Dzisiaj nie będzie o odchudzaniu, o cudownych dietach, rozmowach i poszukiwaniach recepty na macierzyństwo spełnione i idealne. Każde jest dobre pod warunkiem, że jesteś szczęśliwa i że twoja pociecha też taka jest. Czy zawsze się tak da? Żeby mama była szczęśliwa i reszta otoczenia zadowolona? Prawie nigdy.

Im więcej ciebie, tym mniej

W ciąży jesteś najważniejsza. Kwitniesz, błyszczysz, każdy cię zauważa. A ty, dajesz się zauważyć. I nie mam na myśli wielkiego brzucha, który zwyczajnie trudno przeoczyć. Mam na myśli ten oślepiający (niekoniecznie wewnętrzny) blask. Wiesz o czym mówię?

Za to po porodzie zaczynasz znikać. Schodzisz na drugi, trzeci, a nawet czwarty plan. Błyszczy pociecha, błyszczy dumny tata, a ciebie jakby zasłaniają: wózek, pieluszki, pudry, kocyki, smoczki, butelki, pluszaki. Żeby to chodziło o znikanie pociążowych kilogramów, to pół biedy. Ale częściej chodzi o to, że znikasz po prostu ty – kobieta.

I tu paradoks. Niby znikasz, jesteś gdzieś za kulisami, a jednak właśnie bez ciebie całe przedstawienie się zawala. Więc znikasz i jednocześnie musisz być. Niby nie jesteś najważniejsza, ale kiedy naprawdę próbujesz zniknąć (kosmetyczka fryzjer, jogging, zumba, kawa z koleżanką, kino) to zaraz okazuje się, że dziecku potrzebna butelka, a tylko ty wiesz gdzie jest. Potem, że smoczek się zapodział i nie wiadomo gdzie jest kaszka. A jak już wiadomo gdzie jest, to nie bardzo wiadomo, jak ją przygotować dla dziecka. I kiedy już jakimś cudem, uda się ją przygotować, to nie wiadomo, jak ty codziennie dziecko tą kaszką karmisz? Bo jak nie ma ciebie w pobliżu, to pluje po całej kuchni. Więc wracaj, chodź i sama nakarm. Przecież robisz to najlepiej na świecie, kochanie.

Pobierz darmowy PDF

Czy jesteś przemęczoną mamą? – test 20 pytań



Uwięziona przez kaszkę

I godzisz się – bo taka rola mamy – na szukanie smoczka, szykowanie kaszki i idealne prasowanie ubranek. I tłumaczysz sobie, że za chwilę, jak tylko dziecko podrośnie, to wszystko będzie inaczej. Bo potem to już sobie samo zacznie radzić, pobawi się chwilę, mąż ogarnie temat (kilkanaście miesięcy praktyki musi coś dać) zwłaszcza, że dziecko je już schabowego więc nie trzeba szykować tej kaszki.

I zapala się w twojej głowie taka mała iskierka, myśl taka, pomysł, że może jednak chcesz zniknąć? Gasisz ją jednak zanim na dobre zapłonie. I przez kolejne dni robisz swoje. Ale ona wraca, jeśli już raz się zapaliła. I rośnie, i płonie, i parzy, i kusi. I w końcu zadajesz sobie to pytanie: czy oni sobie beze mnie poradzą? I podejmujesz decyzję: na chwilę jednak zniknę. Da się?

Pod żadnym pozorem nie pytaj o to męża ani dzieci, zwłaszcza jeśli jesteś w fazie dopiero zapalonej iskierki. Jak zagaisz do niego coś stylu: „A co byś powiedział, gdybym tak wyszła sobie sama do kina?” Co powie? Że no coś ty, każda chwila bez ciebie jest jak wieczność, nie da rady, zarobiony jest, zmęczony, dzieci jakieś takie marudne bardziej niż zwykle. A pamiętasz jak było z kaszką? Eeehhh…

Zawalcz o siebie, mamusiu kochana, zanim uwierzysz, że właśnie tam, na tym ostatnim planie jest twoje miejsce. Albo, że zawsze musisz być na scenie, bo to też nie do końca prawda. Klucz do rozwiązania zagadki pojawiania się i znikania leży w twoich rękach. Trzeba to tylko jakoś sensowne rozegrać.

