Od razu spieszę z wyjaśnieniem, że artykuł nie będzie o tym jak zażegnać nerwy i mieć święty spokój. Oczywiście byłoby miło mieć święty spokój, ale wraz z decyzją o zostaniu rodzicem, bierzemy na siebie odpowiedzialność za wsparcie małego człowieka w lepszych i gorszych momentach. 

Te gorsze momenty są oczywiście męczące i chciałoby się z nimi jak najszybciej pożegnać. Jednak droga na skróty w takich wypadkach jest tylko pozornym udogodnieniem. W życiu dziecka bywa mnóstwo sytuacji kiedy nerwy „muszą zostać przeżyte” po to żeby maluch nauczył się radzić sobie w najróżniejszych okolicznościach. Tych gorszych życie (jak wiadomo) nie oszczędza nikomu. 

Mamy więc dwie możliwości – albo skupić całą energię na usuwaniu spod nóg dziecka wszelkich przeszkód, albo jednak dać narzędzia, dzięki którym nauczy się radzić sobie z własnymi nerwami.

Skąd się to bierze?

Pierwszym i najważniejszym założeniem jest świadome obserwowanie dziecka i dawanie przestrzeni do tych nerwów. Nie chodzi tylko o złość, ale też: stres, jakieś lęki, niepoukładane sprawy, nieprzepracowane emocje, które w tego rodzaju emocjonalnych wybuchach często o sobie przypominają. Nie mam więc na myśli wyłącznie „wyzłaszczania się”. 

wybuchach najmłodszych dzieci powiedziano już chyba wszystko. Sama poświęciłam im wiele artykułów:

Dziecięce histerie są męczące, ale potrzebne. Wiesz dlaczego?

Młodszym dzieciom jakoś te wybuchy łatwiej wybaczyć, łatwiej też je zrozumieć, bo najprostszym wytłumaczeniem jest: On jest jeszcze za mały żeby o tym powiedzieć. I jest w tym sporo racji, wiele z tych wybuchów dokładnie na tym polega – frustracja z powodu świadomości przeżycia, ale niemożności dogadania się ze światem. Dużo więcej na ten temat opowiedziałam w tym artykule:

Chcesz banana? Tak, nie, nie wiem! To jak w końcu rozmawiać z półtoraroczniakiem i dwulatkiem?

Kiedy jednak w nerwy wpadają nieco starsze dzieci, o wiele trudniej powiedzieć sobie: W porządku, on tego potrzebuje. I też mam świadomość, że nie da się wychować dziecka tłumacząc sobie nerwowe reakcje za każdym razem właśnie w ten sposób. Gdzieś tam podświadomie wiemy, że „to jeszcze dziecko”, ale skoro to dziecko mówi do nas przykre rzeczy, szybko gaśnie podświadome zrozumienie, a zaczyna się walka. O niej też kiedyś już wspominałam:

Nie lubię cię, mamo! Idź stąd! Dlaczego dziecko tak do mnie mówi?

Dziecięce powody do nerwów

Niepokoje przedszkolaków i uczniów mogą być naprawdę bardzo różne. Czasem związane z odrzuceniem przez rówieśników, niemiłą atmosferą w przedszkolu, tęsknotą, rozwodem w rodzinie, pojawieniem się nowego członka rodziny, kłótnią z przyjacielem, zbyt dużą ilością obowiązków, za długim czasem spędzanym przy ekranie. Wydawać by się mogło, że dzieciństwo to jest bułka z masłem, jednak z punktu widzenia wielu dzieci wcale tak nie jest. Ani z punktu widzenia dziecka, ani rodzica. 

Czasami dziecko próbuje nam na swój sposób powiedzieć, że potrzebuje wsparcia i bliskości. My – po całym dniu szarpaniny (słownej), pyskowania, pokrzykiwania i stresu – niekoniecznie czytamy wysyłane sygnały.

Może kojarzysz sytuację, w której maluch właśnie przez większość dnia doprowadzał cię do szału, tylko po to żeby wieczorem zamienić się w anioła? I to bardzo przytulaśnego anioła, który za nic w świecie nie chce puścić z uścisku. Zamiast już kłaść się spać, jakby nie pamiętając o całodniowych sporach, tuli się, przymila i ogólnie rozczula serce rodzica. 

To jest właśnie jeden z sygnałów – wesprzyj mnie. Maluch nie potrafi inaczej tego wyjaśnić choć wie, że dał popalić w ciągu dnia. Właśnie dlatego, że było tyle nerwów, teraz potrzebuje tego czasu blisko ciebie. Najgorsze co można zrobić w takiej sytuacji to zacząć od „ale”, korzystając z okazji, że dziecko przez chwilę jest w nastroju do słuchania: 

  • Teraz to się przymilasz, ale czy nie możesz taki być cały dzień? 
  • Dobrze, poprzytulajmy się, ale obiecaj, że jutro będziesz się inaczej zachowywał. 
  • W porządku, jeszcze z tobą posiedzę, ale nie za długo, bo mnie cały dzień wkurzałeś. 

To jest moment, w którym dorosły ma szansę wykazać się dojrzałością i zamiast wymagać zmiany zachowania dziecka o 180 stopni, może pomóc maluchowi uporać się z tym, co go męczy.

Co cię męczy?

Oczywiście najłatwiej byłoby zadać pytanie: Co cię męczy? I wcale nie jest to taki głupi pomysł. Być może dziecko faktycznie powie o co chodzi. Kiedy to się uda, sprawa wcale nie zostaje załatwiona. 

To trochę jak z bólem zęba. Każdy kogo kiedyś bolał ząb dobrze wie, że nawet jeśli nie jest to mocny ból, z pewnością działa na nerwy. Łatwiej się denerwujemy o drobiazgi, na które w innej sytuacji nie zwrócilibyśmy uwagi. Samo powiedzenie: Boli mnie ząb, może komuś obserwującemu nas z boku wyjaśnić, dlaczego się tak zachowujemy. Jednak samo powiedzenie na głos o bólu, niczego właściwie nie zmienia.

Nadal boli

Samo określenie problemu jeszcze nie rozwiązuje sytuacji choć jest w wielu przypadkach ważnym korkiem. Dlatego warto spróbować pomóc dziecku przejść przez wszelkie sytuacje nerwowe. Nauczyć o nich mówić (nazywać problem), ale też radzić sobie z nimi. 

Tylko jak? Nie muszę chyba pisać, że nie mam jednego złotego środka na takie sytuacje. Każdy człowiek przeżywa nerwy inaczej więc też pomysł działający na jednego, pewnie nie sprawdzi się w przypadku drugiej osoby. Co wcale nie znaczy, że nie warto próbować i pokazywać dzieciom różnych sposobów. 

Nie tylko po to żeby sprawdzić i wytrenować w bezpiecznych warunkach, ale przede wszystkim żeby dziecko mogło sprawdzić, co mu pomaga. Wiedząc to będzie potrafiło poradzić sobie z nerwami w sytuacjach poza domem, kiedy rodzica nie będzie w pobliżu.

Śmieszna nazwa

Jednym z bardzo prostych sposobów jest nazwanie emocji śmiesznym imieniem. To trochę jak z poradą na temat tremy. Aktorzy często powtarzają, że dobrym sposobem na opanowanie tremy jest wyobrażenie sobie publiczności w śmiesznych ubraniach, z głupimi minami albo nawet na golasa. Chodzi o to żeby „pękł balon powagi” i żeby powód tej tremy (wiadomo, że nie do końca tym powodem jest publiczność) stracił nieco na majestacie. Tremę generuje nasze wyobrażenie o tym, co sobie ta publiczność pomyśli, co o mnie powiedzą kiedy wyjdą z teatru, co napiszą o moim występie itd. Oczywiście to nie publiczność jest winna tej tremie tylko nasze wyobrażenia. Wszystko dzieje się w nas. 

Nie ma jednak szansy na to żeby sobie w trudnych momentach racjonalnie wytłumaczyć: Och, to nie oni tak mnie stresują, to moje wewnętrzne rozterki. Jeśli trzeba zadziałać tu i teraz to właśnie obśmianie może pomóc. Obśmianie wcale nie oznacza braku szacunku albo udawania, że sprawa nie jest poważna. To jest sposób na zmierzenie się z wyzwaniem zamiast zamiatania nerwów pod dywan. Stremowany aktor szuka sposobu na poradzenie sobie z nerwowej sytuacji. Dla niektórych nazwanie publiczności żartobliwym przezwiskiem będzie pomocą. 

Dokładnie tak samo można to wytłumaczyć dzieciom mierzącym się z nerwowymi sytuacjami. Nauczycielowi naprawdę nie ubędzie wiele z autorytetu jeśli podpowiemy dziecku żeby wywołane do odpowiedzi wyobraziło sobie belfra w stroju clowna. Jeśli to ma sprawić, że dziecko się uśmiechnie, a stres odpuści, to nie widzę problemu. 

Oczywiście nie mówimy tylko o szkolnych stresach, mówimy o wielu sytuacjach, w których: Znowu pojawił się u nas też wstrętny Śmierdziowrzask i nie wiadomo dlaczego tak się panoszy. Może go zapytamy? Śmierdziowrzasku, o co ci chodzi? Na czym polega twój problem? 

Nadanie imienia trudnej sytuacji/emocji sprawia, że ona staje się (w pewnym sensie oczywiście) osobnym bytem. To oznacza, że trochę się od nas odrywa. Wtedy łatwiej spojrzeć na nerwową sytuację z innej perspektywy, a to już jest otwarcie do spokojniejszej rozmowy. Nawet jeśli przed tą rozmową trzeba się będzie powygłupiać, to wcale nie znaczy, że jest ona mniej ważna albo że unikamy trudnego tematu. 

Oderwanie

Takie oderwanie sytuacji od dziecka, choć wiadomo, że maluch w niej uczestniczy, jest też znakomitym sposobem przerabiania nerwowych momentów. Żeby nie brzmiało to tak enigmatycznie (bo niby jak oderwać sytuację od dziecka?) powiem jak to znakomicie zrobiono w szkole Karoliny. 

Ostatnio uczyli się o epoce wiktoriańskiej. Akurat w tej szkole lekcje historii to rewelacyjna sprawa, bo przerabiając każdą epokę, nauczyciele przygotowują coś na kształt podróży w czasie. Przez cały jeden dzień dzieci i dorośli ubrani są w stroje z epoki, używają przedmiotów z epoki, posługują się językiem z epoki. Naprawdę przenoszą się w czasie. 

Jak wiadomo, w dawnych czasach dzieci nie były traktowane jakoś szczególnie delikatnie. Ani w domach, ani w szkole. Zwłaszcza w szkole. Jeśli ktoś naskarżył – nosił za karę drewnianą tabliczkę na szyi. Jak ktoś za dużo gestykulował zakładano mu coś w rodzaju dybów na dłonie i tak musiał siedzieć na lekcji. Za wiele prowinień karą było wyśmiewanie przez inne dzieci. Oczywiście bicie i wrzaski były na porządku dziennym i nauczyciele w ten sposób zaprowadzali dyscyplinę. 

Mała wycieczka

Wyobraź sobie, że twoje dziecko wyjęte z XXI wieku ma przeżyć jeden dzień w epoce wiktoriańskiej. Nawet jeśli to tylko zabawa i maluch doskonale o tym wie, jestem pewna, że poczuje się nieciekawie koledzy wyśmieją (na prośbę nauczyciela) za to, że nie potrafi wysiedzieć bez wiercenia się podczas lekcji. Jednak jakoś klasa Karoliny nigdy nie kończy dnia z epoki z traumą i w szoku. Zawsze są zadowoleni. Nauczyciele znaleźli świetny sposób na to żeby oderwać sytuację od dziecka, jednocześnie sprawiając, że każdy bierze czynny udział w zajęciach. 

Po pierwsze dzieci są uprzedzone o tym, jak wyglądała szkoła w epoce wiktoriańskiej. P drugie – zdecydowanie ważniejsze – dzieci dostają dwa dni wcześniej nowe imiona i nazwiska. W tym przypadku były to imiona i nazwiska osób, które naprawdę żyły i uczęszczały do szkoły w tym czasie. Dzieci dostały więc nową tożsamość, z którą mogły się w trakcie tych dwóch dni zapoznać i w jakiś sposób oswoić. Moim zdaniem to jest genialne posunięcie, dzięki któremu nauczyciele nie wydzierają się na Karolinę Jankowską tylko na jakąś Ethel Johanson, urodzoną dawno temu dziewczynę, która lubiła koty i miała dwóch braci. 

