Znasz ten moment, kiedy mówisz dziecku, że nie może zjeść kolejnego cukierka, bo już dzisiaj zjadło 3 i to w zupełności wystarczy? Poza tym jest późno, a jedzenie słodyczy na wieczór może spowodować ból brzucha. Ten moment, kiedy używasz racjonalnych argumentów do postawienia granicy. A co robi dziecko? Wkłada szybko cukierka do buzi i mówi: Za późno! Już zjadłam. I tak naprawdę to jest chwila kiedy twoja reakcja ma kluczowe znaczenie.

Nie, nie powiem ci co trzeba w takiej sytuacji zrobić, bo to zależy.

  • Część rodziców uśmiechnie się pod nosem i powie: A ty spryciaro mała, żeby mi to było ostatni raz.
  • Inna część poprosi dziecko, żeby uszanowało zakaz i wypluło cukierka.
  • Część powie, że jest im przykro, bo pociecha nie posłuchała i jeśli się to jeszcze raz powtórzy wyciągną konsekwencje (zakładam, że sama najlepiej wiesz, jakie one powinny być). Poinformuj dziecko, co to będzie.
  • Część też od razu dziecko ukarze.
  • Jeszcze inni wzniosą oczy do góry i zignorują takie zachowanie.
  • Są i tacy, którzy zapytają dziecko, dlaczego zjadło tego cukierka? Pewnie miało swoje powody, warto wysłuchać.
  • Znajdą się i tacy, którzy za każdym razem wybiorą inna opcję reagowania na tę samą sytuację.
  • Albo zareagują zupełnie inaczej niż w opisanych przykładach.

Zainteresował cię ten temat? Zapisz się na newsletter i nie przegap kolejnego wpisu »

Ten wpis, to obiecana w poprzednim – zerknij na Postawy rodzicielskie. Te negatywne i budzące agresję – kolejna część opowieści o postawach rodzicielskich. Zanim przejdę do tych pozytywnych, chciałabym jeszcze napisać o jednej negatywnej.

Nie miałam zamiaru o niej pisać, ale ilość maili i ogromny odzew po pierwszej części sprawiły, że dopisuje i tę postawę. Okazuje się, że ona jest taka bardzo współczesna. I bardzo niepokojąca.

Stwarzanie pozorów kontaktów

Szkodzisz: Cały dzień siedzisz przed telewizorem, zajmij się czymś.
Pomagasz: Wystarczy już tego oglądania, ubieraj buty idziemy do parku pojeździć na rowerach.

Niby wspólnie spędzacie czas. Jednak zawsze myślami jesteś gdzieś daleko (praca, wirtualna rzeczywistość itd.). Przebywanie w jednym domu (czy nawet pokoju), nie oznacza jeszcze dobrych kontaktów. Karanie, nagradzanie i krzyczenie „z przyzwyczajenia”, również nie wnoszą w życie dziecka żadnych wartości, ani nie budują więzi.

Wyznacznikiem budowania dobrych kontaktów jest umiejętność słuchania, rozmawiania na trudne tematy i okazywanie czułości każdego dnia. Nie tylko w wyjątkowych chwilach.

Pozytywne postawy rodzicielskie

Oprócz postaw negatywnych są też oczywiście te pozytywne, które z punktu widzenia rozwoju malucha, dają najwięcej korzyści.

1. Swoboda działania

Polega przede wszystkim na dawaniu dziecku swobody działania, myślenia, zadawania pytań. Kiedy malec wie, że rodzic nie unika konfrontacji, a świat jest miejscem, którego poznawanie przynosi wiele radości, chętnie i często będzie to robić. Czasem zdarza mi się słyszeć, że to przecież nic innego, jak pyskowanie.

Momentami faktycznie może tak wyglądać, ale nie jest to pyskowanie. Jeśli nie zakładasz, że dziecko ma się z tobą zawsze zgadzać, chętnie wykonywać prośby czy polecenia, to odmowy nie uznasz za niegrzeczność.

Chcesz porozmawiać z pedagogiem on-line? Kliknij po więcej informacji»

A przecież nigdzie nie jest powiedziane, że dziecko ma wykonywać polecenia zawsze i wszędzie. To wolny człowiek, w wolnym kraju. Taki jak ja i ty. Może trochę mniejszy i na pewno mniej doświadczony, ale nie jest to robot, ani tym bardziej niewolnik. Często właśnie to, że dziecko mówi: za chwilę, później, nie chcę, uznawane jest za pyskowanie, brak współpracy czy tę słynną niegrzeczność.

