Kiedy pociecha zaczyna raczkować, potem wstawać i biegać, to jest powód do dumy. Jednak jest to też czas, w którym – właśnie z powodu zdobycia nowych umiejętności – maluch zaczyna wszystko robić po swojemu. I w tym momencie poczucie dumy jakby trochę ustępuje na rzecz: irytacji, dezorientacji i wreszcie nerwów. Twoich i dziecka.

Nie wiem czy jesteś właścicielką kota, psa lub innego zwierzaka domowego. Kiedyś miałam kota. Oprócz tego, że był naszym towarzyszem, to strasznie mnie denerwował. Czasem miałam ochotę usiąść i się rozpłakać kiedy po raz setny trzeba było odczyszczać ubrania z kłaków. Wiele bym dała za możliwość wytłumaczenia mu jakoś żeby tych kłaków nie zostawiał. Ale nie płakałam, nie tłumaczyłam, nawet nie próbowałam, bo jestem dorosła i rozumiem, że na pewne rzeczy nie mam wpływu. Dwulatek dopiero poznaje tę prawdę. I bywa to bardzo bolesny (dla uszu reszty domowników) proces.

Jeśli jesteś mamą dziecka w wieku 1,5-3 lata (granica może się przemieścić o kilka miesięcy w tę lub tamta stronę), pewnie kojarzysz sytuację, w której np. maluch płacze, krzyczy, złości się z następujących powodów:

  • pies koło niego przeszedł,
  • drzwi są zamknięte,
  • chłopczyk w piaskownicy się patrzy,
  • bańki mydlane uciekają na wietrze,
  • drzwi są otwarte,
  • maluch wylał wodę z kubeczka,
  • jedzenie spadło z widelca na podłogę,
  • drzwi są uchylone,
  • chcesz skręcić w prawo wracając do domu ze spaceru,
  • nie chcesz skręcić w prawo,
  • gołębie podchodzą za blisko,
  • posadziłaś dziecko w spacerówce,
  • prosisz dziecko żeby trochę pochodziło samodzielnie (bez wózka) itd.

To oczywiście tylko kilka przykładowych sytuacji. Pewnie kojarzysz podobne lub wręcz identyczne. Bardzo często zrzucamy ten cały płacz na bunt dwulatka i próbujemy nie przejmować się absurdalnymi wybuchami emocji… na ile to możliwe. Tylko, że te wybuchy nie do końca są absurdalne z dziecięcego punktu widzenia.

Bardziej niż na tym, co jest przyczyną takiego zachowania, zastanawiamy się często, jak temu zachowaniu zaradzić. Świetnie to rozumiem, bo jest to męczące. Nigdy nie wiadomo kiedy wybuch nastąpi i co akurat się maluchowi nie spodoba. O tym jak radzić sobie z histerią napisałam sporo w tym artykule:

Dwie metody radzenia sobie z dziecięcą histerią

Teraz chciałabym się skupić na przyczynie, bo przecież jakieś wydarzenia doprowadziły do tego wybuchu. Chcąc być uważnym rodzicem, wspierającym dziecko w poznawaniu nowych emocji, warto wiedzieć, że smutek i złość biorą się często z poczucia niemocy malucha.

– Ale jak to niemocy? Robi co chce, pozwalam na tak wiele. Przecież nie mogę się zgodzić na wszystko! – słyszę te argumenty każdego dnia. I bardzo się cieszę, że jest tylu mądrych rodziców, którzy pozwalają najmłodszym doświadczać tak wielu rzeczy. Jednak tym razem nie jest to kwestia pozwalania.

Mam tę moc czy jej nie mam?

Kiedy maluch zaczyna chodzić i biegać, zaczyna bardziej świadomy swojej odrębności od mamy. Mówiłam o tym tutaj:

Powrót mamy do pracy: lęk separacyjny i wyrzuty sumienia

Wstępuje w niego coś na kształt supermocy – Mogę wszystko! Ściślej rzecz ujmując, dziecku wydaje się (i to jest słowo klucz), że taką supermoc posiada. Skoro nie potrzebuję już siedzieć u rodzica na rękach, mogę się sam przemieszczać, to świat należy do mnie!

