Znajomy dziennikarz prosił mnie ostatnio o wypowiedź na temat dzieci na mszy świętej. A konkretnie zachowania dzieci i rodziców oraz oczywiście księży. Trochę mnie dziwi, że trzeba o tym debatować. Sprawa wydaje się być dość prosta. Kościół to miejsce publiczne, w którym obowiązują pewne reguły. Jak w każdym miejscu publicznym. Skąd więc te dylematy?

Drażliwa świadomość

Wiem, to specyficzne miejsce publiczne, ale jednak publiczne. Może warto sobie zadać pytanie, jak zachowuje się moje dziecko w miejscach publicznych (nie tylko w kościele)? I tu już pojawiają się pierwsze schody. Bo mamy przecież dzieci malutkie, którym niewiele da się wytłumaczyć. I mamy te starsze, od których można więcej wymagać. Jednak wydaje mi się, że w tym temacie mamy przede wszystkim rodziców, którzy powinni uczestniczyć we mszy w sposób świadomy.

Mówiąc świadomy niekoniecznie mam na myśli wyłącznie skupienie na modlitwie. Idąc do kościoła z dzieckiem (czy do jakiejkolwiek przestrzeni publicznej np. restauracji, kina) pomyśl po prostu o tym jak ono będzie się tam zachowywało. Znasz swoje dziecko, potrafisz przewidzieć, prawda? Pomyśl też o tym, jak ty byś chciała być traktowana w miejscach publicznych. A już z pewnością w kościele, gdzie idziesz po to by w skupieniu wysłuchać słowa Bożego.

Jednak żeby go wysłuchać trzeba mieć możliwość je zwyczajnie usłyszeć. Czasem po prostu się nie da, bo słychać wyłącznie płaczące dzieci. Temat jakże delikatny i drażliwy. Zwłaszcza kiedy słyszy się napompowane emocjami historie o tym, jak ten czy inny kapłan poprosił mamę z krzyczącym dzieckiem żeby przeszła z nim nieco na bok, żeby reszta wiernych mogła cokolwiek usłyszeć. Niejedna mama obraża się i wychodzi. Czy aby jest powód? Tak wiem, że ksiądz dzieci nie ma, to jakie on ma prawo zwracać uwagę umęczonej matce Polce? Skandal na całą parafię!

Jednak w tym wypadku trzymam „sztamę” z księdzem, a może bardziej z kościołem, jako miejscem publicznym. Sama nie raz prowadziłam szkolenia dla rodziców, na które od czasu do czasu ktoś przyszedł z dzieckiem. Jasne jest, że szkolenie dla nauczycieli czy rodziców nie jest przeznaczone dla dzieci i dziecko na takim zgromadzeniu zwyczajnie się nudzi. Tysiąc razy miałam ochotę udusić mamę, która przytargała potomka. Ja wiem, że w dobrej wierze, że pewnie nie miała wyjścia.

Pobierz zabawy uczące dziecko szacunku »

Ale co mi po dobrych chęciach, kiedy płaczące, nieszczęśliwe dziecko nie dało jej się skupić na szkoleniu, nie dało mi dojść do słowa i nie dało nikomu innemu szansy na usłyszenie sporej części tego, co miałam do powiedzenia? Zadaję sobie pytanie, dlaczego nie wyszła po dziesięciu minutach płaczu? Dlaczego nie zajęła czymś, kiedy dziecko z nudów, na całe gardło podśpiewywało, popisując się przed mało ubawioną publicznością? Dlaczego zmuszała mnie swoim ignorowaniem tego hałasu, do zwracania jej uwagi? Jestem mamą, ale nie ma we mnie zbyt wiele zrozumienia dla rodziców pozwalających dzieciom „rozwalać przestrzeń publiczną” w dowolny sposób.

