Dlaczego czasami dzieci nas nie słuchają? Dlaczego czasami po prostu nie potrafią wysiedzieć spokojnie? Potrzeba ruchu to jedna sprawa. Jest jeszcze coś. To pytania, które bardzo często wracają w naszych rozmowach na blogu i konsultacjach online. 

Próbuję na nie odpowiedzieć w najróżniejszy sposób. Wszystko sprowadza się jednak do tego, że to nie do końca nad zachowaniem dziecka trzeba zazwyczaj pracować. Dziecko zachowuje się naturalnie. Jak dziecko.

Żeby była jasność, daleka jestem od usprawiedliwiania każdego zachowania najmłodszych hasłem: „To przecież tylko dziecko”. Uświadomienie sobie przez dorosłych pewnych spraw decyduje o tym, że nagle dziecko „przestaje” się źle zachowywać. Po prostu zmienia się perspektywa rodzica, a nie zachowanie dziecka. Ono oczywiście też się z czasem zmienia, ale w większości przypadków tylko dlatego, że rodzic inaczej podchodzi do różnych sytuacji. 

Tak tylko Pani napomknę!

Żeby nie mówić samymi ogólnikami sięgnę po wakacyjny przykład, bo miałam okazję obserwować dzieci i rodziców na wielu placach zabaw. Współcześni rodzice wiedzą, że dzieci potrzebują ruchu i doświadczania nowych sytuacji. Chodzi o wspinanie się coraz wyżej, akrobacje na szczebelkach i wysokościach, dziwne pomysły na karuzeli, ot takie dziecięce zabawy. Coraz rzadziej słyszę: Nie wchodź tam, bo spadniesz!

Za to coraz częściej zdarza się sytuacja, w której jeden rodzic obserwując zabawy innych dzieci, zwraca uwagę drugiemu rodzicowi np.: Oj, pani synek jest już tak wysoko, żeby tylko nie spadł! Albo: Córka tak wysoko się wspięła, zaraz młodsze dzieci będą chciały tak samo, a przecież zrobią sobie krzywdę. Takich placykowych sytuacji jest całe mnóstwo. 

Pomijam fakt życzliwego wtrącania się w to co powinno lub nie powinno robić/mówić cudze dziecko. Pomijam kwestię taktu. (I znowu – jeśli moje dziecko robi coś złego to zwróć mu uwagę, nie jest świętą krową, ale wspinanie się na drabinki niczym złym nie jest).

Moją uwagę najbardziej zwraca takie upominanie rodzica przez rodzica, podczas gdy słyszą to inne dzieci bawiące się w pobliżu. Jeśli maluchy słyszą, że ona za chwilę zrobi sobie krzywdętak nie wolno, to pewnie zakładają, że tak nie wolno. Czyli tak naprawdę słyszą zakaz, choć nie wprost. Jest to też trochę takie straszenie dzieci „na zapas”. Oczywiście nieumyślne, ale jednak straszenie. 

Być może w uszach dorosłego brzmi to dość niewinnie, jak naprawdę życzliwa uwaga. Jednak dla dziecka jest to ostrzeżenie: Nie wolno, bo spadniesz. A przecież place zabaw to właśnie jedne z nielicznych miejsc, gdzie dzieci mogą (powinny móc) ruszać się ile wlezie, doświadczać i przede wszystkim ćwiczyć. 

Nie czepiałabym się tych życzliwych uwag gdyby nie fakt, że współczesne dzieci naprawdę otoczone są wieloma zakazami związanymi z ruchem. Nie biegaj po trawie, bo depczesz zieleń. Nie turlaj się z tej górki, bo pewnie psy tam narobiły. Nie wspinaj się na drabinki, bo za wysoko. Nie przyciskaj tak mazaka, bo zrobisz dziurę w kartce. Nie wychodź ze szkoły na boisko w czasie przerwy. Nie biegaj po szkole w czasie przerwy. Siadamy cichutko z paluszkiem na buzi i słuchamy. Nie wierć się podczas czytania książki. Jest tego naprawdę sporo. 

Jak tam nasz układ przedsionkowo-proprioceptywny?