Jeśli jeszcze do tego przekonania o posiadaniu supermocy dodamy wrodzony egoizm, to powstaje mieszanka wybuchowa. Sama wiesz, że wybucha bardzo często. Dlaczego? Właśnie dlatego, że przekonanie zderza się z rzeczywistością. To ten moment, w którym człowiek zaczyna rozumieć, że nie ma wpływu na tak wiele rzeczy. To nowa odsłona rzeczywistości, która do tej pory wydawała się bardzo ciekawym i w miarę współpracującym placem zabaw. Największym powodem do rozpaczy wcale nie jest nowość, tylko to, że „ta rzeczywistość się nie słucha”: Ja chcę żeby było tak, a najczęściej jest zupełnie inaczej.

Oczywiście są sprawy, nad którymi maluch panuje. Obserwując dziecko pewnie wiesz, że jak sprawy idą po myśli dwulatka, to wszystko jest w porządku. Jednak kiedy właśnie do świadomości malucha dociera, że ta supermoc nie działa na każdego i za każdym razem, zaczyna się denerwować. I wybucha. Bo nie ma takiej mocy sprawczej żeby było jak on chcę. I nie ma takiej świadomości, że nie wszystko może tak być. Dopiero odbiera tę lekcję.

Dwulatek ma fazę

Jasne, że z każdym dniem będzie lepiej, bo te wybuchy i histeria to tylko faza. Masz bystre dziecko i prędzej czy później zrozumie, że nie wszystko kręci się wokół jego woli. Nauczy się też, że nie musi wyłącznie płynąć z falą i poddawać się rzeczywistości skoro nie mam na nią wpływu. Pokażesz mu w przyszłości jak można świadomie wpływać na otoczenie. To bardzo ważna umiejętność. Pisałam o tym sporo w artykule.

Nie uda mi się! Co zrobić z małym nerwusem, który szybko się poddaje?

Jednak zanim to nastąpi, twój dwulatek powinien mieć bezpieczną (emocjonalnie, czyli taką, którą akceptujesz) przestrzeń żeby się trochę pozłościć na ten nieznośny świat. Dlatego nie ma co się martwić, że wpada w histerię z powodu przechodzącego obok psa. Pewnie nie chciał żeby ten pies tu przechodził. Albo chciał żeby pies przeszedł drugą stroną ulicy. Po prostu „chcenie” dziecka i „chcenie” psa się nie spotkały. Zdarza się.

Twoja reakcja i obserwacja są bardzo ważne. Znam rodziców, którzy z wielkim rabanem przegonią tego psa, żeby tylko dziecko przestało płakać. Nie do końca jest to świadome podążanie za potrzebą dziecka. Tu właśnie pojawia się konieczność podjęcia rodzicielskiej decyzji. Czy zrobić coś, co natychmiast uciszy płacz, czy może pozwolić na ten płacz i pokazać, że nie wszystko podlega woli dziecka. Pisałam o tym sporo w tym artykule:

Nie lubię tego! Zrobię po swojemu! Podążam za potrzebami czy spełniam zachcianki?

Podążanie przez obserwowanie

Obserwuj malucha, a zdobędziesz mnóstwo informacji ta temat jego potrzeb i emocji. Wyobraź sobie przez chwilę tę scenę z psem. Załóżmy, że pies idzie po tej samej stronie ulicy co ty i dziecko. A maluch pokazuje psiakowi żeby przeszedł na drugą stronę. Pies nic a nic nie chce współpracować. Nie rozumie zwyczajnie. Dziecko być może nawet próbuje wyjaśnić (na swój sposób) temu psu, czego od niego oczekuje. Być może ten pies nawet spojrzy na pociechę, ale ignoruje wszelkie próby komunikacji.

Dla dwulatka to jest powód do wybuchu. Dlatego, że to jest moment, w którym do malucha dociera: Ej, on mnie nie słucha. Nie robi tego co chcę choć komunikuję na różne sposoby. Nie podoba mi się to, że nie robi tego „po mojemu”.

