Czasami podrzucam ściągę z prostymi przykładami tego co robić lub mówić w różnych sytuacjach wychowawczych. Dzisiaj zostawiam ściągę o tym czego nie robić i nie mówić. 

Nie odpowiadaj za mnie

To jedna z trudniejszych sytuacji, przynajmniej ja musiałam sporo pracować nad tym żeby nauczyć się nie odpowiadać za dziecko. A potem jeszcze nauczyć resztę rodziny. Chodzi o najprostsze sytuacje np. Jak masz na imię?

Bardzo często zanim jeszcze dziecko nabierze powietrza, słychać nad jego głową: Borysek, ale mówimy na niego Bobo. Warto spróbować powstrzymać się i nie odpowiadać za dziecko kiedy pytanie jest kierowane bezpośrednio do niego. Tym sposobem uczymy komunikacji, tak po prostu, najzwyczajniej w świecie. 

Nawet jeśli dziecko nie odpowiada, krępująca (dorosłego) cisza się przedłuża, lepiej zachęcić (dając wybór): Masz ochotę powiedzieć jak masz na imię? niż przerywać tę ciszę „za malucha”. Jeśli kategorycznie się nie zgadza na rozmowę z obcym, wtedy dopiero zapytać czy chce żeby odpowiedzieć za niego.

Odpowiadając za dziecko za chwilę będziemy mieli do niego pretensje, że nie reaguje kiedy się coś do niego mówi. Oczywiście, że nie reaguje na nasze (lub cudze) komunikaty, bo wie, że dorosły nie wytrzyma i udzieli odpowiedzi. W ten sposób odbieramy też szansę poćwiczenia kontaktu z innymi ludźmi, co może doprowadzić do oczekiwania ze strony dziecka, że rodzice zawsze będą za nie załatwiali wszelkie sprawy. 

Ogólnie rzecz ujmując, umiejętność nie reagowania od razu, nie wyrywania się przed szereg z poczucia rodzicielskiego obowiązku jest bardzo, ale to bardzo przydatną umiejętnością. Więcej opowiedziała na ten temat tutaj:

Dlaczego czasem lepiej nie reagować natychmiast?

Nie zaprzyjaźniaj się na siłę

Sami lubimy mieć małe sekrety, które nazywamy prywatnymi sprawami. Prywatność należy się także dzieciom. Bardzo często jednak nie dajemy im prawa do posiadania sekretów. Najcześciej wynika to po prostu z obawy o bezpieczeństwo dzieci, bo tajemnica sprawia, że stajemy się czujni. Najczęściej podejrzliwi, z pewnością zaniepokojeni. 

Niegodzenie się na prywatność dziecka oznacza problem dorosłego. Więcej na ten temat opowiedziałam tutaj:

Nie biegaj, bo się spocisz! Czy jestem nadopiekuńczą mamą?

Często jest to związane z poczuciem, że muszę być kumplem mojego dziecka. Muszę się z nim zaprzyjaźnić, wtedy wyjawi mi wszystkie sekrety, bo przecież koleżankom i kolegom na pewno o nich mówi. 

Jeśli czujesz, że właśnie w tym kierunku zmierza wasza relacja, warto trochę pozmieniać elementy tej układanki. Rodzic nie jest, nie powinien być kumplem. Jest rodzicem, opiekunem, wsparciem. Dziecko rozumie rolę rodzica jako osoby, która opiekuje się nim i kocha. Nie potrzebuje kolejnego kolegi zamiast rodzica. To zupełnie inna relacja niż ta z przyjaciółmi i rówieśnikami.  

Nie zarządzaj moimi potrzebami

Mam przed oczami taki obrazek, w którym babcia podaje wnukowi pierogi. Napracowała się, nastała w kuchni i podaje pyszne domowe jedzenie. A ten mówi, że nie lubi pierogów. Wtedy często słyszy: Oczywiście, że lubisz! Ostatnio jadłeś. 

Podobnych scen z mojego dzieciństwa i z otoczenia mogę przytaczać setki. Nawet dzisiaj bardzo często zdarza się dzieciom słyszeć, że dorosły wie lepiej co powinno czuć, myśleć, czego powinno chcieć w danym momencie dziecko. Nikt tego oczywiście nie wypowiada wprost, ale zachowanie i czyny mówią same za siebie.

Nie mówię o przypadkach kiedy naprawdę malec nie potrafi do końca określić swoich potrzeb w danej chwili. Wiele na ten temat opowiedziałam w tym artykule:

Chcesz banana? Tak, nie, nie wiem! To jak w końcu rozmawiać z półtoraroczniakiem i dwulatkiem?