Właśnie dlatego, że tyle jest tych zakazów, a tak niewiele przyzwolenia na ruch, chciałabym się przez chwilę skupić na układzie przedsionkowo-proprioceptywnym. W największym skrócie mówiąc, prioprocepcja jest to zmysł informujący nas, w którym miejscu (względem ciała)  znajdują się nasze części ciała. Dzięki niemu możemy napić się kawy bez patrzenia na filiżankę, zdejmować ubrania bez skupiania się na tym, by widzieć rękaw kurtki, podrapać się po nosie bez zastanawiania się, w którym miejscu naszego ciała on się znajduje i zrobić to bez zranienia się (za duży nacisk), prowadzić sprawnie samochód i… no funkcjonować.

Obserwując dziecko od niemowlęctwa, widzimy jak na dłoni rozwój układu przedsionkowo-proprioceptywnego. Z każdym tygodniem ruchy dziecka stają się bardziej skoordynowane, płynne, świadome. Widzimy też często, że to wszystko jest w fazie rozwoju. Roczniak nie potrafi jakoś szczególnie pięknie trzymać kredki, za to już trzylatek radzi sobie z wyzwaniem o wiele lepiej. Maluchowi zdarzy się nie trafić łyżką do buzi, czterolatkowi już powinno się to udawać bez problemu. Widzimy też, że im więcej dziecko ćwiczy, tym lepiej mu wszystkie czynności związane z rozumieniem własnego ciała wychodzą.

Jedynym i najważniejszym ćwiczeniem w tym wypadku jest ruch. W każdej postaci, bo receptory czucia głębokiego znajdują się w mięśniach, ścięgnach i stawach. Ruchem rozwijającym prioprecepcję może być wszystko – uderzanie łyżką w stół, trzymanie mamy za mały palec, raczkowanie, siadanie, turlanie się, potem bieganie, wspinanie, skradanie, kucanie, wstawanie itd. Wreszcie ten placyk, gdzie jest tyle okazji do najróżniejszych ćwiczeń, których raczej w domu nie da się wykonać. Chodzi o wyczucie i świadomość „co robią nasze kończyny” bez patrzenia na nie. To trzeba ćwiczyć.

To samo dotyczy układu przedsionkowego, który dostarcza informacji o tym, gdzie znajduje się ciało w stosunku do jego otoczenia. W tym sensie pomaga zrozumieć równowagę i łączy się z wszystkimi innymi zmysłami.

Dając dziecku możliwość ruszania się, dajemy mu szansę na poznanie swojego ciała na tyle żeby np. nie potykało się na prostej drodze, łatwiej nauczyło się jeździć na rowerze, wchodziło po schodach, bez problemu trzymało długopis, sprawnie się ubierało i rozbierało, szalało na placyku bez stresu, że spadnie lub bez poczucia, że jest raczej ciamajdą (to usłyszałam od jednego dziecka ostatnio podczas zabawy).

Dlaczego o tym mówię? 

Jest tu ukryty ważny fakt – im więcej ruchu tym więcej skupienia w konkretnych sytuacjach. Prawidłowo rozwinięty układ przedsionkowo-proprioceptywny pozwala dziecku skupić się na jakiś czas np. w przedszkolu, szkole, podczas posiłku, wspólnej zabawy. Być spokojnym i (uwaga!) cześciej słuchać naszych rodzicielskich uwag (tudzież zakazów). Dziecko rozumiejące i znające swoje ciało nie skupia się na jego odkrywaniu (sprawdzaniu, co robią ręce czy nogi i jak są daleko od ściany), ale na naszych słowach. Bez tego, mały człowiek bardziej niż na zadaniu/wyzwaniu/czynności skupia się właśnie na poznawaniu ciała i jego możliwości.

Jak to wygląda? Mniej więcej tak, że gdy maluch zasiada do jedzenia, już po chwili zaczyna np. machać nogą. Odczuwa potrzebę sprawdzenia, gdzie jest ta noga więc najlepszym sposobem sprawdzenia jest machanie nią. Wtedy najcześciej słyszy: Usiądź spokojnie i przestań machać nogą. Przestaje, ale tylko na chwilę, prawda? 

