Co jakiś czas czytam wzruszające teksty o tym, jak to kiedyś małe rączki przestaną otulać naszą szyję. Jak nam wtedy – matkom – będzie źle. Wszystko okraszone mnóstwem zapłakanych komentarzy młodych mam. Mamę naprawdę łatwo wzruszyć, zatem taki tekst (jeden z drugim), to jest trochę cios poniżej pasa.

Rozumiem przemyślenia mam (często i ojców) na temat wyfrunięcia dziecka/dzieci z gniazda. Wiem, że napisanie lub wygłoszenie takiego tekstu, w pewien sposób oczyszcza, przynosi ulgę. To fajnie, kiedy można się z całym światem podzielić swoim wzruszeniem i ten świat na pewno (przynajmniej częściowo) przyklaśnie. Trudno się nie wzruszyć na myśl o dziecięcych rączkach zarzuconych na szyję.

Nie to, że mam serce z kamienia, ale nie przepadam za tymi łzawymi tekstami, które tak na dobrą sprawę, czasem bardziej straszą niż wzruszają. Dlaczego tak uważam? Dlatego, że wiele mam z którymi rozmawiam mówi wprost: Cieszę się, że dziecko już odchowane, ale mam wyrzuty sumienia. Nie wiem dlaczego je mam?

Czuję się winna, że mnie już nie potrzebuje

Skąd to poczucie? Między innymi właśnie dlatego, że co kilka kroków można się potknąć o tego rodzaju mądrość, w której przeczytasz mniej więcej tyle, że kiedyś pożałujesz i sobie to zapamiętaj, mamo…

Nie przegap kolejnego artykułu. Zapisz się na newsletter »

Wiadomo, że wychowanie dziecka to jest wspaniała przygoda dla człowieka, który faktycznie to rozumie i się angażuje. Jednak każda przygoda ma gdzieś swój początek i koniec. Może komuś wydaje się inaczej, ale nikt nie będzie szczęśliwy przeżywając jedną przygodę przez całe życie. Wyobrażasz sobie niańczenie bobasa przez 30, 40, 50 lat lat?

Matka od samego początku – chcąc nie chcą – musi się angażować, bo maluch zwyczajnie jej potrzebuje. Jeśli przygoda przebiega jak powinna, z niecierpliwością czekamy na pierwszy ząbek, pierwsze słowa, pierwsze kroki. „Pierwsze wszystko” jest naprawdę wzruszające. Sama nie raz uroniłam łezkę przy takich okazjach.

I nie są to okazje związane z buzującymi hormonami po porodzie, bo matka uroni łezkę nawet w – z pozoru – najzwyklejszej sytuacji. Ja na przykład ostatnio taką uroniłam (i sama się zdziwiłam) kiedy mojej córce wyleciał mleczak. Niby nic nadzwyczajnego, ale mamy łatwo się wzruszają przy takich okazjach.

Sama pewnie choć raz złapałaś się na tym, że płaczesz z powodu, który nie powinien aż tak wzruszać. Wiedzą to mamy, które nie zabrały chusteczek na występy dziecka w przedszkolu. Są i ważniejsze powody. Wiedzą te, które walczyły z przeciwieństwami, chorobami, nieprzespanymi nocami, wyśmiewaniem w przedszkolu, zaczepkami w szkole. Te, które modliły się o kilka przespanych godzin (bo przecież nie nocy). Wszystkie wiemy, o co chodzi z tym wyciskaniem łez.

Tak, dziecko rośnie. I co z tego?

Jednak naprawdę nie lubię kiedy ktoś (w kółko) przypomina mi (może lepiej nawet użyć słowa wypomina), że dziecko rośnie. I każe się tym martwić. Kocham moje dziecko nad życie i bardzo, naprawdę bardzo się cieszę, że rośnie. Nie odbieraj mi więc – świecie, internecie, mądralo – takimi wyciskaczami łez, radości z tego, że staje się samodzielne i nie potrzebuje mnie w wielu sprawach.

Chcesz porozmawiać z pedagogiem on-line? Kliknij po więcej informacji»

Tych momentów jest coraz więcej i nie są powodem do rozpaczy. Raczej do dumy i tak na to patrzę. Potrafię się z tego cieszyć i (świecie szanowny) pozwól na to matkom.