Przygotuj rodzinę do mszy

Msza jest spotkaniem dla wszystkich. Z założenia chodzi się tam z całą rodziną. Jednak kiedy ma się już tę rodzinę, trzeba się zastanowić, nauczyć się właściwie, jak funkcjonować w społeczeństwie na nieco innych zasadach niż do tej pory. Inaczej niż do tej pory myśleć o sobie i innych. Tych którzy również mają rodzinę i tych którzy jej nie mają. Wszyscy chcą uczestniczyć we mszy. Uczestniczyć, a nie modlić się żarliwie o to żeby rodzic w końcu zdołał dogonić i uspokoić to wrzeszczące dziecko. Albo żeby jakkolwiek zareagował.

Może warto przygotować się do uczestnictwa we mszy z dzieckiem? Siebie i dziecko. To naprawdę nie wymaga aż tak wiele poświęcenia. Niektórzy uważają, że dziecko nauczy się samo. Ja nie jestem tego zdania. Nie wystarczy obserwowanie dorosłych, choć oczywiście jest to bardzo ważna lekcja.

Zacznę może od nieco starszych pociech, takich powiedzmy 3+, którym można już bardzo wiele rzeczy wytłumaczyć. A tłumaczyć przecież można od samego początku. Nie trzeba czekać aż skończy trzy lata.

Kościół jest domem Boga. Kiedy idziemy do czyjegoś domu to zachowujemy się w określony sposób. W tym domu obowiązują pewne reguły: nie biegamy, nie krzyczymy, jeśli coś mówimy to cicho, nie jemy, nie zabieramy zabawek. To są bardzo proste i jednocześnie bardzo nieciekawe z punktu widzenia dziecka zasady, które za wszelką cenę będzie się starało ominąć. Dla większości dzieci msza jest najdłuższą i najnudniejszą godziną w całym tygodniu. Możesz się oburzać, ale tak po prostu jest. Zapytaj małe dzieci to się dowiesz.

Zainteresował cię ten temat? Zapisz się na newsletter i nie przegap kolejnego wpisu »

Oczywiście są msze przeznaczone dla dzieci. Prowadzone w specyficzny sposób, krótsze. Tu można chodzić, rozmawiać, ksiądz zadaje pytania. Wiele zależy od księdza, to jasne. Powinien być dobrze przygotowany do prowadzenia takiej mszy. Różne zdarzało mi się widzieć. Najmniej podobają mi się takie, gdzie ksiądz woła pod ołtarz w czasie kazania dzieci, rozmawia, zadaje pytania i podaje mikrofon do odpowiedzi tylko tym, które zna i o których wie, że udzielą tej „prawidłowej”, niezaskakującej. Zna wybrane dzieci z lekcji religii, a pytania zostały wcześniej przećwiczone. To od razu widać.

Takie msze – mimo, że dla dzieci — znudzą maluchy, które szybko się orientują, że rozmowa odbywa się tylko ze starszakami i to wybranymi. Zatem żeby znaleźć fajną mszę dla dzieci prowadzoną przez sensownego księdza, trzeba odwiedzić kilka kościołów i wybrać to, co twoim (i dziecka) zdaniem jest najciekawsze.

Co wcale nie oznacza, że na mszy dla dzieci można wszystko. Tu też obowiązują „kościelne” reguły, tylko wyglądają trochę inaczej. Warto dziecku wytłumaczyć, czym msza dla dzieci różni się od tej „zwykłej”. Powinno mieć świadomość, że to nadal kościół. Miejsce publiczne. Wydaje mi się (choć może się mylę, bo badań nie widziałam), że msze dla dzieci powstały bardziej na prośbę umęczonych rozgardiaszem parafian niż z potrzeby serca księży, którzy chcieli nawiązać nić porozumienia z najmłodszymi „owieczkami”. Nie mam pewności, ale często mam takie wrażenie.

Nie wszyscy rodzice lubią msze dla dzieci. Dzieci widząc, że tu więcej można niż podczas zwykłej mszy, często się nawzajem nakręcają. Ale taka już jest natura dzieci i nic na to nie poradzisz. Weź jednak pod uwagę, że maluchy do ósmego roku życia w naturalny sposób muszą się wiercić, poruszać. Po prostu nie wysiedzą przez godzinę spokojnie w jednym miejscu. Czy można je w jakiś sposób do tego zmusić? Podejrzewam, że można – prośbą, groźbą, karą? Ale czy warto? Rozejrzyj się od czasu do czasu po kościele i popatrz na dzieci. Czy te spokojnie siedzące 3-4 latki naprawdę tak wiele wynoszą z mszy? Czy po prostu wiedzą, że muszą swoje „odsiedzieć”?