Trochę mi zajęło uświadomienie sobie, że ten opór, własne zdanie, częste nie!, są w gruncie rzeczy bardzo dobrym sygnałem. Nie chcę mieć dziecka, które zawsze mówi tak. Jasne, to jest męczące, ale wciąż nie chcę. Wolę, żeby myślało po swojemu. I żeby potrafiło głośno swoje myśli wyrażać. Nawet jeśli czasem nie jest to po mojej myśli, po myśli nauczyciela, czy (szczególnie) po myśli obcego człowieka.

Poza czy nie poza?

Swoboda nie oznacza tzw. bezstresowego wychowania (czymkolwiek ono jest) ani pozwalania na wszystko. To raczej zachęta do badania świata pod czujnym okiem rodzica, który w razie zagrożenia – zainterweniuje.

Dawania swobody trzeba się nauczyć. To, wbrew pozorom i gładkim cytatom z kolorowych pisemek, bardzo trudna sztuka. Najczęściej – choć ostatnimi laty trochę się to zmienia – przyzwyczajone jesteśmy do chuchania i dmuchania na pociechę. Albo odwrotnie – przeginamy z wyluzowaniem.

Dużo ostatnio obserwuję mamy „pozujące” na wyluzowane. Karmią wyłącznie parówkami, chowają w brudzie i ogólnie za bardzo się nie przejmują. Dlaczego uważam, że to raczej pewna poza, niż prawdziwe podejście? Jeśli zależy ci na dziecku, to się przejmujesz. I to zupełnie normalne. Optymistycznie zakładam, że każdej mamie (nie mówię o patologii czy np. depresji) zależy na własnym dziecku.

Wtedy trudno się nie przejmować. Zwłaszcza, kIedy jesteśmy bombardowane przez media tragicznymi doniesieniami. Łatwo popaść w paranoję i produkować w głowie niepotrzebne lęki. Dawanie swobody nie oznacza całkowitego braku jakiejkolwiek rodzicielskiej kontroli (wiem, to brzydkie słowo, chodzi bardziej o dbanie o bezpieczeństwo i zdrowie dziecka).

Z kolei nadmierne przejmowanie się, może przejść w jedną z negatywnych postaw, czyli nadopiekuńczość (pisałam o niej w tych negatywnych).

W kontekście mówienia o dawaniu swobody, przypomniał mi się przypadek sześcioletniego Tomka i jego mamy. Za jej zgodą (i Tomka, choć poprosił o zmianę imienia we wpisie) mogę przytoczyć ich przykład.

To mama, która cała poświęciła się macierzyństwu. Wszystko dziecku podawała na tacy: jedzenie, ubranie, uwagę. Do tego stopnia, że miłością i troską osaczyła Tomka. W całości. Do granic możliwości. Nie było mowy o swobodzie w żadnym działaniu.

Do tego stopnia, że nie miał szansy zastanowić się nawet, czy jest mu dobrze lub dlaczego jest zdenerwowany. A był zdenerwowany coraz częściej. Wybuchy agresji kierował wprost na mamę. A mamie było coraz bardziej przykro, bo nie rozumiała, jak syn za tyle okazanego serca, może odwdzięczać się agresją.

I z tą właśnie agresją się do mnie zgłosili na konsultację. Nie z brakiem swobody i nie z nadopiekuńczością. Bo czasem właśnie z wielkiej miłości, troska i zaangażowanie zamieniają się w coś niedobrego. I tak bywa. Macierzyństwo to nie jest apteka, gdzie wszystko da się dokładnie zważyć i zmierzyć. Czasem trzeba wyważyć na oko.

Gdzieś po środku

Nie możesz ubrać dziś spódniczki, bo jest straszny mróz. Możesz natomiast wybrać, czy założysz zielone czy te różowe spodnie. Ale pod nie możesz wybrać twoje ulubione rajtuzy.

Nawet jeśli rozmawiamy o wyborze zamkniętym (wiem, często jest krytykowany, ja jednak w przypadku najmłodszych dzieci wciąż uważam, że to dobra metoda ucząca samodzielności i dająca swobodę wyboru – zerknij na wpis Cała prawda o dwulatku), to wciąż uszanowanie pewnej swobody działania.

