Nie chcę odrabiać lekcji!

Nie chcę odrabiać lekcji!

Nie chcę odrabiać zadania! Uczniowie często powtarzają to zdanie i świetnie roumiem ich niechęć. O zadaniach domowych już wiele razy rozmawiałyśmy na blogu Tylko dla Mam. 

Tym razem spróbuję podpowiedzieć, co zrobić w sytuacji kiedy dziecko stanowczo buntuje się przeciwko odrabianiu zadań. Nie przepadam za ich zadawaniem, jednak rozumiem, że jeśli już są, rodzicom zalezy na tym, żeby zostały odrobione. Zauważ, jak to brzmi… rodzicom zależy. Najczęściej własnie do tego się sytuacja sprowadza. Do nacisków ze strony rodziców.

Obowiązki ucznia

Zostawiam też wszystkie artykuły związane z zadaniami domowymi, w których wyjasniam, skąd ta niecheć dzieci i dlaczego warto ją zrozumieć.

Wolę oglądać bajkę niż odrabiać zadanie domowe!

Wspólny czas przeznaczony tylko na zadanie domowe będzie wam bardzo potrzebny. Przynajmniej na początku. To znaczy, że dziecko odrabia lekcje, a ty czuwasz i patrzysz. Tłumaczysz i się angażujesz w razie potrzeby (bez przesady, nie w każdej sekundzie). Jeśli dziecko w trakcie odrabiania lekcji nie ogląda bajek, to ty też tego nie rób. Telefon na bok, słuchawki na bok, gotowanie na bok. Szybciej wam pójdzie, jak się nad zadaniem porządnie skupicie. Szybciej będzie z głowy.

Jeśli dziecko zaraz po szkole ma ochotę obejrzeć bajkę lub pobawić się na podwórku (mamy ustalone, że nie za długo), to super. Musi mieć ten czas, żeby odciążyć głowę od szkolnych wymagań i przede wszystkim hałasu, który dla zwykłego człowieka jest nie do zniesienia. A dzieci (i nauczyciele) znoszą go każdego dnia.

Zajęcia dodatkowe

Skoro już jesteśmy przy tym co dziecko woli, co musi, a z czego powinno zrezygnować, to może też się zdarzyć tak, że trzeba będzie zrezygnować z dodatkowych zajęć. Sama szkoła jest naprawdę sporym obciążeniem. Jeśli po szkole ma za dużo (nawet przyjemnych) zajęć tzw. dodatkowych, zorganizowanych, to może się okazać, że brakuje czasu na zadanie domowe. I na odpoczynek (zajęcia dodatkowe nie są odpoczynkiem).

Świadome rodzicielstwo polega też na zapewnieniu dziecku wystarczającej ilości czasu na odpoczynek i zadanie domowe. To twoja decyzja, czy ważniejsze jest dla ciebie wypoczęte dziecko z odrobionym zadaniem domowym, czy przemęczone dziecko z zadaniem odrobionym na kolanie, ale zaliczonymi dodatkowymi zajęciami z baletu czy plastyki.

Rozumiem, że to trudne decyzje, bo taki talent się marnuje na rzecz głupich zadań domowych. Serio, rozumiem doskonale. Jednak doba ma tyle godzin ile ma. Nie rozciągniesz jej. Możesz, co najwyżej, bardziej obłożyć grafik dziecka. Tylko jakim kosztem?

Jeśli rezygnacja z czegokolwiek przychodzi ci z bólem, to może pocieszeniem będzie, że to tylko na jakiś czas. Uczeń, prędzej czy później, wpadnie w rytm szkolny i nauczy się radzić sobie z zadaniami. Sam ci powie (i zresztą zauważysz), że jest gotowy na coś więcej.

Mam powód więc nie odrobię!

Upór pokonaj zrozumieniem. Jeśli twój szkolniak nie wykazuje żadnej chęci współpracy związanej z odrabianiem zadań domowych, masz kilka możliwości działania do wyboru.

Zapytaj, dlaczego dziecko nie chce odrabiać zadania. Wiem, że ciśnie się na usta: Ja też nie chcę, ale musisz! Ważne, żebyś usłyszała i pokazała, że interesujesz się tą informacją. Często jest to ze zmęczenia, z głodu, ze złego samopoczucia albo (uwaga, ja tak miałam!), bo wkurzające jest kiedy siedzisz i gapisz się przez ramię, czy ładnie pisze. Znając argumenty dziecka możesz o nich porozmawiać, a nie po prostu wydawać rozkazy.

Pozwól się nudzić

Może chodzi o to, że dziecko ma ochotę najpierw się chwilę pobawić, ponudzić. Ustal wtedy, ile możesz mu dać na to czasu. Najlepiej tyle, ile zechce (potrzebuje), ale wiem przecież, że nie zawsze się tak da. Ustalcie tyle, żeby obie strony czuły, że to jest w porządku, a zadanie domowe zostało odrobione.

Z tym gapieniem się przez ramię też trzeba uważać. Nie ma nic bardziej irytującego niż ktoś sapiący nad uchem i komentujący robotę. Dziecko odczuwa to dokładnie tak samo jak dorosły. Pozwól na odrobinę samodzielności i na popełnienie kilku błędów (które wydłużą czas odrabiania zadania, niestety). Inaczej maluch nie nauczy się kontrolowania tego co robi, bo będzie wiedział, że ty mu zawsze powiesz, jak napisać dobrze.