Lęk pierwotny i demony

Stając się mamą, zastanawiając się nawet czy nią chcesz być i potem planując swoje odmienione życie we dwoje, troje, czworo itd., nastawiasz się na pewien rodzaj walki. Koniecznej dla ciebie walki o samą siebie. Z kim ta walka? Okazuje się, że głównie ze sobą.

Do tej pory (czyli w erze przeddzieciowej) byłaś dla siebie najważniejsza. Być może masz u boku kochającego partnera i jeśli go też kochasz, to od razu nasuwa się: jak to najważniejsza? Toż to egoizm. A on? Mój kochany i rodzina zawsze byli (i są) dla mnie najważniejsi. Jasne, dobra, zgadzam się. Jednak zanim miałaś własne dziecko, to twoje potrzeby były chyba nieco częściej zaspokajane niż obecnie (popraw mnie, jeśli się mylę)? Mówię o codziennych sprawach takich jak np. chwila relaksu z książką, spontaniczny wypad z koleżankami na kawę, do kina, na narty. Randka z ukochanym, ot tak, bo macie na to ochotę. To wszystko po porodzie staje się przemiłym, odległym wspomnieniem. Za którym masz prawo tęsknić i o ponowne wcielenie go w życie masz prawo zawalczyć.

Tak, słyszę te głosy, że skoro ktoś zdecydował się na odpowiedzialność związaną z dzieckiem to pewnie z uśmiechem na twarzy ponosi konsekwencje dorosłych decyzji. Nie twierdzę, że takich mam nie ma. Mówię tylko, że takich nie spotkałam 😉

znikajaca-mama-3

Choć „konsekwencje” to brzmi trochę jak „kara”, ujmę to inaczej, bo świadome macierzyństwo w żadnym razie karą nie jest. Jest cudownym czasem spędzanym z dzieckiem i poznawaniem drugiego człowieka. Podążaniem za nim i odnajdywaniem w sobie (i partnerze) tego wszystkiego, co do tej pory było mglistym wyobrażeniem rodziny. Można poczytać, pogadać, ale dopiero jak się na tej nieznanej planecie wyląduje i osiądzie, zaczyna się rozumieć na czym to wszystko polega.

A polega też na utracie pewnej części wolności matki (kobiety). Jak to się objawia? Choćby tym, że już zawsze będziesz się bała. Strachem, z którym trzeba nauczyć się żyć. Nie da się zrobić wiele, by się go pozbyć, bo on jest naturalną częścią bycia rodzicem. Nie wiem, czy tatusiowe też to w sobie mają. Ale matka, która nosiła pod sercem swoje dziecko wiele miesięcy, z pewnością ten strach ma już we krwi. Zakodowany jak DNA. Akceptuję go i staram się nie dawać dochodzić do głosu demonom.

Jakim znowu demonom? Najdzikszym bym powiedziała, choć wyglądają całkiem niewinnie. Każdy jakieś ma. Jedni ubierają za ciepło, inni przesadnie rozbierają nawet w mróz, żeby zademonstrować, jak bardzo wyluzowanymi są rodzicami. Jedni przesadnie dokarmiają, bo chude dziecko kojarzy się z chorobą. Inni szprycują suplementami… wszystko z miłości. Te demony przybierają czasem postać ciastka albo szalika. Niby nic, a potrafią nieźle uprzykrzyć życie.

Co innego dbać o dziecko i mądrze kochać, a czym innym jest zatracenie się w tej macierzyńskiej miłości. Można chyba kochać dziecko nie tracąc z oczu tego, co dla mamy też ważne – siebie.