Wszystko jest kwestią podejścia. Jeśli pozwolę tym wyciskaczom na zdołowanie mnie, to w jakiś sposób, odbiorę sobie radość z macierzyństwa. Po co mi to? Po co mi jeszcze – między wszystkimi matczynymi obowiązkami i powinnościami – jeszcze ten dodatkowy stres. Po co go fundować matkom?

Poświęcam wiele i nie boję się o tym mówić

Zatem, szanowny świecie/internecie/ludzie, przestań, proszę, straszyć kobiety dorastającymi dziećmi. Doceniaj może lepiej matki za trud i zaangażowanie. Za poświęcenie. Właśnie, za poświęcenie. Kolejne zakazane w rodzicielskim słowniku, wyrażenie. Przecież wychowanie dziecka jest w pewnym sensie, poświęceniem. Dlaczego tak mocno dyskutuje się nad tym, że powinno się to nazywać inaczej?

Poświęcasz swoje godziny snu, spotkania z koleżankami, wyjścia do kina, ciało. Często też pracę lub (częściowo) karierę zawodową. Poświęcasz to dla dobra dziecka. Wiele czasu poświęcam dziecku i to jest bardzo dobry rodzaj poświęcenia. Nie jestem męczennicą i nie oczekuję, że ktoś tak będzie postrzegał macierzyństwo. Ale chcę mieć prawo nazywać rzeczy po imieniu.

Wszystkie wychowawcze zabiegi wymagają czasu, uważności, cierpliwości, zdrowia i właśnie poświęcenia. Wykonuję je z radością, choć bywa, że mam ich po dziurki w nosie. Jak w każdej dobrej przygodzie, emocje są różne. Dzieje się.

Dlaczego cieszę się, że dziecko coraz mniej mnie potrzebuje?

To chyba jasne. Nic bardziej nie raduje mojego serca niż fakt, że daje sobie w życiu radę i nie musi się trzymać maminej spódnicy. Cieszę się kiedy mówi: Mamuś, a teraz pobędę sama w pokoju, ok? Jasne, że OK, córeczko. Miej swoje sprawy, przemyślenia i zajęcia, które nie wymagają mojej uwagi. To dla mnie sygnał, że dobrze wykonuję rodzicielską robotę.

Czy będę tęsknić za małymi rękami zawieszonymi na mojej szyi? Oczywiście, że będę tęsknić, bo całe życie za czymś się tęskni. Za młodością, wolnością, beztroskim dzieciństwem, latami szkolnymi, przyjaźniami na studiach, imprezami do białego rana. Każdy ma coś (nawet wiele rzeczy), za którymi tęskni. Żadna z tych tęsknot nie odbiera jednak satysfakcji z tego, co mam tu i teraz. Przynajmniej nie powinna.

Żyj tu i teraz

Zastanawiam się tylko, dlaczego, świecie kochany i internecie, straszysz z takim upodobaniem, mamy, smutkiem czy tęsknotą, które mogą pojawić się (na pewno się pojawią) w przyszłości? Zamiast wspierać mnie i radować się, że dziecko na moich oczach, zamienia się w dorosłego, wartościowego człowieka.

Całe to poświęcenie, nieprzespane noce, rozmowy, zabawy i trud, to wszystko robimy po coś. Nie po to żeby ktoś mnie poklepał po plecach i powiedział: Jesteś dobrą mamą. Tylko po to żeby dziecko pewnego dnia, radośnie wyfrunęło. Mamy zatem robić to wszystko zamartwiając się, że jest coraz bardziej samodzielne i mnie nie potrzebuje? Niedoczekanie twoje, świecie.

Tylko co z tymi wyrzutami sumienia?

Czasem te płaczliwe teksty powstają dlatego, że ktoś czegoś żałuje. Na przykład zbyt mało czasu spędzał z dzieckiem, coś przegapił. Jasne, że nie da się wrócić do pierwszych kroków i pierwszego dnia w przedszkolu. Jeśli ktoś coś przegapił (ja też przegapiłam wiele) to bardzo współczuję, ale przecież przygoda wciąż trwa. A relacja matka – dziecko, nie kończy się wraz z wyfrunięciem z domu. Po prostu się zmienia. Zmiany w życiu są potrzebne.

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i moją codzienność.

Te wpisy również mogą cię zainteresować:

Shares
Share This