To zadanie domowe nie ma sensu!

Na takie stanowcze „nie”, możesz zareagować tłumaczeniem, dlaczego dziecko powinno odrabiać zadanie domowe. Kilka pozytywów wyłuszczyłam na początku wpisu. Wiem, że dla dorosłego to upierdliwe i męczące. Kolejny, często bezsensowny obowiązek. Ale jest jak jest i chcąc mieć współpracujące dziecko, to raczej zachowaj swoje dorosłe zdanie na temat zadań domowych dla siebie i innych dorosłych.

Jeśli dziecko kilka razy usłyszało do ciebie, że te zadania to męka, bezsens i ten system szkolny powinno się wysadzić w powietrze, to bądź pewna, że nie będzie miało ochoty ich odrabiać. I będzie się czuło usprawiedliwione.

Porozmawiaj z dzieckiem na spokojnie i wyjaśnij, że nie uczy się dla ocen, dla szkoły, dla uśmiechu pani ani dla ciebie. Tylko dla siebie. Robienie zadań domowych jest nudne i najczęściej męczące, ale opłaci się, bo dzięki temu, dziecko będzie więcej umiało i rozumiało.

Jeśli kusi cię dłuższa przemowa w stylu: Wykształcony człowiek znajdzie lepszą pracę, daruj sobie. To nie jest przemowa do kilkulatka, ale już do licealisty – jak najbardziej. Pomijam fakt, że licealista (nastolatek) jest odporny na tego rodzaju argumenty. Na wszelkie twoje mądrości jest odporny.

Każdy ma obowiązki

Użyj argumentu o tym, że duże dzieci mają nowe obowiązki. Jednym z nich jest odrabianie zadań domowych. Uświadom, że dorośli też mają swoje obowiązki, które mniej lub bardziej lubią.

Pokaż dziecku, że zadanie domowe może być przyjemnością. Choćby dlatego, że z dnia na dzień widać, jakie robi postępy w nauce. Pokazuj te postępy np. wracając do kartek z ćwiczeniami w kaligrafii, gdzie jeszcze miesiąc temu były same krzywe kulfony, a dzisiaj już widać jakie równe litery stawia.

Olewam zadanie domowe!

Jeśli przerobisz z dzieckiem te wszystkie rozmowy, a ono nadal konsekwentnie będzie stawiało opór, to po prostu pozwól nie odrobić zadania. Raz i drugi pozwól pójść do szkoły bez zadania domowego. Od tego świat się nie zawali. Taki rodzicielski eksperyment (wiem, że nie każdemu się spodoba, ale dla mnie – szkoła to miejsce, gdzie powinno się eksperymentować).

Decydując się na tę strategię, pamiętaj, że to świadoma decyzja dziecka, którą postanowiłaś zaakceptować. Więc daruj sobie foch i zastraszanie: Jeśli tak, to nie ma sprawy. Idź z niedorobionym zadaniem i zobaczysz, co się stanie! Akceptacja polega na porozmawianiu o tej decyzji, wysłuchaniu argumentów ucznia i jeśli są sensowne, to w porządku. Jeśli są bezsensowne (np. nie chce mi się) to też w porządku. Zadbaj tylko o to żeby dziecko miało świadomość, że to ważna, dorosła decyzja. Zapytaj, co jego zdaniem stanie się, jeśli przestanie odrabiać zadanie domowe.

Brak zadania

Jak taka sytuacja może się potoczyć? Jeśli nauczycielowi faktycznie nie zależy na sprawdzaniu tych zadań i zadaje żeby zadawać, to sama nie widzę sensu ślęczenia nad nimi. Też bym nie robiła. Wiem, że dziecko uczy się dla siebie, ale choćby szacunek dla pracy drugiego człowieka, nakazuje sprawdzenie tego zadania.

Bardziej prawdopodobne jednak będzie przyniesienie jakiejś uwagi lub upomnienia za brak zadania. Jeśli są to sensowne zadania domowe, to dziecko szybko się zorientuje, że ich brak utrudnia funkcjonowanie na lekcji np. nie ma odpowiedniej wiedzy, nie ma materiałów potrzebnych do zajęć itd. Wtedy pewnie dojdzie do wniosku, że mimo wszystko, opłaca się odrobić zadanie domowe.

Jeśli bardzo cię męczy ta decyzja dziecka o nieprzygotowaniu, możesz wyjaśnić (na boku) nauczycielowi, dlaczego pozwoliłaś dziecku przyjść bez zadania i że to taka forma eksperymentu. Poproś przy okazji, żeby traktował dziecko normalnie, jak każdego innego nieprzygotowanego ucznia. Zdarza się czasem, że nauczyciel bardzo wczuwa się w ten eksperyment i nadmiernie gani za brak zadania domowego. A nie o to chodzi żeby kopać leżącego, tylko żeby dziecko poczuło, jak to jest ponosić odpowiedzialność za swoje decyzje.