Dlatego właśnie stworzono msze dla dzieci. Taka trochę potrzeba rynku. Wydaje mi się, że mimo kilku mankamentów tego rodzaju liturgii, jest tu więcej plusów niż minusów dla rodzin z małym dzieckiem. Trudno mówić o jakimś wielkim skupieniu, bo przecież jest hałas i ciągłe zamieszanie. Ale też dzięki tej mszy pokazujesz dziecku, że kościół może być miejscem przyjemnym, a modlitwa, czy może bardziej rozmowa o Bogu, nie musi być prowadzona wyłącznie na kolanach, w kompletnej ciszy i patetycznym tonem. Nie mówię o wrzasku, zabawie w berka między nawami i „hulaj dusza, piekła nie ma”, ale o swobodzie potrzebnej małemu dziecku w każdych okolicznościach.

Kiedy masz małe dziecko stajesz przed takimi właśnie dylematami: iść na mszę dla wszystkich i trzymać kciuki za to, żeby znudzone dziecko jakoś wysiedziało, czy iść na mszę dla dzieci, gdzie z pewnością nie ma tej podniosłej atmosfery skupienia? To są właśnie (słuszne) rozważania ludzi, którzy decydują się na założenie rodziny i świadomie uczą się nowych zasad funkcjonowania w przestrzeni publicznej.

Przećwicz to sobie

Jeśli decydujesz się pójść z dzieckiem na zwykłą mszę, to je przygotuj. Co z tego, że kiedyś, jak jeszcze było maleńkie i leżało w wózku, udawało się wam przemodlić całą godzinę w spokoju? Teraz jest starsze, zaczyna biegać i poznawać świat. To naturalne. Czy pozwolić? Pozwolić, ale mądrze. Kościół to nie jest plac zabaw, gdzie puszczasz dziecko do piaskownicy i niech hasa z innymi.

Mądrze to też bez popadania w skrajności. Jeśli dziecko cicho tupta sobie w twoim polu widzenia, to chyba nikogo aż tak bardzo nie rozprasza. Jeśli od czasu do czasu coś do ciebie powie, to też jeszcze nie jest koniec świata. Jeśli natomiast przez kwadrans nie robisz nic innego poza uciszaniem i bieganiem za przeszkadzającym wszystkim dzieckiem, to już jest kłopot. Dla ciebie, ale przede wszystkim dla innych. Łącznie z księdzem.

Tłumacz dziecku, że dom Boga to nie jest miejsce do beztroskiego skakania, biegania i wrzeszczenia. Do tego są przeznaczone inne miejsca. Wyjaśnij, czego od malucha oczekujesz. Oczywiście wszystko w granicach jego możliwości. Oczekując od dwulatka, że będzie stał grzecznie przy twojej nodze prze godzinę, skazujesz się na porażkę. Ustalcie, co wolno dziecku podczas mszy np. wolno spacerować z rodzicem za rękę. Wolno kucnąć kiedy wszyscy stoją. Nie wolno kłaść się na podłodze. Wolno mówić coś do rodziców, ale szeptem, żeby nie przeszkadzać innym.

Jasne, że trzeba to ćwiczyć. Ustalenie sensownych reguł to jedno, a wprowadzanie ich w życie to zupełnie co innego. Za pierwszym razem może się nie udać. Tak samo jak za drugim i nawet piątym. Ale już pewnie za dziesiątym – tak. Cierpliwość i konsekwencja zostaną nagrodzone. Jak zawsze w przypadku rodzicielskich tematów 🙂

Pamiętaj, że twój maluch jest ciekawy, właściwie ciekawski. Ciekawość jest zdrowa i pożądana. Trzeba ją zaspokoić. Jeśli nie chcesz odpowiadać podczas mszy na pytania typu: Co robi ten pan w pięknej szacie za tym dużym stołem? to zaprowadź dziecko do kościoła kiedy jest otwarty, ale pusty. Obejdźcie cały kościół, zaglądajcie w zakamarki i tłumacz maluchowi co jest grane, o co chodzi i co do czego służy. Im więcej opowiesz dziecku podczas takiej wycieczki, tym większa szansa na to, że podczas mszy nie zasypie cię tysiącem pytań domagając się natychmiastowej odpowiedzi, czy gramoląc się na ołtarz. Będzie wiedział, że się na to nie zgadzasz.