Tak, ta swoboda musi mieć swoje granice. To znaczy nie musi (jeśli ci tak wygodnie), ale powinna. Dla bezpieczeństwa, zdrowia, stabilizacji emocjonalnej. Także czasem dla wygody dorosłego. Żeby nie zwariować. Dla mnie podążanie za swobodą dziecka nie oznacza godzę się na wszystko, ani nie chce spać to niech nie śpi całą noc, ani jak uroczo przeklina.

2. Prawa dziecka

Uznanie praw dziecka to kluczowa sprawa w dobrych kontaktach rodzicielskich. Mało kto zastanawia się nad tym, jakie dzieci mają konkretnie prawa. Nie ma też sensu przybijać na ścianie karty praw dziecka i przy każdej wymianie zdań, opierać się na tym rozporządzeniu.

Raczej chodzi mi o poszanowanie jego godności jako człowieka. Z jednej strony otwiera to umysł malucha na zastanawianie się nad wartościami w życiu. Z drugiej, daje poczucie bezpieczeństwa. Brzmi banalnie, wiem, ale przełożone na praktykę rodzicielską wcale banałem nie jest.

Szukanie kompromisów i prowadzenie partnerskich rozmów przynosi zaskakujące rezultaty jeśli chodzi o budowanie poczucia świadomości i własnej wartości dziecka. Tak, znowu wracamy do pyskowania, czy może bardziej dyskutowania, uznawanego przez niektórych za pyskowanie.

Wyzwania zamiast nakazów

Szacunek i tym samym budowanie poczucia bezpieczeństwa, to przede wszystkim gesty i komunikacja werbalna. To co mówisz, ma ogromne znaczenie. Nie podając wszystkiego pod nos, ani gotowych odpowiedzi na pytania, okazujesz szacunek. Dla sprytu, intelektu dziecka. Pokazujesz, że w nie wierzysz. I zachęcasz do odważnych działań.

Czy to jest trudne do osiągnięcia? Taka postawa? I tak, i nie. Wygodniej jest po prostu szybko odpowiedzieć albo coś kazać i już. Trudniej wymyślić wyzwanie, zadanie, zagadkę. I zachęcić do poszukiwania odpowiedzi. Ale nie jest to niemożliwe. Wystarczy poćwiczyć na codziennych sytuacjach np.:

Rozumiem, że nie chcesz być zmuszany do jedzenia szpinaku, bo ci nie smakuje. Przed kolacją proponuję pobuszować w książkach i sprawdzić, czym smacznym można go zastąpić.

Dzieci, które czują twoją wiarę w ich siły, nie boją się zadawania pytań i szukania odpowiedzi różnymi, niekoniecznie najprostszymi drogami (zobacz wpis Naucz dziecko myśleć poza schematami).

Ukryte komunikaty

Czasem zupełnie nieświadomi podkopujemy w dzieciach prawo do poczucia bezpieczeństwa. Nie dajemy też prawa do emocji czy popełniania błędów. W codziennych rozmowach słychać to najczęściej.

Wraz z grupą zaprzyjaźnionych mam, przygotowałam kilka przykładowych wyrażeń, zwrotów, wypowiedzi, które dzieci słyszą bardzo często. To wypowiedzi z ukrytymi komunikatami. Większość z nich, pod przykrywką troski, opieki, obawy, kryje hasła: Nie wierzę w ciebie. Jesteś do niczego.

Czy ty zawsze musisz się wiercić przy obiedzie?
(Mówiąc zawsze, dajesz sygnał, że nigdy nie będzie inaczej. Po co dziecko ma się starać, skoro nie wierzysz, że może być inaczej?)

Jeszcze raz się tak do mnie odezwiesz, to zobaczysz.
Tylko spróbuj przykleić tę gumę do krzesła, a zobaczysz co się stanie.
(Grozisz, zwyczajnie grozisz.)

Zobacz, Kamil już dawno zjadł, a ty jak zawsze na końcu.
(Zawsze to zawsze. Skoro mama tak mówi, to pewnie tak musi być. Nigdy nie będę taki szybki jak Kamil.)

Nie wierzę, że to posprzątałeś. Co się stało, że posprzątałeś zabawki?
(Takie – być może nawet i szczere – zdziwienie zamiast pochwały jest ukrytą informacja o tym, że nie wierzysz w dobre chęci i ogólnie pozytywną postawę dziecka.)