Dokładnie tak samo dzieje się ze wszystkimi wymienionymi wyżej przykładami. Woda wylewa się z kubeczka choć tego wcale nie chciałam. Drzwi są otwarte choć ja naprawdę bardzo chcę żeby były zamknięte itd. I w zasadzie im więcej takich sytuacji tym lepiej. Bo one są okazją dla malucha do poćwiczenia tego, na co jednak ma wpływ, a na co nie. Nie każdy problem związany z płaczem rodzic musi natychmiast rozwiązywać.

Ale on się boi!

O ileż łatwiej byłoby to wszystko ogarnąć, gdyby tę lekcję musiało odrobić tylko dziecko. Ale nie, nie ma tak łatwo. Rodzic też się czegoś przy okazji uczy. Najcześciej zbiera wszystkie swoje siły do tego, by… nic nie zrobić. Nie wygnać tego psa na drugą stronę ulicy, bo dziecko tak chce. Oprócz tego „nie robić nic” jest jeszcze druga kwestia. Trzeba się nauczyć panować nad swoimi dorosłymi lękami i pochopnymi wnioskami.

Pozostaje wiec ogarnięcie naszych rodzicielskich reakcji na to mocowanie się z emocjami i rzeczywistością przez dwulatka. Nie twierdzę, że wszyscy powinni skakać z radości kiedy dziecko wpada w histerię, bo kot sąsiada idzie po płocie a nie po chodniku. Jednak – w pewnym sensie – jest to powód do dumy. To znak, że dziecko rozwija się, doświadcza i przetwarza pewne sprawy w swojej głowie. Zdecydowanie bardziej martwiłabym się obojętnością na wszystko niż wybuchami frustracji u dwulatka.

W takich przypadkach, marnym wsparciem jest tłumaczenie „do upadłego”, z najmniejszymi detalami: bo pies nas nie zna, dlatego nie słucha, nie jest wytresowany, bo niebezpiecznie jest zaczepiać obce psy, bo koty chodzą swoimi drogami, a bańki mydlane po prostu pękają. Żaden, ale to żaden z tych dorosłych argumentów w niczym dziecku w tej chwili wybuchu nie pomoże. O tych wszystkich detalach opowiesz po prostu innym razem. Przy spokojniejszej okazji.

Zdecydowanie lepiej po prostu zrozumieć. Spojrzeć uważnie na emocje i podążyć za nimi. Jeśli widzisz (a da się to zauważyć), że maluch płacze, bo ten pies go nie słucha, a nie dlatego, że boi się obcego psa, to po prostu zauważ: Ojej, nie podoba ci się, że ten pies przechodzi tak blisko. Chciałbyś żeby poszedł tam dalej? Jasne, że nie zawsze da się zrozumieć jakie są intencje dwulatka i jaki jest komunikat. Ale nie oszukujmy się, w wielu przypadkach da się. Jednak jest pewien warunek.

Uważność rodzicielska

Pozostając przy tej psiej sytuacji, często jest tak, że przy pierwszym zakwileniu, płaknięciu czy jęknięciu, rzucamy się z pomocą. Jakby dziecko wrzeszczało przerażone na widok psa. A nie wrzeszczy tylko sygnalizuje, że coś idzie nie po jego myśli. Nam jednak włącza się rodzicielska troska: Och, boisz się pieska? albo Nie bój się, przejdzie i nic ci nie zrobi. Spójrz najpierw czy naprawdę jest to lęk, czy zwyczajny komunikat w kierunku zwierzaka. Wiem, że kiedy dziecko płacze, to chcemy pomóc. Jest to oczywiste. Jednak czasem warto skorzystać z techniki, o której szybko opowiedziałam w dziale z krótkimi poradami, tutaj:

Zrób trzy kroki zanim zaczniesz „wychowywać”

Wycofanie się i obserwacja to też jest pomoc. Wymaga przestawienia kilku klocków w głowie dorosłego, ale niewątpliwie to też pomoc. Może ten nasz dwulatek nie oczekuje, że pomożemy ratując z opresji. Bo tak naprawdę żadnej opresji nie ma, a płaczącemu dziecku krzywda się nie dzieje. Płacze, bo zrozumiało, że ta jego supermoc wcale nie działa. Nie w tej sytuacji. Pojawiają się więc rozczarowanie i żal. Uczucia, do których każdy ma prawo. Może też być złość, bo przecież to jest wkurzające kiedy chcemy by sprawy toczyły się po naszej myśli, a one się nie toczą.