Kiedy po takim eksperymencie dziecko postanowi jednak odrobić zadanie domowe, to się po prostu uciesz. Bez zbędnych komentarzy, bez a nie mówiłam, bez masz nauczkę. Częścią dzieciństwa i dorastania jest podejmowanie samodzielnych decyzji i odważne uczestniczenie w życiu społecznym. Masz bardzo odważne dziecko, jeśli zdecydowało się sprawdzić co się stanie jeśli… Uszanuj to, doceń i pozwól tak działać również w przyszłości.

Odrobisz za mnie?

Kiedyś tak bardzo oburzałam się na samą myśl o odrabianiu lekcji za dziecko. Gdy widzę, ile dziś dzieci mają zadane, to naprawdę walczę ze sobą żeby nie usiąść i nie odrobić wszystkiego sama. Wiem, że jest to niepedagogiczne i przede wszystkim, jest to bez sensu. Jednak, nie jestem już pierwsza na linii frontu do krzyczenia: Nigdy w życiu!

Powiem ci dlaczego. Mam siostrzeńca, który kiedyś w gimnazjum miał zadane zrobienie na szydełku czegoś prostego. Zośki, czy szalika. Nie pamiętam już, to nie jest najważniejsze. Ważne jest, że pani zadała im to na ocenę i zaliczenie przedmiotu.

Lekcja szydełkowania

Pomijam stracony czas na zastanawianie się, po co gimnazjaliście (w dzisiejszych czasach) umiejętność robienia czegokolwiek na szydełku? Pamiętam, że jako dziecko miałam ZPT (zajęcia praktyczne-techniczne) i tam takie cuda roboliśmy. To było w młodszych klasach, kiedy jeszcze dzieci uczyły się pisać i każde ćwiczenie dla rąk miło sens. W fińskich szkołach do dzisiaj robią karmniki na takich fajnych zajęciach, bo to rozwija umiejętność planowania i działania według instrukcji. Ale szydełkowanie w gimnazjum?

Siostrzeniec zrobił kilka wersji Zośki, która za każdym razem nie podobała się nauczycielce. Za każdym razem nie dostawał zaliczenia. W końcu babcia nie wytrzymała i zrobiła za niego tę głupią Zośkę. I to jest ten przypadek, kiedy z ręką na sercu usprawiedliwiam odrabianie pracy domowej za dziecko. A co jest najciekawsze w tej historii? Babcia też oblała. Jedne Zośki były – zdaniem nauczycielki – za ładne, inne za brzydkie. Ale zadanie domowe było i to na wiele tygodni.

Bywają zatem przypadki, w których jestem w stanie zrozumieć pomoc rodzica, polegającą na zrobieniu czegoś za dziecko. Ale nie ulega wątpliwości, że sensowniej i wygodniej jest nauczyć pociechę samodzielnego radzenia sobie z zadaniami.

Ma to też ogromny związek ze sposobem postrzegania siebie (poczucie wartości) przez ucznia. Dziecko wiecznie wyręczane w swoich obowiązkach, nigdy nie zacznie o sobie pozytywnie myśleć i wierzyć we własne możliwości. Im dalej w las, tym będzie trudniej. Dotyczy to samego odrabiania (co z tego, że nie będzie to najpiękniej wyklejona choinka na świecie), jak i planowania. To może nawet i ważniejsze.

Plan na zadanie domowe

  • Planowanie działań związanych z zadaniem domowym, bynajmniej nie sprowadza się jedynie do odrobienia. Sama dobrze wiesz, że to także obiad o odpowiedniej godzinie, wciśnięcie w grafik odpoczynku po szkole i wreszcie lekcje.
  • Naucz dziecko zaczynać od najtrudniejszych, a kończyć najłatwiejszymi zadaniami. Na początku oczywiście będziesz musiała pomóc w tym wyborze, ale po jakimś czasie, oboje będziecie wiedzieli, do czego zabierać się w pierwszej kolejności.
  • Dla niektórych będzie to matma, dla innych wypracowanie. Jedyne co mogę doradzić, to zostawianie zadań mechanicznych (np. kaligrafia, szlaczki itd.) i artystycznych (praca plastyczna) na sam koniec. Na pierwszy ogień bierzcie najtrudniejsze, które będą od dziecka wymagały świeżości umysłu (o ile można o tym mówić po kilku godzinach w szkole).
  • Nie zostawiajcie zadań na rano, bo rano to tylko bieganina i stres. To samo dotyczy pakowania plecaka i szykowani rzeczy potrzebnych do szkoły na kolejny dzień. To jest też część zadania domowego, bo przecież bez tego wszystkiego, nie da się sprawnie funkcjonować w szkole.
  • Jeśli chodzi o sprawdziany i większe powtórki, opowiedziałam o tym sporo we wpisie Jak pomóc dziecku przygotować się do sprawdzianu bez ględzenia i prawienia morałów?
  • Szanuj ten zaplanowany czas ucznia i nie odrywaj dziecka od odrabiania. Zwłaszcza jeśli jesteście już na etapie, że ty wychodzisz z pokoju, bo dziecko samo odrabia. Wiem, że to świetne uczucie, bo masz już wolne i możesz robić co chcesz. Dziecko nie ma i pewnie ci zazdrości. Doceń ten samodzielny czas nad lekcjami. Uświadom, że wychodzisz, bo ufasz i wierzysz, że sobie poradzi. To powód do dumy.

