Czego ona pragnie? Jakie ma potrzeby? Obawy? Marzenia? Dla niej to też nowa rola. Jakoś tak jest w naszym społeczeństwie, że niewyspana, zmęczona, wkurzona mama uważana jest za zaniedbaną kobietę. A tata, który od czasu do czasu zajmie się dzieckiem jest bohaterem. Tak, powoli się to zmienia, ale powoli. Dlatego w moich oczach ten tata, który rozumie (wciąż stara się zrozumieć) mamę, jest najwspanialszym partnerem i ojcem. Nie wspominając o dobrym przykładzie dla córki i syna.

Data recenzji
Nazwa produktu
Tata w budowie
Ocena
5

Te wpisy również mogą cię zainteresować:

Shares
Share This