Mówię o sytuacjach, w których dzieci potrafiące już sprawnie komunikować, zaczynają to robić. Jeśli coś idzie nie po myśli dorosłego, często odpowiedzią jest właśnie: Ależ oczywiście, że lubisz pierogi. Nawet jeśli mamy inne zdanie niż dziecko, uważamy, że podejmuje złą decyzję, nie zgadzamy się z wyborem, można to inaczej zakomunikować – skupiając się na dziecku – niż przez wmawianie, że wiem lepiej co lubisz. 

Nie wybieraj za mnie

Wyobraź sobie scenkę, w której koleżanka mówi do ciebie: Widziałam wczoraj świetny film tego znanego reżysera. Zahacza o tak ważny współcześnie temat. Musisz go zobaczyć. Uważam, że każdy wrażliwy człowiek powinien ten film zobaczyć. 

Nie wiem jak ty, ale ja w takiej sytuacji czułabym się lekko przymuszana do obejrzenia tego dzieła światowej kinematografii. Nie to, że od razu pobiegnę kupić bilet, jednak taki komunikat każe mi się zastanawiać czy ja należę do tych wrażliwych, czy może ze mną jest coś nie tak, bo nie chcę oglądać tego filmu?

Jako wspierający rodzice bardzo często chcemy pokazać dziecku jak najwięcej ciekawych rzeczy. Najchętniej cały świat, bo przecież to dość niesamowite miejsce. Każdy ważny film, każdą fajną książkę, wszystkie kraje, piękne obrazy i krajobrazy. Czasami tak się fiksujemy na tym pokazywaniu, doświadczaniu i przeżywaniu, że zapominamy o osobistych upodobaniach dziecka. Czy ono jest tym naprawdę zainteresowane? 

Słysząc komunikaty typu: Musisz to zobaczyć! Każdy powinien!… dziecko w końcu zacznie ślepo słuchać dorosłego (bo przecież on wie lepiej co jest dla mnie dobre) zamiast samodzielnie szukać własnych zainteresowań i pasji.

Mała zmiana w codziennej komunikacji może sprawić, że dzieci chętniej będą mówiły o tym co naprawdę lubią, a w przyszłości będą potrafiły podejmować decyzje dobre dla nich, z punktu widzenia ich potrzeb, gustu itd. W  takich sytuacjach lepiej przestawić kontekst (o czym ten film) i zapytać, czy maluch ma ochotę go obejrzeć. Jeśli nie to nie. Nie musi to od razu oznaczać, że dziecku brak wrażliwości. 

Nasze wyobrażenie o tym co chcemy pokazać, czego nauczyć, niekoniecznie musi iść w parze z tym czego chce dziecko. Wmawianie mu takich potrzeb czy upodobań wyrządza więcej szkody niż pożytku. Więcej o tych rodzicielskich wyobrażeniach przeczytasz tutaj:

Czy to jest sposób na wychowanie „emocjonalnej ciamajdy”?

Nie róbmy tego razem

Bardzo często zdarza mi się słyszeć lub czytać informacje o sukcesach lub zwykłych aktywnościach dzieci, ubrane w słowa oznaczające wspólną robotę: Uczymy się chodzić, Nie bijemy braciszka (jakoś zdrobnienia w tych sytuacjach idą zawsze w parze z „my”), Nie wystawiamy języka pani i moje ulubione – Właśnie uczymy się sikać do nocnika. 

Wiem, że to tylko takie powiedzenie, jednak w kontekście słuchającego, obserwującego i dorastającego dziecka jest to dość dziwna konstrukcja. Jeśli dziecko się czegoś uczy lub coś robi to niech słyszy, że tak jest: Staś uczy się sikać do nocnika lub Uczysz się sikać do nocnika. Dzięki takiej formie komunikacji Staś ma szansę zauważyć, że jest odrębną jednostką, potrafiącą wykonywać konkretne zadania czy podejmować decyzje. 

W przyszłości Staś nie będzie uważał, że jeśli coś mu się nie udaje od razu to nie dlatego, że nie nauczyliśmy się (to wina świata, nie moja). Będzie wiedział i rozumiał jak wziąć odpowiedzialność za swoje działania i decyzje. 

Weźmie też chętniej odpowiedzialność za własne emocje w przyszłości. Więcej na ten temat przeczytasz tutaj:

Co by się stało gdyby dziecko wzięło odpowiedzialność za swoje emocje?

Mocno się napracowałam przy tym artykule, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się artykułem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa informacji na temat wychowania wspierającego..
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz informacje o książkach dla dzieci „okiem pedagoga”, a w relacjach także kulisy prowadzenia bloga.

Te wpisy też mogą Cię zainteresować: