Nie wszystkie dzieci lubią poznawać świat tak jak sobie to wyobrażamy jako dorośli. Nie każdy maluch rzuca się z radością na nowe smaki, dotyka nieznanych rzeczy. Co zrobić żeby wesprzeć dziecko w tym przełamywaniu oporu? 

O kilku sytuacjach związanych z tym negatywnym nastawieniem, całkiem sporo opowiedziałam w tym artykule:

Nie uda mi się! Co zrobić z małym nerwusem, który szybko się poddaje? Brak wiary w siebie

Z nowościami jest tak, że najczęściej potrzebujemy czasu żeby je poznać i się do nich przyzwyczaić. Niby banał, bo przecież dorośli reagują najczęściej dokładnie tak samo. Jeśli nigdy wcześniej nie jadłaś np. ślimaków lub ostryg, jestem pewna, że mając je podane na talerzu, nie rzucisz się na nie bez namysłu. 

Dla maluchów spora część rzeczy lądujących na talerzach jest nowością. Już kiedyś zebrałam w jednym miejscu całe mnóstwo sposobów na „niejadka” (nie przyklejajmy etykiet, dlatego cudzysłów), ale też pomysłów na to, jak zachęcić maluchy do próbowania nowych rzeczy. Znajdziesz je w tym artykule:

Zjedz chociaż mięsko, resztę możesz zostawić! Znasz te sprawdzone sposoby na niejadka?

Zaczyna się od jedzenia, ale tak naprawdę, oswajanie nowych spraw, wiąże się z kilkoma podstawowymi zasadami. Dotyczą one talerza, ale też wszystkiego, co proponujemy dziecku. 

Skąd się bierze ten zwrot akcji?

Wiele osób często mówi o tym, że dziecko, które do tej pory z radością podbiegało do obcych, nagle przestało i zaczęło wręcz ich unikać. Reagować lękiem na takie spotkania. Maluch, który jadł do tej pory wszystko, co mu się podsuwało, nagle staje się wybredny i sięga tylko po kilka produktów. Dlaczego tak jest?

Najczęściej dzieje się to ok. drugiego roku życia i nie ma nic wspólnego z błędami wychowawczymi, o co wielu rodziców się niepotrzebnie obwinia. Ma to związek z naturalnym mechanizmem obronnym każdego człowieka. Kiedy dziecko zaczyna samodzielnie się przemieszczać (czyli właśnie między 1-2 rokiem życia), wzrasta zagrożenie zatrucia związanego ze zjadaniem wszystkiego, co wpadnie w ręce lub podbiegania do wszystkiego, co wydaje się ciekawe. Mózg nie może na to pozwolić. Gdyby było inaczej, populacja ludzka nie przetrwałaby do dzisiaj. Dlatego maluch nagle staje się o wiele bardziej ostrożny. 

Zszedł z rąk rodzica i może „spacerować” tam gdzie chce. Ładowanie wszystkiego do buzi w tej sytuacji, zwyczajnie byłoby niebezpieczne, choć oczywiście maluchom ten odruch nie mija z dnia na dzień. Dwulatki potrafią zjadać najróżniejsze rzeczy, ale w ogólnym rozrachunku, nie robią tego tak często i namiętnie, jak młodsze dzieci. To samo dotyczy wszelkich nowości. Ile dzieci przeżyłoby naukę chodzenia, gdyby rzucało się z radością w ramiona każdego obcego, podchodziło odważnie do każdego zwierzaka, pędzącego pojazdu, czy zjadało co popadnie z ziemi lub krzaka? 

Dwulatki i trzylatki zaczynają też zauważać zagrożenia, na takim „obserwacyjnym poziomie”. Oczywiście, to zauważanie często wzmacniane jest komunikatami ze strony dorosłych: „Uważaj!”, „Nie bierz tego!”, „Tego nie ruszaj!”, „Nie idź tam!”, itd. Jasne, że nie mówimy tego wszystkiego żeby wzbudzić w naszych dzieciach niepotrzebne lęki. Mówimy, bo chcemy je uchronić przed niebezpieczeństwami. Choć warto poćwiczyć zamianę „uważaj” na inne komunikaty, bo w nadmiarze może prowadzić do generowania lęku przed nowościami. O tym opowiedziałam tu:

Co mówić zamiast „ostrożnie” i „uważaj”?

Kilka pomysłów na „oswajanie” nowości

Mając na uwadze, że dziecko z niechęcią podchodzi do nowości – na talerzu czy ogólnie w otoczeniu (choć bardziej jednak na talerzu) warto z tych nowości uczynić „opatrzone” rzeczy. Nowość widziana codziennie przestaje być w końcu nowością. Jeśli na stole po raz pierwszy pojawia się pomidor, małe są szanse na to, że dziecko nagle rzuci się na niego ze smakiem. Tak jak my nie rzucamy się na ślimaki mając je pierwszy raz na talerzu. Kiedy jednak ten pomidor będzie stałym elementem posiłków u dorosłych, a dziecko będzie miało wiele okazji do obserwowania, jak zjadamy go ze smakiem, jest spora szansa, że zechce spróbować. 

To prowadzi do prostego i bardzo logicznego wniosku – zamiast wyjaśniać maluchowi, że pomidor jest zdrowy, lepiej to zwyczajnie pokazać, bez zbędnego komentowania. Choć warto też zachęcać od czasu do czasu, żeby spróbował. I nie poddawać się po jednej czy dwóch odmowach. Smaki się zmieniają, emocje się zmieniają, trzeba próbować.

