Czy to zawsze musi być atrakcja z fajerwerkami? Wyniesienie naczyń do zmywarki czy odrobienie lekcji pod warunkiem, że będą uatrakcyjnione „występami” rodzica. Naprawdę inaczej się nie da? 

Ten temat męczy mnie od jakiegoś czasu. Mam wrażenie, że nie dotyczy wszystkich, może nawet niewielu, ale wraca jak bumerang więc się przy nim zatrzymałam. Z rozmów i konsultacji online dowiaduję się, że coraz cześciej zwykłe czynności typu mycie zębów lub choćby rąk, zamieniane są na półgodzinną zabawę, w dodatku z atrakcjami przed i po, bo inaczej dziecko nie zgadza się na ich wykonanie.

O ile nie jest to problem, jeśli lubisz właśnie tak zachęcać pociechę do każdej czynności to w porządku. Mam na myśli te momenty, w których jesteśmy tym uatrakcyjnianiem wszystkiego, posypywaniem brokatem i odpalaniem fajerwerków, zwyczajnie zmęczeni. 

I tak się zastanawiam czy naprawdę odbieramy dzieciństwo kilkulatkowi, który po prostu sprzątnie zabawki, po prostu rozbierze się do kąpieli i po prostu się wymyje? Jeśli o mnie chodzi są to normalne, codzienne sytuacje, których wykonywanie raczej nie powinno być fajerwerkiem. 

Zabawa ma sens

Żeby była jasność, bardzo doceniam wychowanie przez zabawę i świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że do pewnego wieku (0-3 lata) sporo czynności o wiele łatwiej nauczyć, wykonać jeśli są zabawą, zamienia się je na zabawę. Napisałam o tym więcej choćby w tym artykule. 

Jak nauczyć i i oduczyć małe dziecko… różnych rzeczy?

Jednak przychodzi też taki moment w życiu dziecka – najczęściej po trzecim roku życia –  kiedy powoli warto też zacząć się uczyć, że mycie zębów jest po prostu myciem zębów. Wygląda jak mycie zębów, a nie jazda bez trzymanki karuzelą z konikami na wesołym miasteczku. Chyba jasne, że bez radykalnych cięć, nie przestajemy się bawić, ale idziemy krok dalej w niektórych sytuacjach

Dlaczego to takie trudne?

Pewnie, że to jest atrakcja dla dziecka kiedy rodzice codziennie wymyślają nową zabawę żeby zachęcić do kąpieli, jedzenia czy założenia butów. Ale umówmy się – rodzice nie są po to żeby nieustannie zapewniać dziecku rozrywkę. Nie są chodzącym cyrkiem. Wychowanie wspierające polega również na tym, że się malucha uczy jak zwyczajnie umyć zęby i złożyć buty. 

Nie twierdzę, że w tym momencie trzeba powyrzucać wszystkie zabawki z kąpieli i dziecko ma się zamienić w małego dorosłego. Chodzi mi o te momenty, w których dorośli całą energię skupią na wymyśleniu zabawy zachęcającej do umycia tych zębów, zamiast może po prostu zacząć wyjaśniać, że mycie zębów może wyglądać jak… mycie zębów. 

Oczywiście jeśli lubisz robić z tego zabawę to super. Chodzi o te momenty, w których wcale tego nie chcesz, a czujesz że musisz, bo inaczej maluch np. nie zechce się ubrać żeby iść na spacer. Mam wrażenie, że trochę zagalopowaliśmy się w byciu atrakcyjnymi rodzicami i zamiast po prostu rozmawiać, wyjaśniać, szukamy sposobów na odciągnięcie uwagi od właściwej czynności, żeby tylko udało się dzisiaj bez marudzenia. 

O marudzeniu też już kiedyś opowiadałam. Jeśli obawiasz się tego marudzenia, może znajdziesz tu kilka podpowiedzi, jak sobie z nim poradzić.

Dlaczego moje dziecko jest marudą?

Czy to mu nie zaszkodzi?

Oczywiście rozumiem, że mycie zębów, odnoszenie naczyń do zmywarki czy kończenie zabawy przed kąpielą nie są szczególnie atrakcyjne dla maluchów. Jeśli lubisz się wygłupiać to znaczy, że ten problem cię nie dotyczy. Ale jeśli czujesz, że męczy cię przynoszenie talerza z kolacją udając słonia lub królową angielską… to po prostu przestań. Dziecko zje kolację i bez tego. 

A co jak nie zje? Jego rozwój emocjonalny i więź z tobą nie ucierpią jeśli wyjaśnisz, że nie masz ochoty na wygłupy. A jak trzylatek zdecyduje się na sprawdzenie co się stanie kiedy nie zje kolacji to też świat się nie zawali.

Oczywiście są momenty, w których wygłupy i zabawy wręcz ratują życie, bo nie chodzi o to żeby całkiem z nich rezygnować. Jednak nie warto doprowadzać do sytuacji, w której maluch oczekuje od rodziców stawania na rzęsach, bo jak nie to…

Nie usiądę do lekcji póki mi nie zaśpiewasz

Jeśli tylko masz ochotę śpiewać za każdym razem to w porządku. W wychowaniu wspierającym staram się jednak skupiać także na tym momencie, w którym dziecko przestaje być dzieckiem, czyli patrzeć przyszłościowo na małego człowieka siedzącego dzisiaj przede mną. Życie również na tym polega, że wykonuje się te mniej atrakcyjne czynności.

Jeśli martwisz się, że bez tych fajerwerków dziecko traci dzieciństwo to uspokajam. Współczesne dzieci i tak mają tych fajerwerków pod dostatkiem. Nie od dziś mówi się o przebodźcowanych kilkulatkach. Opowiedziałam o tym więcej tu:

Niekontrolowane wybuchy złości. Ja do niego grzecznie, a on do mnie krzyczy, dlaczego taki jest?

Śpiewaj, mamo!

Pewnie, że przyzwyczajone do fajerwerków maluchy będą się ich prawdopodobnie domagać. Jednak wyobraź sobie siebie w sytuacji kiedy mówisz do dziecka: Nie chcę śpiewać piosenki. Jestem zmęczona. Ucieszyłabym się gdybyś odrobił lekcje bez marudzenia. 

Czy dziecko to zrobi? Nie wiem. Pewnie za pierwszym i drugim razem niekoniecznie. Pewnie pomarudzi, co nie znaczy, że z bólem głowy masz kolejny raz odśpiewywać „Mam tę moc” po to żeby zasiadło do lekcji. Nic się kilkulatkom nie stanie jeśli choć odrobinę wezmą odpowiedzialność za własne lekcje i twój dzisiejszy ból głowy. 

O tym właśnie kolejny odcinek podkastu.

Czy to zawsze musi być atrakcja z fajerwerkami?

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i moją codzienność.

Te wpisy również mogą cię zainteresować:

Shares
Share This