Przyzwyczajaj dziecko do skupienia na modlitiwe. Jeśli wymagasz tego skupienia raz w tygodniu przez godzinę, to oczywiście zdziwisz się jak jest to trudne do osiągnięcia. Jednak jeśli jesteś osobą wierzącą, to codzienny pacierz np. wieczorem, może być bardzo pomocny. To taki rytuał, który dla dziecka oznacza wyciszenie i rozmowę z Bogiem. Dokładnie tak samo jak na mszy. Rozumiejąc sposób rozmawiania z Bogiem w trakcie codziennego pacierza, dziecko będzie też rozumiało, dlaczego w kościele należy się zachowywać spokojnie.

Zwracaj uwagę na szczegóły związane z niedzielnym rytuałem pójścia do kościoła, bo takie rzeczy są ważne dla dziecka. Jasne, że ty jako dorosła potrafisz wejść do kościoła, stanąć spokojnie i się nie ruszać przez godzinę. Dla wielu jest to nawet forma odpoczynku po całym tygodniu bieganiny. Jednak dziecko nie potrafi tak z marszu się wyciszyć i nastawić na skupienie podczas mszy. Trzeba mu pomóc. Zacznij tłumaczyć już w domu np. przy odświętnym ubraniu się do kościoła, że idziecie w gości do domu Pana Boga. Nie planuj tego wyjścia na ostatnią chwilę, bo to zawsze wprowadza nerwową atmosferę. Dziecko to czuje i rozumie. Potem trudno z biegu wpaść do kościoła i się wyciszyć. Nawet dorosłemu. Dziecku tym bardziej.

Dobrym pomysłem jest pójście wcześniej na spacer z pociechą. Małe dziecko potrzebuje ruchu, to jasne. Jeśli zapewnisz np. godzinną dawkę na świeżym powietrzu przed mszą, to pewnie już w trakcie łatwiej mu będzie wysiedzieć bez szaleństwa przez 60 minut. Nie twierdzę, że bez ruchu, ale „wybieganie się” robi swoje.

Nie ucz dziecka, że zabieracie ze sobą do kościoła zabawki czy jedzenie. To jest kwestia obycia i szacunku dla miejsca, do którego idziesz. Ważne jest jednak, żeby podczas mszy twoja pociecha była najedzona i w miarę wypoczęta. Sama wiesz jak marudny potrafi być mały człowiek kiedy chce mu się spać (a ludzie przeszkadzają) lub kiedy jest głodny (wtedy wszystko przeszkadza). Rozumiem, że rodzic chce jakoś zainteresować dziecko żeby nie absorbowało swoją osobą innych. Ale przynoszenie do kościoła zabawek jest pokazywaniem dziecku, że właściwie nie ma już sacrum, za to jest myślenie wyłącznie o własnych potrzebach i robienie na swój użytek (bo tak wygodnie) placu zabaw czy restauracji z miejsca kultu. Czy naprawdę dziecku wszystko wypada?

Jest jeszcze kwestia bezpieczeństwa. Czasem po prostu widzę, że ten biedny ksiądz, który widzi malucha drepczącego chwiejnie w kurtce, czapce i kozakach po śliskiej posadzce, nie bardzo wie czy przerywać mszę i ratować dziecko pałętające się przy ołtarzu przed upadkiem. Czy może ogłaszać przez mikrofon żeby ktoś w końcu zajął się bobasem? Czy udawać, że nic się nie dzieje i pozwolić żeby dziecko wybiło sobie zęby? Przecież na litość Boską, to dziecko tu samo nie przyszło. Powinni być przy nim dorośli. Odpowiedzialni za jego bezpieczeństwo. I to nie tylko w kościele. Tak samo przecież niebezpiecznie jest biegać kelnerom pod nogami, uciekać na oślep w markecie. Miejsca publiczne to sporo wyzwań.