Samodzielny uczeń

Raz będzie lepiej raz gorzej z tą samodzielnością. Małymi krokami. Buduj ją i nie zaburza np. odrywając pociechę od zadania żeby opowiedzieć dowcip lub pokazać zabawny filmik na Fejsie. Na to będzie czas wieczorem.

Jednak w tym całym planowaniu, weź pod uwagę też krótkie przerwy, których potrzebują, zwłaszcza młodsi, uczniowie. Oni nie potrafią zbyt długo usiedzieć przy lekcjach. Dlatego z nimi lekcje odrabia się zazwyczaj dłużej. Kombinuj, jak zaspokoić ich potrzebę ruchu podczas odrabiania zadania domowego.

Wiadomo, że przy pisaniu trzeba siedzieć przy biurku. Ale jeśli jest jakaś praca plastyczna, to nie widzę problemu żeby ją wykonywać na podłodze albo nawet zabrać farby, plastelinę czy inne gadżety do parku, na plac zabaw, przed dom i tam coś stworzyć.

To samo zresztą dotyczy uczenia się najróżniejszych rzeczy na pamięć.  Takie zadania najlepiej ćwiczyć w ruchu i przez skojarzenia. Rycie na pamięć to jedna z najgorszych męczarni dla uczniów.

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i moją codzienność.
Czy wtrącać się w kłótnie dzieci?

Czy wtrącać się w kłótnie dzieci?

Ten temat, jak wiele na blogu Tylko dla Mam, zainspirowany jest konsultacją, którą wczoraj prowadziłam z mamą pięcioletniego Jasia. Czy wtrącać się w kłótnie między dziećmi? 

Nie mówię tylko o rodzeństwie, może nawet bardziej mówię o sytuacjach między obcymi dziećmi: na placu zabaw, w szkole, w przedszkolu itd. Nie mówię też żeby wtrącać się ZAWSZE i za każdym razem, ale o wkraczaniu od czasu do czasu, kiedy sytuacja tego wymaga. 

No dobra, ale kiedy się wtrącać?

Wiem, najtrudniej odpowiedzieć na pytanie: Kiedy właściwie sytuacja tego wymaga? Wiele poradników mówi o tym, żeby wcale się nie wtrącać albo dopiero jak leje się krew. 

Nie do końca się z tym zgadzam, bo wychowanie nie polega na skrajnościach (wtrącać się zawsze lub nie wtrącać się nigdy). A gdzie racjonalne podejście do sprawy i logika? Czasem trzeba się wtrącić, a czasem odpuścić. Jak w życiu, każda sytuacja jest inna. Nie da się postępować według jednego schematu. 

Nie ma oczywiście jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, ale są sygnały, które rodzice mogą odczytać. One włączają czerwoną lampkę i warto umieć je odcyfrować, zdając się w dużej mierze na zdrowy rozsądek, obserwację i rodzicielską intuicję. 

Intuicja rodzica

I tu chyba właśnie pies jest pogrzebany. Jesteśmy (od przedszkola) nauczeni, że trzeba słuchać tzw. autorytetów, nie zasięgając drugiej opinii. A już z pewnością nie zdając się na własny osąd, bo przecież oni się znają, a ja nie.

W wielu przypadkach oczywiście specjaliści się znają i pomagają, ale dla mnie druga opinia (lekarza, księdza, psychologa, nauczyciela itd.) to podstawa. Zwłaszcza kiedy czuję, że pierwsza opinia, nie do końca jest tym, co ja widzę na co dzień i z czym się zgadzam. Nie zakładam, że specjalista nie ma racji. Zakładam, że zbadam sprawę budzącą moje mieszane odczucia, u drugiego źródła. 

I na tym nie koniec. Do opinii autorytetu np. autora książki, nauczyciela, dochodzi coś, czego żaden specjalista nie ma – znajomość siebie, swojej rodziny i własnego dziecka. I tu rodzic jest największym ekspertem, musi tylko w to uwierzyć. 

Nie mam pewności czy reagować?

Ten brak poczucia, że wiem co robię, najczęściej zamyka się w haśle: Ale przecież wszyscy mówią, żeby nie reagować, nie wtrącać się w relacje między dziećmi. Kołacze się to gdzieś w tyle głowy współczesnego rodzica i odbiera pewność siebie.

Wiem, skąd ten pomysł i rozumiem. Współczesne dzieci faktycznie mają bardzo niewiele przestrzeni do samodzielności, choć mam wrażenie, że to się ostatnimi czasy też zmienia. Jednak uczenie samodzielności i dawanie swobody NIE JEST równoznaczne z ignorowaniem lub nie reagowaniem NIGDY. Żadna skrajność nie jest dobra. 

Mocno się nie zgadzam z tym, że ZAWSZE trzeba dzieci zostawić samym sobie, nawet kiedy widać, że jedno z nich kompletnie sobie nie radzi, nie wie co zrobić, jest nieszczęśliwe i o tym mówi.