I kolejny paradoks. Bo podręczniki swoje, autorytety (i pseudoautorytety) w mediach swoje, a rzeczywistość jakby lekko skrzeczy. Niby każdy radzi, żeby zadbać o siebie, że zdrowy jest egoizm, a z drugiej strony mam wrażenie, że matce jakoś tak nie wypada za bardzo o sobie myśleć. A już na pewno nie w pierwszej kolejności. Nooo i już na pewno nie codziennie. Co powiesz, jeśli nie będę cię zachęcać do dbania o siebie. Zachęcę za to, żebyś powoli, powoli, powolutku znikała?

Pobierz darmowy PDF

Czy jesteś przemęczoną mamą? – test 20 pytań



Metoda małych kroków

To naprawdę nie musi być każdego dnia wypad z koleżanką do kina albo kurs po galerii w celu nabycia pięciu nowych sukienek. Raz na jakiś czas owszem, ale nie codziennie. Najlepsza i najzdrowsza jest metoda małych kroków. Każdego dnia zawalcz (ze sobą oczywiście) o kilka minut dla siebie. Zwłaszcza jeśli jesteś młodą mamą na urlopie macierzyńskim. Ten, kto nazwał to urlopem musiał być mężczyzną 😉

Dlaczego małe kroczki są lepsze niż rzucanie się na głęboką wodę? Bo są mniej trudzące i łatwiej je zrobić. Wyobraź sobie, że doczekałaś tego dnia, o którym marzyłaś kilka zdań wcześniej. Pociecha podrosła, jest w miarę samodzielna. Zawiadamiasz więc dziecko i męża, że od dzisiaj codziennie przewidujesz godzinkę lub dwie dla siebie. Tadam! Na swoje przyjemności, na zadbanie, poleniuchowanie. Co powiedzą jak już wyjdą z szoku? Zgaduję – są tak przyzwyczajeni do tego, że jesteś na każde zawołanie, że w głowie im się nie zmieści ta nowa propozycja. Nie od razu. Dlatego znikaj powoli, małymi kroczkami. Każdego dnia kilka minut.

Krok pierwszy: możesz zamknąć się w łazience, zrobić siku i oczekiwać, że nikt ci nie będzie się dobijał do drzwi.

Krok drugi: możesz zamknąć się w łazience i oczekiwać, że podczas kąpieli nikt ci nie będzie przeszkadzał. Tak, masz prawo tego oczekiwać od domowników. Bo dobijająca się do drzwi pociecha jest urocza (i jest to anegdotka do opowiedzenia znajomym), ale tylko za pierwszym razem i kiedy pociecha ma roczek. Potem jest to już po prostu mało komfortowa sytuacja. Jeśli na nią pozwalasz, to dajesz sygnał, że nie masz nic przeciwko temu. Jeśli jednak powiesz „nie”, to wcale nie będzie oznaczało, że nie kochasz własnego dziecka. I miej świadomość, że prawdopodobnie jedno „nie” nie wystarczy.

znikajaca-mama-2

Dobra, masz kilka minut w łazience. Najpierw niech to będzie siku, potem mycie zębów, a potem kąpiel. To już coś. Dla mnie tych kilka minut o poranku lub wieczorem jest naprawdę bardzo cenne i relaksujące.

Krok trzeci: wymyślenie takiego zajęcia dla dzieci, żeby na chwilę dały ci spokój. Bynajmniej nie po to, żebyś zrobiła obiad, ale po to, żebyś usiadła i np. zerknęła na FB, na ulubione forum, na Pudelka, na wiadomości, na cokolwiek, co sprawia ci przyjemność. Nawet do książki 😉 W tym kroku ja rzucam się na pomoc: kilknij i pobierz zabawy, którymi pociecha może się zająć samodzielnie przez godzinę.

Krok czwarty to obiad na wynos raz w tygodniu, jeśli oczywiście gotujesz codziennie w domu. Nic się nikomu nie stanie, jak ten jeden raz będą pierogi kupione w sklepie, a nie lepione przez ciebie pół dnia, prawda? Świetnie jeśli rodzinie smakuje twoja kuchnia, jeśli to doceniają i jeśli lubisz gotować. Ja też bardzo lubię. Jednak idę od czasu do czasu drogą na skróty. Dzięki temu mam dla siebie co najmniej godzinę. Nie przeznaczam jej na prasowanie zaległej sterty ubrań, jakby kto pytał.