Najlepsze co można zrobić w takiej sytuacji, to dać sobie chwilę na obserwację i pomóc przeżyć ten kłopot, nie robiąc z tego sceny na pół dnia. To nie jest moment, w którym dziecko chce słyszeć sensowne argumenty o wolności zwierząt. To moment, w którym chce z siebie wyrzucić frustrację i wiedzieć, że może pies nie zrozumiał, ale rodzic zawsze się postara. A nawet jeśli nie rozumie, to jest i wspiera. A nie jak ten pies, który poszedł sobie swoją drogą i nic go nie obchodzi świat małego człowieka.

Psia lekcja

Żadna wielka interwencja nie jest potrzebna. Możesz powiedzieć coś żeby załagodzić sytuację, jak już trochę tych emocji spłynie ze łzami: Wydaje mi się, że ten pies chyba nie ma ochoty iść w drugą stronę. Co tam piesku, masz ochotę czy nie?

Dajesz tym dziecku do zrozumienia, że pies to żywa istota, która nie musi z nami współpracować. To, że pies nie odpowie na twoje pytanie, pokaże maluchowi, że nawet dorosły nie jest w stanie zmusić zwierzaka do współpracy jeśli zwierzę tego nie chce (oczywiście nie mówię o sytuacjach związanych z tresurą czy przemocą wobec zwierząt).

Uświadamiasz (bez wychowawczych pogadanek), że skoro pies (czyt. rzeczywistość) nie zawsze musi słuchać, to człowiek pewnie też nie. Dajesz maluchowi prawo do powiedzenia „nie” w różnych sytuacjach. Jeśli przeraża cię to „nie” w waszych rodzinnych relacjach (choć jest bardzo zdrowe i szczere), to pomyśl o tym „nie” za kilka lat, kiedy twojemu dziecku ktoś zaproponuje np. narkotyki. Żeby twój nastolatek z przyszłości potrafił podjąć sensowną decyzję, potrzebuje dzisiaj twoich świadomych reakcji. Tak tylko mówię…

A wracając do rzeczywistości. Są też komunikaty, które jedynie zaogniają sytuację: No trudno, pies to nie zabawka, nie musi się ciebie słuchać i tyle. Krótko, zwięźle i bardzo logicznie, jednak bez odrobiny zrozumienia dla przeżycia małego człowieka. I bez miejsca na sprzeciw, czyli „nie”.

Ktoś może zapytać, po co się tak wczuwać? Niech się dzieciak wypłacze i koniec. Oczywiście nie ma obowiązku wczuwania się w te małe dramaty dwulatków. Jednak wyszliśmy w rozmowie od męczących histerii i marudzenia z „byle powodu”. Wyszliśmy od jakiegoś irytującego, niezrozumiałego zachowania. Żeby takich sytuacji było mniej, warto włożyć wysiłek w to wsparcie dziecka. Bo przecież każdego dnia uczy się, przechodzi na odrobinę wyższy poziom rozumienia rzeczywistości. Im więcej rozumie tym szybciej minie mu zdziwienie i zdenerwowanie na nieposłuszną rzeczywistość.

Może zależy ci na dowiedzeniu się więcej na temat pozytywnej komunikacji w rodzinie? Sprawdź co przygotowałam dla rodziców.

Rodzicielski kurs on-line: Jak rozmawiać z dziećmi żeby w naszym domu nie było tak wiele krzyku, nerwów i kłótni?

To też się może przydać

Chcesz banana? Tak, nie, nie wiem! To jak w końcu rozmawiać z półtoraroczniakiem i dwulatkiem?

Książki dla dzieci o emocjach

Jeśli czujesz lekki niedosyt i zależy ci na dowiedzeniu się więcej na temat wychowania wspierającego, zapraszam cię do naszej grupy, w której rozmawiamy na wszystkie rodzicielskie tematy – klik.

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i moją codzienność.

Te wpisy również mogą cię zainteresować:

Shares
Share This