Rozumiem, że czasem nie wytłumaczysz dziecku jak ma się zachowywac na zwykłej mszy, bo się nie da. Za małe. Może wtedy po prostu nie warto pchać się do pierwszych ławek i pod sam ołtarz? Jeśli wiesz, że twoja pociecha może nie wytrzymać w spokoju przez całą mszę, poszukajcie miejscówki z tyłu. Nie dlatego, że ci wstyd. Nie dlatego, że modlisz się mniej gorliwie, że ci mniej zależy na liturgii. Ale dlatego żeby innym nie przeszkadzać. Mając małe dziecko trzeba być przygotowanym na tego rodzaju sytuacje i tyle. Dziecko buszujące na tyłach kościoła na pewno mniej przeszkadza niż to siedzące w pierwszej ławce tuż przed ołtarzem. Zawsze też macie bliżej do wyjścia kiedy sytuacja zrobi się dramatyczna. Jedno z was może po prostu na chwilę wyjść zaczerpnąć świeżego powietrza.

Czy spacerowanie z maluchem przed kościołem jest dobrym sposobem spędzania mszy? Może nie jest idealnym, ale też jest odpowiedzialnym i świadomym. Jasne, że mając małe dziecko, które tupta, wierci się, zadaje pytania i ogólnie rozprasza, nie jesteś w stanie skupić się na modlitwie. Każdy rodzic to wie. Jednak to twoje dziecko więc zadbaj o to żeby inni mogli się skupić. I weź pod uwagę, że modlitwa – w środku czy na zewnątrz – jest zawsze modlitwą. Jeśli wiesz, że musisz wyjść, bo dziecko nie wytrzymuje, to wyjdź. Dla swojego dobra, dla dobra dziecka i dla dobra innych. Następnym razem być może uda wam się zostać trochę dłużej w środku. Im starsze i bardziej przyzwyczajone do rozumienia udziału we mszy dziecko, tym dłuższy i spokojniejszy będzie ten czas w środku.

Tym wyjściem pomożesz też innym rodzicom. Tym, których dzieci już potrafią wytrzymać w środku. To dla każdego malucha spore wyzwanie. Jeśli więc zobaczy, że twojemu dziecku wolno biegać po kościele i szaleć podjadając chrupki, będzie chciało wiedzieć, dlaczego jemu nie wolno? Będzie się czuło pokrzywdzone, niesprawiedliwie potraktowane. Może też uznać, że ten trud się nie opłaca, skoro innym wolno, to ja też chcę. Po co zaprzepaszczać wysiłek innych rodziców i dzieci, włożony w naukę uczestnictwa we mszy?

Ale też nie daj sobie w kaszę dmuchać. Niektórzy czują się po prostu w obowiązku pouczyć i już. Taka misja chrześcijańska (źle pojęta). Wyjście z dzieckiem na mszę ma być jednak dla was formą rodzinnego spędzania czasu, a nie wyłącznie wielkim stresem. Jeśli stosujesz się do wszystkich zasad i twoje dziecko wierci się gdzieś z tyłu kościoła, to nie daj sobie wmówić, że każdy ci może zwracać uwagę. Asertywność to też mądrość rodzicielska.

Kiedy jakiś starszy pan zaczyna przewracać oczami, sapać i pochrząkiwać widząc twojego roczniaka zwiedzającego tyły kościoła, to ignoruj. Jeśli zwróci ci uwagę, to śmiało informuj, że z przodu jest mnóstwo wolnych ławek, a ty się z dzieckiem do przodu nie wybierasz. Nie dajmy się zwariować jako rodzice. Nie dajmy się wszyscy zagonić do oślej ławki. Czym innym jest pozwalanie na przeszkadzanie i udawanie, że to nie moje dziecko wisi tam na ambonie. A czym innym sensowne przyzwyczajanie malucha do udziału w nabożeństwie.