Czasem też „zawiesza się” z tym jedzeniem i wydaje nam się, że rozmyśla o niebieskich migdałach (choć tak naprawdę zastanawia się nad tym, co się dzieje z nogą). Wtedy słyszy: Skup się na jedzeniu! Zaczyna jeść i po chwili znowu macha nogą. Nie dlatego, że nie ma ochoty nas słuchać, ale dlatego, że jego ciało musi (dosłownie musi) sprawdzić, co się dzieje z tą nogą. Im więcej ruchu (tak ogólnie) tym lepsze rozumienie ciała i mniejsza konieczność sprawdzania „co słychać u nogi”.  

To między innymi z powodu niedoboru aktywności fizycznej dzieciom tak trudno idzie nauka w wielu dziedzinach np. trzymanie prawidłowo kredki. Wiem, wydają się to być zupełnie odległe czynności. Co ma skakanie do pisania? Okazuje się, że bardzo wiele. Jeśli mózg skupia się głównie na poznawaniu/uczeniu się czym jest ten konkretny chwyt, jeśli mięśnie dłoni nie są w żaden sposób wyrobione (choćby przy wspinaczce po placykowych drabinkach), to pisanie idzie gorzej, bo trochę już brak energii na zastanawianie się, jak wygląda litra A. To samo dotyczy wiercenia się w szkolnych ławkach (Jak można spaść z krzesła podczas lekcji?), koordynacji dłoni (Znowu narozlewałeś!), siły (Ściskasz brata za mocno!) i właściwie wszystkiego. 

Dlaczego mnie nie słucha?

Jest wiele denerwujących nas (rodziców) sytuacji, w których dziecko słyszy: Po co to robisz? Nie możesz iść spokojnie? Kojarzysz może akcję, w której dziecko idzie z kuchni do pokoju dotykając dosłownie wszystkiego? Musi zahaczyć ręką o szafkę, przejechać palcem po ścianie, szurnąć ramieniem przy lustrze, zgnieść kwiatek palcami. I robi to mimo upomnień. Za każdym razem po jego przejściu widać palce na tym lustrze, szybie, kwiatku lub meblu. 

To też może być sygnał związany z niedoborem ruchu i kiepsko rozwiniętym układ przedsionkowym. Dziecko bada odległości, sprawdza położenie własnego ciała względem mebli w domu i całego otoczenia, uczy się siły nacisku itd. Musi to robić żeby czuć się bezpiecznie w znanej przestrzeni. 

To trochę jak z osobą niewidomą. Kiedy się przemieszcza, poznaje otoczenie za pomocą dłoni. Po jakimś czasie jednak może przestać to robić, bo nawet jeśli nie widzi mebli, mniej więcej orientuje się w odległościach. Z dziećmi jest podobnie. Muszą się nauczyć orientować w odległościach, potem mogą przestać badać otocznie. Zakazywanie „bo plamy” nie zawsze więc jest uzasadnione. 

Takich zachowań jest naprawdę sporo np.:

  • gryzienie,
  • dotykanie cudzych włosów,
  • zbyt bliskie stawanie przy rozmowie,
  • przepychanie się,
  • klepanie,
  • klaskanie,
  • tupanie,
  • bujanie na krześle.

W tym kontekście trochę inaczej wygląda „wieczne niesłuchanie”, prawda? Wniosek jest prosty – im więcej ruchu na co dzień, tym łatwiej o skupienie w odpowiednich momentach na konkretnych czynnościach. Im bardziej przyzwyczajony do ruchu organizm, tym lepiej radzi sobie z wyzwaniami niezwiązanymi wcale z aktywnością fizyczną. I nie chodzi tu tylko o spożytkowanie nadmiaru energii, ale właśnie o wyćwiczenie mózgu w rozumieniu ciała. 

To czasem bywa zamknięty krąg, bo zdarza mi się słyszeć: Ale moje dziecko to raczej takie niesportowe. Zawsze w coś wejdzie lub gdzieś się potknie. W takich wypadkach (wykluczając oczywiście inne przyczyny np. problemy ze wzrokiem) naprawdę często okazuje się, że to po prostu brak ruchu kiedyś i dziś. 