Krok piąty to delegowanie obowiązków. Niby jasne jest, że rodzina pomaga w codziennych czynnościach. Jednak czy naprawdę dajesz dzieciom odciążyć się na co dzień? Nie mówię o wyzysku najmłodszych, broń Boże. Ale jeśli dzieci garną się do np. odkurzania, to co stoi na przeszkodzie, by im na to pozwolić, ale tak „na poważnie”? Jasne, że zrobisz to lepiej niż sześcioletnie dziecko. Ale uwierz mi, odkryłam niedawno, jaka to frajda, kiedy dziecko za mnie poodkurzało cały duży pokój. I jeszcze znakomicie się przy tym bawiło. Powiem szczerze, że przykłada się do tego o wiele bardziej niż ja. Z radością odkurza wszystkie, dosłownie wszystkie, zakamarki, których mi najczęściej nie chce się odkrywać i wolę nie widzieć, tudzież zostawić sobie na następny raz. Już nie muszę!

Krok szósty: uświadomienie. Właśnie, przy tym delegowaniu obowiązków przychodzi taki moment, że trzeba uświadomić rodzinę, pokazać i wyjaśnić, jak świetnie sobie radzą bez ciebie. Bo ty już zdążyłaś oswoić się z tą myślą. Widzisz, że świat się nie wali kiedy leżysz w wannie, że czysto może być kiedy łaskawie pozwalasz (tak, tak, bawisz się z pociechą w sprzątanie, to żaden obowiązek) poodkurzać. Da się, tylko oni o tym nie wiedzą. Oni jeszcze myślą, że to jest tylko zabawa albo twoje widzimisię, tych kilka minut w samotności. Oświeć ich.

krok siódmy: pochwal za starania i udowodnij, że nie chwalisz bez powodu, że naprawdę dają radę. Przez chwilę będą skonsternowani, ale jak im dokładnie wyjaśnisz, co potrafią, to zaczną pęcznieć z dumy, obrastać w piórka i domagać się w więcej wyzwań. Daj im kolejne i poinformuj, że jutro idziesz z koleżanką do kina. Serio. Tylko za pierwszym i drugim razem zostaw szczegółową instrukcję kto, co i jak ma zrobić. Jej przygotowanie zajmie kilka dni, ale warto. Potem ona będzie wam służyć jeszcze nie raz.

I znikasz 🙂

Na koniec jak zwykle pomysł na zabawę. Naucz dziecko mówienia o własnych potrzebach. Po to, żeby kiedyś (jako osoba dorosła) wiedziało, jak zawalczyć o swoją wolność, emocje, żeby umiało jasno powiedzieć, o czuje w konkretnej sytuacji i w razie czego też zniknąć na chwilę.

Zabawa: Ty tu rządzisz

Przygotuj sporą kartkę papieru i mazaki. Poproś pociechę, żeby ci podyktowała, jaki rysunek masz stworzyć np. dom, księżniczka, samochód. Staraj się dokładnie wykonać polecenia dziecka. Jeśli coś będzie niejasne, to dopytuj o szczegóły (Czy ta księżniczka ma mieć suknię do ziemi czy do kostek? Czy ma mieć pantofelki na obcasie?). Ważne, by akceptować każdy pomysł, nie poprawić nie dodawać od siebie, bo dziecko – twoimi rękami – tworzy obrazek.

Jeśli dorosły wykonuje polecenia dziecka, to jest dla pociechy dość nietypowa sytuacja. Zazwyczaj przecież jest na odwrót. Daje możliwość poczucia się ważnym i silnym. A ty przy okazji pokazujesz dziecku, że bardzo ważne jest dla ciebie jego zdanie.

[et_bloom_inline optin_id="optin_21"]

Te wpisy również mogą cię zainteresować:

Shares
Share This