Czy choć raz możesz posprzątać pokój wtedy kiedy cię o to proszę?
(Założenie ukrytego komunikatu w tym wypadku brzmi: zrób to natychmiast, nigdy mnie nie słuchasz. Skoro dziecko dostaje sygnał, że nigdy nie słucha, to nie ma szansy, że zaczenie to, samo z siebie, nagle robić).

Takich komunikatów jest o wiele więcej. Nie mają wiele wspólnego z okazywaniem dziecku szacunku.

Jak wesprzeć?

Najlepsze co można zrobić żeby przejść z tej negatywnej do pozytywnej postawy rodzicielskiej, jest zmiana sposobu mówienia. Zapomnij o słowie „nie” w prośbach i rozmowach. Nie rób tego, dla mózgu oznacza Rób to. Nie z przekory. Po prostu ludzki mózg tak funkcjonuje, że słowo nie, jest w jakiś sposób pomijane (ignorowane) w komunikacie. Nie wierzysz, to nie myśl w tej chwili o niebieskim słoniu.

Proś, dziękuj i przepraszaj, nie tylko kiedy wypada, ale zawsze. Przepraszanie dziecka to jedna z bardzo pozytywnych postaw rodzicielskich. I bardzo unikana przez wielu rodziców. Jakoś tak dorośli zawsze znajdą sobie racjonalny powód Żeby tego nie robić. Choć sami – wiadomo – od dzieci wymagamy magicznych słów, na każdym kroku.

I am sorry

Przeprosiny to nic innego, jak okazanie szacunku. W takiej bardzo mądrej (rodzicielsko) formie. Nie o to chodzi, żeby przepraszać zawsze i za wszystko. Ale jeśli popełniłaś błąd, to przepraszaj. Wiem, że łatwiej powiedzieć niż zrobić. Przetestowałam na własnej skórze.

Umówiłam się kiedyś z Karoliną, że nie będą na nią krzyczeć. Obiecałam, że się postaram tego nie robić. I staram się bardzo. Kiedy mi się zdarzy (wiadomo, matka nie cyborg), Karolina od razu przypomina mi, że mamy taką umowę.

Nikt mnie do tej umowy nie zmuszał, sama obiecałam. Więc kiedy zdarzy mi się powrzeszczeć, to przepraszam. Jasne, zawsze mam (swój dorosły) powód do krzyku. Ale mimo wszystko, umowa to umowa. Za nerwy, rodzicielską pogadankę, wyciąganie konsekwencji itd. nie przepraszam, ale jeśli krzyczę, to tak. Bo krzyk na dziecko uważam za oznakę słabości. Takiej negatywnej niemocy i braku argumentów. Potrafię sobie wytłumaczyć, dlaczego to się zdarza, ale to wciąż skucha. Dlatego przepraszam.

3. Akceptacja

Kolejna bardzo pozytywna postawa związana jest z akceptacją rozwijającej się osobowości dziecka. Tutaj rodzice muszą nastawić się na ciągły progres i nadążanie za uwarunkowaniami osobowościowymi pociechy, która zaskakująco szybko może przestać być niewinnym maleństwem i zamienić się w dociekliwego badacza rzeczywistości.

Taki badacz ma prawo do popełniania własnych błędów i przekraczania granic, nawet łamania reguł. Musi też wiedzieć, że oprócz konsekwencji postępowania, zawsze odczuje bliskość rodziców, którzy stoją murem za własnym dzieckiem i gotowi są wspierać jego rozwój i ciekawość świata.

Akceptacja nie sprowadza się jedynie do sytuacji rodzic–dziecko. To także akceptowanie siebie. Swojej odmienności, czasem wyjątkowości. Bardzo dużo pisałam o tym przy okazji pewnej recenzji Akceptujesz swoje dziecko takie jakim jest? To zdecydowanie za mało. I co teraz?

Dodaję jeszcze dwa słowa na kanale You Tube TylkoDlaMam.pl (subskrybuj, a nie przegapisz żadnej nowości), gdzie znajdziesz filmy z nagrań podcastów, w których podrzucam porady wychowawcze na tematy, o których najcześciej do mnie piszecie. Temat akceptacji pojawia się w naprawdę wielu pytaniach.

4. Współdziałanie

Ostatnia postawa poniekąd związana jest z poprzednią, a konkretnie chodzi o współdziałanie z dzieckiem. Malec zadający pytania nie robi tego po to, by rodziców denerwować, ale po to, by poznać świat.