Drugą ważną kwestią jest możliwość wyboru. Jeśli postawimy przed dzieckiem pusty talerz, a na stole znajdą się różne potrawy, maluch sam takiego wyboru dokona. Dajmy szansę, bez podpowiedzi, podsuwania i porad od serca: Jakiż zdrowy jest jarmuż więc go nie omijaj. Jestem więcej niż pewna, że nie będą to porcje i proporcje, które zadowoliłby nasze babcie (lub nas), jednak warto pozwolić na taki sposób jedzenia, z kilku powodów. 

Dawanie wyboru to bardzo ważna kwestia. Opisałam ją dokładniej w tym artykule:

Masz w domu małego buntownika? Indywidualistkę? Wspierasz, dajesz wybór, a i tak czasem nie działa, prawda?

Jednak to także okazja do nauczenia dziecka samodzielnego decydowania o tym, czy jest głodne i szansa na to żeby poczuło ten głód lub potem sytość. Wciskanie zdrowego warzywa na siłę, bo przecież „coś musi jeść”, nie pozwala na zrozumienie/zauważenie uczucia sytości, które tak naprawdę, powinno być jednym z najważniejszych „zauważalnych uczuć”. To jest do wyćwiczenia, nie dzieje się po jednym posiłku. 

Mam oczywiście świadomość, że dziecko mając przed nosem różne potrawy, może wybrać tylko jedną, a resztę zignorować. Jednak jeśli ten wybór będzie ograniczony do pokarmów potrzebnych i zdrowych, nie ma powodu do paniki. Istnieje wiele badań potwierdzających, że dzieci (w skali tygodnia) potrafią sięgać po produkty, które w ogólnym rozrachunku są zdrową dietą. Więc kolejny raz okazuje się, że zdrowe odżywianie naszych dzieci, zależy głównie od tego, co im proponujemy od samego początku. 

Trzecia ważna kwestia, to właśnie konkretne propozycje. Jeśli na stole pojawiają się słodkości, to jasne, że dziecko po nie sięgnie. Nie znam wielu dorosłych, którzy potrafią odmówić sobie tej przyjemności. Dzieci tym bardziej tego nie zrobią. Oczekiwanie, że maluch wybierze te zdrowsze zamiast cukru, bywa złudną nadzieją. Nie twierdzą, że nie ma dzieci, które tego nie zrobią, ale jednak większość pójdzie w stronę cukru. Więc po prostu nie dawajmy takiej możliwości.  

Co wcale nie znaczy, że maluchy mają nie dotykać słodyczy. Warto je traktować jak przekąskę i szukać tych zdrowszych np. ciastek/cukierków bez sztucznych barwników. Niech deser nie będzie nieodłącznym elementem obiadu, bo to coś na kształt nagrody za zjedzenie czegoś zdrowego lub w ogóle zjedzenie czegokolwiek. 

Świadome ograniczanie słodyczy (cukru) przez rodziców jest dla mnie niezmiernie ważne. Dziecko samo tego nie potrafi zrobić. Można się z tego naśmiewać, można udawać, że „to tylko cukierki” i „nie odbierać dzieciństwa”. Nie demonizuję słodyczy, wszystko jest dla ludzi, choć dla mnie w temacie słodyczy żartów nie ma, bo rozmawiamy o zdrowiu najmłodszych i tłumaczenie cukrzycy, próchnicy czy otyłości „radością dzieciństwa”, mnie nie przekonuje.

Używanie słodyczy jako przynęty/zachęty do jedzenia zdrowych rzeczy, mija się z celem, którym jest wyrobienie w dziecku chęci do sięgania po nowości i zdrowych nawyków żywieniowych. Obiecując cukierka w zamian za zjedzenie czegoś zdrowego, uczymy pociechę, że jak zje co musi i ile ja uznam za słuszne, dostanie słodką nagrodę. Przedstawiamy w tym momencie zdrowe jedzenie jako „zło konieczne” i uczymy żeby nie sięgać po nie bez nagrody. 

Kiedyś czytałam badania, w których sprawdzono, jak takie działanie wpływa na nawyki żywieniowe. Grupa dzieci, której zaproponowano do spróbowania zdrowy koktajl, miała obiecaną słodką nagrodę. Większość maluchów skusiła się i spróbowała nowości. Gdy jednak po jakimś czasie kolejny raz zaproponowano im zdrowy koktajl, ale już bez słodyczy w nagrodę, większość zdecydowanie odmówiła. 

Jaki z tego wniosek?

Niechęć do nowości jest naturalna, co nie znaczy, że nie możemy proponować ich dzieciom. Zmuszanie do niczego nie prowadzi, no może do jeszcze gorszego nastawienia względem nieznanych rzeczy. Przekupstwo słodyczami to wyrabianie kiepskich nawyków żywieniowych.

Za to zapraszanie do samodzielnych wyborów, oswajanie małymi krokami, robienie z nowości czegoś „opatrzonego” i nie poddawania się w pokazywaniu dziecku, że ma wybór, to metody, które w wielu przypadkach mogą zdziałać cuda. Nie tylko w sprawach nowości na talerzu, ale też odważniejszego podejmowania wyzwań w życiu. 

To też się może przydać

Czym jest wychowanie wspierające?

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i moją codzienność.

Te wpisy również mogą cię zainteresować:

Shares
Share This