Jesteśmy rodzicami, mamy wspierać dzieci (co nie oznacza przeżycia za nie życia czy robienia za nie wszystkiego). Jeśli widać jak na dłoni, że potrzebują naszej pomocy lub po prostu o nią proszą, reagujmy. Nie chodzi o reagowanie polegające na rozwiązaniu za dziecko sprawy, ale o nauczenie, co zrobić w danej sytuacji. Żeby wiedziało na przyszłość. 

I to jest odpowiedź na pytanie: Kiedy się wtrącać? Jak widzisz i czujesz, że sytuacja tego wymaga. Czasem reagowanie polega wyłącznie na zdawkowym przypomnieniu: „Pamiętasz, jak ci mówiłam, co w tej sytuacji zrobić? To i to. Spróbuj czy tym razem zadziała”. 

Wstydzę się coś powiedzieć

Podczas wczorajszej konsultacji, mama opisała mi konkretną scenkę, doskonale obrazującą problem niepewności i braku wiary we własne kompetencje rodzicielskie.  

Na placu zabaw bawią się dwaj koledzy. Ośmiolatek i pięciolatek. Coś tam sobie budują z piasku. Ośmiolatek (żeby wkurzyć małego i pokazać, że jest starszy i więcej może) trzyma rękę w miejscu, gdzie właśnie buduje młodszy. 

Typowa sytuacja między starszym a młodszym dzieckiem, kiedy starsze wkurza, bo może, a młodsze wkurza się, bo nie wytrzymuje. 

Zabawie przyglądają się mamy, koleżanki. Młodszy denerwuje się tą ręką więc używa wszystkich znanych mu narzędzi do tego, żeby poinformować o swoim niezadowoleniu. Prosi dziesięć razy żeby tamten zabrał rękę, złości się, namawia, tłumaczy, że to miejsce jest mu potrzebne, odpycha jego rękę, przesuwa, ale to nic nie daje. Ręka wraca na miejsce. 

Starszy nie zabiera ręki, bo wiadomo, że nakręca go irytacja młodszego i możliwość dokuczenia. Nie dlatego, że jest jakimś złym, złośliwym dzieckiem, ale dlatego… że może. Jest starszy i to wykorzystuje. Tak to wygląda w relacjach rówieśniczych. 

Co ważne w tej scenie, młodsze dziecko nie zaczęło bić, kopać, wyzywać. Świadomie wykorzystało znane (nauczone przez rodzica) możliwości zakomunikowania swojego „nie”: Nie podoba mi się. Nie mogę budować. Zabierze rękę, bo mi przeszkadza itd. 

Jasne, że to nic nie dało, bo im częściej maluch prosił, tym większa była satysfakcja starszaka. Ostatecznie, po wielu próbach, zrezygnowany pięciolatek zawołał: „Maaaamo, on nie chce zabrać ręki z mojej budowy”. I co? 

Reagować? Nie reagować? 

To pytanie do siedzących na ławce mam, dobrych koleżanek. A że opisuję prawdziwą sytuację, wiem, co myślały i co czuły, bo w drodze powrotnej do domu w końcu o tym ze sobą porozmawiały. 

Obie miały wielką ochotę zareagować, ale żadna nie miała odwagi czegoś głośno powiedzieć, żeby druga nie pomyślała, że ta pierwsza jest nadopiekuńcza, przewrażliwiona i dlatego, że w poradnikach piszą, żeby się nie wtrącać. Martwi mnie absurd sytuacji. 

  • Obie kobiety czuły, że to dobry moment, by zareagować i nauczyć dzieci, jak sobie radzić w takich trudnych komunikacyjnie sytuacjach. Intuicja zadziałała prawidłowo. 
  • Obie tego nie zrobiły, bo poradniki mówią: „nie reaguj”.
  • Obie miały wyrzuty sumienia, że rodzicielsko źle rozgrywają sytuację, ale nie miały odwagi przełamać tego żadnym słowem.
  • Nie porozmawiały też między sobą w tej konkretnej sytuacji: „Robimy coś, czy nie reagujemy? Nie mam pewności. Co myślisz?”. Proste pytanie mogło wiele ułatwić.
  • Obie mogły wesprzeć swoje dzieci (nauczyć czegoś o komunikacji), ale tego nie zrobiły, bo nie czuły się wystarczająco kompetentne.
  • Obie dały dzieciom kilka sygnałów. Straszak dostał informację, że może w ten sposób traktować młodszych i słabszych. Młodszy dostał informację, że to czego uczą i powtarzają rodzice (zawsze możesz na mnie liczyć), nie do końca jest prawdą. To tylko gadanie.

Komunikacja jest ważna

I teraz to, co męczy mnie od lat kiedy słyszę: „Nie reaguj nigdy”. Jak mamy nauczyć dzieci prawidłowej komunikacji społecznej, jeśli nie mówimy im (nigdy), na czym ona polega, bo wszyscy mówią „nie reaguj”? Skąd mają to wiedzieć? Wydedukować? Serio? 

Czy naprawdę wierzysz w to, że jesteś złym rodzicem, jeśli w konkretnej sytuacji wyjaśnisz dziecku kilka spraw, komentując na głos sytuację tu i teraz?