Prioprocepcja to zmysł najbardziej wyczulony na ćwiczenia między pierwszym a szóstym rokiem życia. Właśnie w tym czasie warto zachęcać do aktywności, co nie znaczy, że po zerówce odpuszczamy. Nic z tych rzeczy. Po zerówce jednak widać, które dziecko miało wiele okazji do ruchu, a które raczej spędzało czas w trybie siedzącym. 

Ekranowe braki

Przy okazji nie mogę nie wspomnieć o siedzeniu przed ekranami przez większość dnia. Dziecko siedzące przed ekranem (zwłaszcza telefonem) nie ma szansy na wiele ćwiczeń, nie ma też nawet szansy na jakieś szczególne wiercenie się, bo często siedzi jak zahipnotyzowane.

Ilość czasu spędzanego przez współczesne dzieci przed ekranami jest wprost proporcjonalna do ich nieświadomości własnego ciała. Im więcej czasu w tym ekranowym bezruchu, tym więcej wszystkich denerwujących zachowań, za które maluchy dostają kary, upomnienia i słuchają wyrzutów: Musisz tak machać nogą przy obiedzie? Kopiesz mnie co chwilę! No musi, po prostu musi. 

Już słyszę te głosy: Ale kiedy mu mówię żeby się oderwał od telefonu to on nie chce. Oczywiście, nie chce i nie zechce, bo nie ma na to żadnych szans. Wszystkie gry, aplikacje i nowoczesne gadżety są przygotowane tak żeby nikt, nawet dorosły, nie mógł się od nich oderwać. Nad dobrze zrobioną grą czy aplikacją pracują całe sztaby naukowców (tak, naukowców) właśnie po to żeby wciągały w wirtualną rzeczywistość. 

Żadne dziecko bez nadzoru ze strony dorosłego, nie ma szansy uwolnić się i dojrzale powiedzieć: Dobrze, na dzisiaj koniec. Nie znam dziecka, które potrafi sobie bez problemu wyznaczyć limit ekranowy np. 20 minut dziennie, a potem się pobawię, bo to zdrowsze dla mojego rozwoju. Zrzucanie na dzieci tej odpowiedzialności nie jest w porządku. 

Jak pomóc maluchowi? 

Dzieci z kiepsko rozwiniętym układem przedsionkowo-proprioceptywnym nie są oczywiście skazane na porażkę. W każdym momencie można zacząć więcej się ruszać. I nie chodzi o jakieś zawodowe treningi, ale o proponowane przez rodziców zabawy i aktywności. Co to może być? 

  • Walka na poduszki.
  • Zbieganie z górki na pazurki.
  • Turlanie się z górki (lub chociaż po dywanie w domu).
  • Taniec (niekoniecznie na zorganizowanych zajęciach, może to być rodzinny, szalony taniec).
  • Gra w piłkę.
  • Pływanie.
  • Układanie przestrzennych budowli z dużych elementów.
  • Chodzenie na palcach.
  • Chodzenie do tyłu.
  • Ciuciubabka.
  • Budowanie z piasku lub śniegu.
  • Odśnieżanie.
  • Zamiatanie.
  • Jazda na rowerze.
  • Wspinaczka (na drzewa, na drabinki itd.).
  • Placyk zabaw.

W ramach wychowania wspierającego te konkretne aktywności warto zachęcić do nich dzieci bez komentowania i ostrzeżeń, że trzymaj się, bo spadniesz. Chodzi o to, że słysząc takie komentarze względem siebie czy nawet na temat innego dziecka, maluchy zaczynają wątpić, że potrafią. Przestają próbować po to żeby być posłusznym wobec rodzica, ale też po prostu ze strachu.

Najlepsze co możemy zrobić to nie wtrącać się o ile to tylko możliwe, bo to przecież nie jest tak, że środowisko czyha na nasze dziecko. Dziecko sobie świetnie poradzi w najróżniejszych warunkach mając u boku rodzica, który woła: Śmiało, dasz radę! Wierzę w ciebie!

 

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i moją codzienność.

Te wpisy również mogą cię zainteresować:

Shares
Share This