Rozumiem, że chciałeś sprawdzić, czy szczypanie za ogon, zaboli kota. Na przyszłość pamiętaj, że zwierzęta, dokładnie tak samo jak ludzie odczuwają ból. Skoro ty nie lubisz być szczypany, bo to boli, kot też może tego nie lubić. Dlatego właśnie cię podrapał, bo chciał się obronić.

Współdziałanie można zatem rozumieć, jako podążanie za jego ciekawością i pomoc w odkrywaniu tajemnic świata. Nie tylko poprzez rozmowę, ale też propozycje zabaw empirycznych, eksperymentalnych, pokazywania nowości.

Kiedy jednak dziecko nie jest gotowe na pewne wyzwania, nie należy na siłę go do nich zmuszać, bo efekt będzie niestety odwrotny od zamierzonego. Partnerzy nie zmuszają się do niczego, a w trudnych chwilach współpracują bez narzucania własnej woli jednej ze stron np:

Jak myślisz, dlaczego ślimak nosi swój domek na grzbiecie? Czy to wygodne rozwiązanie? A może spróbujemy iść tak wolno jak ślimak? Nie jestem pewna, jak dobrze widzi ślimak, możemy to wspólnie sprawdzić w atlasie po powrocie do domu.

Ambicje do kieszeni

To współdziałanie, w dużym stopniu odnosi się do panowania nad rodzicielskimi, niespełnionymi ambicjami i marzeniami. Wyścig szczurów, o którym do znudzenia czytamy i rozmawiamy. On się dzieje i to jest przykre.

Przykro też robi się rodzicowi, który proponuje swojemu dziecku dodatkowe, ciekawe (jego zdaniem) zajęcia, a pociecha nie chce z nich korzystać. Woli zostać w domu. Wtedy zaczyna się namawianie lub pretensje, bo przecież ja tyle dla ciebie robię, a ty nic wdzięczności w sobie nie masz.

Współdziałanie to także czytanie pewnych sygnałów, które dzieci nieustannie wysyłają. Pewnie, że byłoby łatwiej, gdyby po prostu powiedziały, o co im chodzi. Czasem mówią i też nie słyszymy. A czasem nie mówią, bo nie potrafią tego zrobić. Ale potrafią pokazać na najróżniejsze sposoby: płacz, krzyk, nerwy. I twoje, i dziecka.

Jak wesprzeć?

To co mogę doradzić, to obserwacja. Czujna, rodzicielska obserwacja potrzeb. Każdy wiek, ma swoje potrzeby. Swoje lepsze i gorsze strony. Na tym polega dzieciństwo. To prawdziwe, a nie to pokazywane w serialach. Znając potrzeby rozwojowe i możliwości dziecka w każdym roku rozwoju, dajesz jemu i sobie, szansę na współdziałanie.

Wtedy, widząc konkretne zachowania, wiesz i rozumiesz, dlaczego czasem płacze i się śmieje jednocześnie, dlaczego ma kłopoty z zasypianiem, fazę na niejedzenie, fazę na tajemnice z przyjaciółmi, fazę na przeklinanie i fazę na niechęć do zajęć dodatkowych.

Pozorna nuda

Współdziałanie to też danie szansy na to, żeby dziecko się zwyczajnie ponudziło. Potrafi to robić na wiele twórczych sposobów, tylko musi mieć chwilę dla siebie. Między zajęciami dodatkowymi, a odrabianiem lekcji czy nieodpartą chęcią grania godzinami na tablecie.

Nuda przegrywa z wieloma atrakcjami (tv, komputer, zakupy, zajęcia dodatkowe), bo ma bardzo zły PR. Osobiście jestem wielką fanką nudy. Ona jest jedną z nielicznych metod, dzięki którym masz szansę na wcielanie w życie podążania za dzieckiem.

Jeśli szukasz sensownych poradników o tym, jak wspierać u siebie pozytywne postawy rodzicielskie, to zerknij na moją podręczną biblioteczkę:

Oczywiście to tylko niektóre pozytywne postawy rodzicielskie. Daj proszę znać, czy odnalazłaś w nich waszą codzienność.

Zdjęcia: Designed by Teksomolika – Freepik.comDesigned by Pressfoto – Freepik.com

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i moją codzienność.

Te wpisy również mogą cię zainteresować:

Shares
Share This