Może się komuś wydawać, że ta prosta sztuczka jest tylko sztuczką. Otóż – nie tylko. To zabieg pomagający dziecku przeżyć trudną sytuację dystansując się. Małe dzieci nie potrafią w zasadzie tego robić inaczej. Nie da się powiedzieć sześciolatkowi: Ale zdystansuj się trochę, nie ma się o co tak unosić. Można natomiast wykorzystać dar, którym obdarzone są dzieci – wyobraźnia. To ona sprawia, że opowiedzenie o „jakimś koledze, który przeżył podobną sytuację” sprawia, że sytuacja staje się mniej przerażająca, stresująca czy nerwowa. 

Oczywiście oderwanie dziecka od sytuacji nie musi za każdym razem polegać na nadaniu innej tożsamości. Może to być pokazanie życiorysu innego człowieka, opowiedzenie historii z własnego dzieciństwa, zabawa z wcielaniem się w role, wycieczka tematyczna związana np. z obawą przed lataniem (muzeum lotnictwa). Ile sytuacji tyle pomysłów, wystarczy odrobinę się wysilić. 

Daj coś

Czasami przerabianie nerwowej sytuacji za pomocą słów niewiele daje. Często rozmawiam z rodzicami mówiącymi, że: Tłumaczę i tłumacze i wciąż to przerabiamy. Nic to nie daje. Wierzę, że i tak bywa. Może w tym artykule znajdziesz kilka wskazówek.

Jak nie krzyknę to nie posłucha, taki już jest! Czy to da się zmienić?

 

W takich sytuacjach warto spróbować dać dwie rzeczy. Po pierwsze – więcej czasu i przytulania. Więcej bliskości, ile tylko maluch zapragnie. Jeśli macie ten nerwowy temat omówiony na wszystkie sposoby (rozłąka przedszkolna, lęk przed lekarzem, tęsknota za niemieszkającym z nami rodzicem, niechęć do samodzielnego spania, bicie rówieśników… cokolwiek) to już więcej nie drążcie. Wiecie, że on jest i nie zniknie z dnia na dzień. Zamiast wyczerpywać energię na codzienne omawianie go od nowa, ładujcie baterie bliskością. 

Nie chodzi mi o to żeby unikać tematu, ale o to żeby nie drążyć go ciągle, nie rozdrapywać wciąż rany, rwąc w rozpaczy włosy z głowy – bo nie potrafię pomóc dziecku! Twoja bliskość naprawdę może zdziałać cuda, bo daje maluchowi świadomość, że razem przetrwamy te trudne sytuacje. Nie jest łatwo, ale jesteśmy razem. Maluch to naprawdę doceni – mam wsparcie i to sprawia, że czuję się lepiej. Nie wszystko da się tak po prostu zażegnać, wyleczyć i zapomnieć. Niektóre sytuacje ciągną się latami. 

Dobre „coś”

Po drugie, warto dać dziecku coś materialnego. Wiem, że żyjąc w świecie, gdzie dzieci czasem dosłownie zasypane są zabawkami, niekonicznie jest to nasza pierwsza myśl. Jednak istnieją badania potwierdzające, że mały drobiazg „od serca” przynosi dziecku ukojenie w trudnych sytuacjach. Nie musi to być ta słynna maskotka, zabierana z domu do przedszkola żeby jakoś przetrwać adaptację. Dla wielu dzieci to naprawdę może być jakiś drobiazg np. broszka, bransoletka, breloczek do kluczy czy przy plecaku. Coś zawsze pod ręką, czego można dotknąć, co się dostało od kochanej osoby. 

Nie wiem czy jesteś sentymentalna, ale wiele zamężnych (i żonatych) osób w trudnych momentach dotyka (czasem bezwiednie) obrączki. O taką materialną rzecz chodzi. Niby kawałek plastiku/złota/gałganki, a jednak ma wartość. Ma w sobie emocje i dlatego daje spokój.

Czy warto się wysilać? Nie wiem czy warto, każdy decyduje sam. Można zamiast tego oczywiście powiedzieć do dziecka: Zdystansuj się… i poczekać aż to zrobi.  

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i moją codzienność.

Te wpisy również mogą cię zainteresować:

Shares
Share This