Nie zachowuj się jak w domu

Czy udział we mszy z dzieckiem wymaga więcej zachodu niż udział we mszy bez dziecka? Jasne, że tak. Jasne, że jesteś mniej skupiona, często wkurzona. Taka jest właśnie rola rodzica, żeby pokazywać dziecku świat i uczyć odpowiednich zachowań. Dziecko nie jest dorosłym i zachowuje się inaczej niż dorosły w przestrzeni publicznej. Trzeba to mieć na uwadze.

Nie będzie siedzieć spokojnie, nie będzie chłonąć każdego słowa wypowiadanego przez kapłana. Ba, nawet może przez długi czas nie być tym wcale zainteresowane. Bo nie wszystko rozumie. Takie są dzieci. I mają prawo być właśnie takie. To jednak nie znaczy, że mogą w przestrzeni publicznej zachowywać się jak „święte krowy”. I to nie znaczy, że rodzice wychodząc z domu, mają się czuć zwolnieni z obowiązku pilnowania dziecka.

Przez pilnowanie mam na myśli pokazywanie co wypada, co nie wypada, co wolno a czego nie wolno robić. Najgorsze ze zdań, które możesz wypowiadać do swojego dziecka to: Nie zachowuj się jak w domu. Serio? To w domu można rzucać się na podłogę, siedzieć na stole i babrać się łapami w makaronie, a już w restauracji nie można? W kościele nie można chodzić z rękami usmarowanymi czekoladą, a ściany w domu tylko na to czekają?

Najlepsze co możesz dla siebie i dla dziecka zrobić, to podawać jasne komunikaty. Po co sobie utrudniać życie ustalając inne reguły w domu, a inne w przestrzeni publicznej? Jeśli w restauracji nie wolno jeść siedząc na stole, to w domu chyba też nie powinno tak być? Małe dziecko potrzebuje bardzo czytelnych reguł. Wtedy chętniej (nie twierdzę, że bez cienia buntu) przyjmie je w końcu za normę. Potrzebuje też mądrego rodzica, który będzie potrafił te reguły wcielać w życie.

Jeśli nie chcesz żeby twoja pociecha rozniosła przestrzeń publiczną, to przypomnij o zasadach, ale też zaoferuj jakąś aktywność. W kościele masz ograniczone możliwości, ale już idąc do restauracji, w której dziecko na bank będzie się nudziło czekając na posiłek, zabierze ze sobą jakąś książeczkę, kolorowankę, małą, cichą zabawkę (zerknij na ten wpis Marysia w restauracji). Restauracja to też miejsce publiczne. Może uważasz, że dziecko w restauracji to urocza sprawa, ale zapewniam cię, że należysz do wyjątków.

Nawet w restauracjach przeznaczonych do przyjmowania dzieci obowiązują przecież reguły dobrego wychowania. Jasne, że idąc do KFC nie spodziewam się spokoju i ciszy. Ale też nie mam ochoty widzieć dzieci z butami na stołach, rzucających się jedzeniem. Przecież tu ktoś posprząta, pewnie nie zwróci uwagi, płacę i wymagam, tak?

Otóż… tak. Tylko potem nie dziw się jeśli podczas rodzinnej uroczystości w eleganckiej restauracji twoje dziecko zrobi chlew i będzie ci wstyd. Spodziewaj się tego właściwie. To samo dotyczy atmosfery przy świątecznym stole i ważnych uroczystości. Lub choćby rodzinnych posiłków. Niby nikomu nic do tego jak wyglądają twoje święta, ale powiedz tak szczerze: czy uczenie kilkulatka traktowania czegoś/kogoś z szacunkiem, to powód do narodowej dyskusji? Dla mnie to zupełnie normalna sprawa.

Pobierz zabawy uczące dziecko szacunku »

Będzie mi miło jeśli udostępnisz ten wpis. Może też przy ci się coś z listy książek na temat zachowania się w różnych sytuacjach, które tu zebrałam:

Te wpisy również mogą cię zainteresować:

Shares
Share This