  • Dobrze zrobiłeś, zawsze mów, jeśli coś ci nie pasuje, twoje „nie” jest ważne. 
  • Wiem, że nie posłuchał, ale fajnie, że mu powiedziałeś, bo wie, sprawia ci przykrość. Inaczej by nie wiedział. Teraz wiadomo, że robi to z wyboru, nie z niewiedzy.
  • Podpowiesz, jak zakończyć męczarnie podczas niefajnej zabawy: Ignoruj jego rękę to mu się szybko znudzi jej trzymanie.
  • Może Michał nie rozumie, że ta ręka przeszkadza ci w budowaniu. Michał, zrozumiałeś, co mówi do ciebie Jaś?
  • Tylko się upewniam, że zrozumiałeś/usłyszałeś.

Kiedy i jak reagować? 

Zauważ, że przez reagowanie, nie mam na myśli rozwiązywania konfliktu za dzieci. Nie wpadasz na środek piaskownicy rycząc jak lwica: Zabieraj łapę złośliwy dzieciaku! Nie histeryzujesz nad kondycją współczesnego rodzicielstwa. Nie pouczasz nikogo, jak ma wychowywać swoje dzieci. Uczysz swoje dziecko komunikacji społecznej i masz do tego pełne prawo (a nawet obowiązek). 

Komentujesz konkretną sytuację (wtrącasz się) wyłącznie pod pewnymi warunkami. 

  • Dziecko próbowało (wielokrotnie) rozwiązać sytuację samodzielnie, wszystkimi dostępnymi narzędziami komunikacji, jakie zna.  
  • Widzisz, że młodsze dziecko jest na gorszej pozycji, bo jest młodsze, słabsze. Nie rozumie, że im bardziej się wkurza, tym większą satysfakcję daje starszemu.
  • Dziecko wyraźnie, po wielu nieudanych próbach samodzielnego rozwiązania sytuacji, komunikuje jasno, że potrzebuje pomocy.
  • Prośba o pomoc, nie oznacza oczekiwania, że rozwiążesz za dziecko konflikt. Wystarczy czasem tylko zauważyć lub podpowiedzieć kolejną opcję komunikacyjną.

Rozmawiaj z innymi rodzicami o swoich wątpliwościach tu i teraz: „Patrzę na nich i sama nie wiem, wtrącać się czy nie? Jak sądzisz?”. Nie musicie mieć tego samego zdania, ale przynajmniej będziesz wiedziała, co myśli na ten temat druga strona, zamiast obawiać się, co sobie pomyśli. Komunikacja, serio, to się sprawdza. Możecie obie nie mieć pewności i też w porządku, zróbcie tak, jak wam intuicja podpowiada w tej konkretnej sytuacji. 

Starsze dziecko

Jeśli chcemy wpłynąć na zachowanie starszaka, czasem warto skomentować sytuację podpowiedzią lub sugestią, którą starszak z pewnością zrozumie. Bez oskarżeń czy gniewu. 

  • Jasiek powiedział ci kilka razy, że go twoja ręka denerwuje. 
  • Co zrobisz z informacją od Jaśka?
  • Widzę, że nie reagujesz na zdenerwowanie brata i robisz to specjalnie. 

Starsze dziecko zazwyczaj doskonale wie, kiedy przekracza granicę. A też brak reakcji, gdy zdecydowanie ją przekracza, jest komunikatem: „Możesz to robić, spoko!” oraz komunikatem „Ignoruję cię”. Im więcej takich komunikatów, tym więcej sposobów przyciągnięcia uwagi rodzica i wyładowania frustracji na młodszym. 

Dorosłym często się wydaje, że starsze dziecko powinno już wiedzieć, jak się zachować. Jednak kiedy np. w domu pojawia się młodsze rodzeństwo, wszystko dla starszaka jest nowe. Nie wie, na ile może sobie pozwolić, musi to przetestować, sprawdzić, co nie znaczy, że rodzice musza się zgadzać na każdy taki test. 

Starsze dziecko zna swoją przewagę i czasem to po prostu wykorzystuje. Warto mu uświadomić, że nie zawsze i nie wszędzie może sobie na to pozwolić, czyli reagować. 

Wszystkim będzie łatwiej, jak w konkretnych sytuacjach, starsze dziecko dostanie podpowiedź, jak inaczej niż np. siłą czy pokazywaniem wyższości, upokorzeniem młodszego, rozwiązać daną sprawę. 

Nie chodzi też o powtarzanie: Ustąp mu, przecież jest młodszy. Więcej o tej relacji napisałam w artykule pt. Jak reagować, kiedy młodsze dziecko bije i dokucza starszemu? >>

Młodsze dziecko 

Młodsze dziecko jest zazwyczaj na przegranej pozycji i częściej będzie potrzebowało podpowiedzi, jak się komunikować, żeby komunikat dotarł do starszego, silniejszego, sprytniejszego. 

Młodsze dziecko będzie chętniej korzystało z narzędzi komunikacyjnych podpowiedzianych przez rodzica lub podpatrzonych u rodzeństwa, kiedy będzie czuło, że w sytuacji kryzysowej, rodzic reaguje i wspiera. Nie jest znade tylko na siebie.

Najgorsze jest ignorowanie

Każde dziecko musi czuć się bezpiecznie, żeby jasno komunikować swoje „nie”. Co oczywiście nie znaczy, że to nie musi zawsze działać, chodzi nawyk informowania o tym, co nam się podoba, co nam przeszkadza itd. 

Od lat znane są badania mówiące o tym, że najgorszym rodzajem relacji jest ignorowanie. To, co dla dorosłych jest podążanie za podręcznikowym „nie reaguj, niech sami sobie radzą”, dla dzieci często jest sygnałem „rodzica to nie obchodzi”. 

Nie trzeba wtrącać się zawsze, ale w konkretnych sytuacjach, warto. Bez wyrzutów sumienia, bo jeśli wiesz, że nie jesteś nadopiekuńczym rodzicem, to w czym problem? Chodzi o to, żeby przez rozmowy i konkretne przypadki, nauczyć dzieci zasad komunikacji, dać narzędzia potrzebne do ćwiczenia relacji rówieśniczych, a nie czekać, aż się same domyślą, bo w poradniku napisali „nie reaguj”. 

Jeśli czujesz, że sytuacja wymaga twojej rekacji i któreś z dzieci tego potrzebuje tu i teraz – reaguj.

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i moją codzienność.
Jak pomóc dzieciom ogarnąć codzienne obowiązki?

Jak pomóc dzieciom ogarnąć codzienne obowiązki?

Tym razem w podkaście Tylko dla Mam rozmawiamy o takim ogarnięciu rzeczywistości, dzięki któremu oszczędzimy sobie i dzieciom, wielu powodów do nerwów. Sposobem na to jest zarządzanie własnym czasem. Umiejętność przydatna zarówno w domu, jaki i w szkole, a potem w pracy.  

Zarządzanie czasem to dość ogólne hasło, zwłaszcza w przypadku dzieci. W odcinku skupiam się na konkretnych wskazówkach dotyczących uświadamiania dzieciom, że doba nie jest z gumy, wszyscy mamy tyle samo czasu i dużej mierze od nas zalezy, jak go sobie poukladamy. 

Inspiracją do tematu tego odcinka jest współpraca z Familiowo. Już wiele razy pokazywałam ich planery na blogu Tylko dla Mam. 

Podcast Tylko dla Mam

Jeśli lubisz słuchać krótkich podpowiedzi na temat wychowania wspierającego i komunikacji w rodzinie, dobrze trafiłaś. Nie przegapisz żadnego odcinka subskrybując Newsletter Tylko dla Mam >>

Trudne poranki

Nie chcę dzisiaj mówić wyłącznie o oczywistych rzeczach jak np. nawyki pomagające planować dzień, bo o nich chyba każdy wie. Chodzi m.in. o pakowanie plecaka dzień wcześniej lub przygotowanie ubrań na drugi dzień. 

Oszczędzisz nerwów całej rodzininie, jeśli świadomie podjedziesz do faktu, że o poranku wszystko jest trudniejsze. Zaplanuj więc podstawowe, niezbędne do wykonania rzeczy. Ani jednej więcej. 

Poranki bywają męczące. Wszyscy są poirytowani, zakręceni. Zostawianie problematycznych spraw na rano, jest bezsensownym, niepotrzebnym strzałem w kolanoCzęsto świadomie zostawiamy coś na ostatnią chwilę, a to się nie płaca i warto o tym poinformować dzieci. 

Zarządzanie energią

Chcę się jeszcze skupić na zarządzaniu energią. Rzadko wiążemy to z zarządzaniem czasem. Dla mnie to kluczowy element. Umiejętność zarządzania zasobami energii jest bardzo ważna także w ogólnej komunikacji z dzieckiem. 

Napisałam o tym więcej w artykule pt. Skąd się biorą powody do histerii? >> 

Świadome planowanie dnia z uwzględnieniem spadków energii, jest w wielu przypadkach kluczem do oszczędzenia nerwów. Jest też uwzględnieniem potrzeb organizmu, zatem planowanie czasu ma niewątpliwie związek z potrzebami fizycznymi i psychicznymi (relaks, odpoczynek) człowieka. 

Jasne, że dzieci będą potrzebowały pomocy w określeniu, kiedy są najbardziej aktywne, kiedy potrzebują wyciszenia, a kiedy rozładowania energii. Świadomość tych momentów, daje możliwość optymalnego zaplanowania konkretnych czynności. Warto kilka dni obserwować siebie i dziecko, z notatnikiem w ręku. To się płaci przy planowaniu każdego dnia. 

Jeśli np. dziecko ma spadek energii o 19:00, nie ma sensu siadać do lekcji o tej godzinie. Wiele osób pewnie powie: Ale przecież miało tyle zajęć w ciągu dnia, że nie było kiedy wcześniej ich odrobić. 

Priorytety w zarządzaniu czasem

W tym momencie, do akcji wkracza ustalenie priorytetów. Jeśli w planie dnia dziecka, nie ma wolnego momentu, w którym może wykorzystać swoją zwyżkę energii na lekcje, zdecydowanie warto coś zmienić w tygodniowym (dziennym) grafiku.

Pewnych rzeczy nie przeskoczymy, wiadomo, że do szkoły chodzić trzeba, lekcje też trzeba odrobić. Jednak już piąte zajęcia dodatkowe, nie są koniecznością, a kwestią wyboru. O ten wybór chodzi. 

Poczucie, że dziecko coś traci, bo nie uczęszcza na dodatkowe zajęcia, jest poniekąd bardzo słuszne. Wiele osób wolałoby zapisać pociechę na jazdę konną, zamiast zmuszać do ślęczenia przy zadaniach domowych. 

Są jednak rzeczy, na które godzimy się podejmując pewne decyzje w życiu. Decydując się na dziecko, warto mieć świadomość, że zostanie objęte obowiązkiem szkolnym. Decydując, że będzie go realizować w szkole państwowej (a nie np. w edukacji domowej), zgadzamy się na warunki prowadzenia placówek państwowych. One zadają dużo do domu. To są fakty. 

Jednak, upychanie wszystkiego (zadania domowe i zajęcia dodatkowe), w grafiku dziecka, żeby nie straciło żadnej okazji do rozwoju, przynosi więcej szkody niż pożytku. Trudno, z czegoś trzeba zrezygnować. I to są kolejne decyzje do podjęcia.

Naucz się rezygnować, zanim się zakopiesz

Polityka rezygnowania z nadmiaru zajęć w grafiku, jest bardzo zdrowym trendem. Czasem nam się wydaje, że zarządzanie czasem polega na upchnięciu ile wlezie, a potem odhaczaniu, co się udało zrobić. Nie do końca jest to prawda. Nie chodzi o ilość, a o jakość tego, co robimy. 

Choć prawdą jest, że im więcej mamy do zrobienia, tym bardziej jesteśmy zorganizowani. Nasz mózg wchodzi w tryb: „Muszę podołać”… i to się naprawdę udaje. Przynajmniej do czasu, bo przecież nie da się funkcjonowac na pełnych obrotach przez całe życie. 

Jest to kwestia wyboru, czego chcemy. Czy tysiąca zajęć i radości z ich odhaczania, kosztem zdrowia i zmęczenia? Czy może takiego zaprojektowania dnia, w którym uwzględnione będą „możliwości przerobowe” każdego członka rodziny. Fizyczne i psychiczne.

Zarządzanie czasem, to też umiejętność odpoczywania więc planowanie doby, powinno uwzględniać te ważne momenty.

Jak pomóc dziecku zarządzać czasem?

Im więcej plastycznych narzędzi pokazujących dzieciom, jak wygląda czas (zarządzanie nim, upływ, ilość każdego dnia), tym łatwiej zrozumieją, na czym to polega. 

Dlatego jestem taką fanką wszelkich planerów, kalendarzy, plastycznych elementów pokazujących czas. Dziecko wpisując rzeczy do planera, widzi, ile ma zajęć. Łatwiej mu będzie rozrysowane plany ogarnać, zmieniać, dostosować, optymalizować. 

Doba nie jest z gumy

Plastyczne przedstawianie czasu można zacząć od doby. Warto narysować kolorową tarczę zegara, na której zaznaczycie osobnymi kolorami, pewne odcinki doby.

Na przykład czerwony to poranek, żółty to czas w szkole, zielony to czas na relaks. Dziecko widzi, że gdy wskazówka przekracza jakiś kolor, zabierany jest czas kolejnej czynności. 

Dość powszechnym przykładem jest odrabianie lekcji. Dzieci mają zazwyczaj na to pewien ustalony czas. Jednak zanim się zabiorą za konkretne zadanie, przeciągają czas różnymi czynnościami. 

Jakoś wtedy koniecznie trzeba temperować dziesięć kredek i zrobić porządek w szufladzie biurka. Jasne, że dziecko nie ma ochoty odrabiać lekcji i wymyśla wymówki, żeby tego nie robić. 

Dzieci nie zdają sobie tak do końca sprawy, że tym przeciąganiem, zabierają sobie czas na odpoczynek, zabawę, sport, sen. Warto ten upływa czasu pokazywać. 

Uporządkuj przestrzeń

Ważne jest też porządkowanie przestrzeni. Pisałam o tym w artykule pt. O czym dzieci nie uczą w szkole, a powinni! 7 pytań i odpowiedzi >>

Prawdą jest, że im większy bałagan dookoła, tym większy bałagan w głowie. Dzieci nie inspiruje twórczy bałagan, on je rozprasza. 

Im mniej rozpraszaczy w przebodźcowanym świecie naszych dzieci, tym mniej nerwów w rodzinie.

Obowiązki domowe 

Ważne są też obowiązki domowe i zapisywanie ich w widocznym miejscu. Często wciskamy je w wolną chwilę między graniem, telewizją, lekcjami. Takie wciskanie, nie ma nic wspólnego z wyrabianiem nawyku samokontroli. Każdy obowiązek powinien mieć miejsce na rozrysowanym planie dnia. 

Jasne, że dzieciom zdarzy się zapomnieć o obowiązkach, ale po to właśnie mają plastyczne narzędzia, żeby móc na nie zerkać i o nich przypominać. 

Co ważne, chcąc przypomnieć dziecku o obowiązku, nie stój nad głowa, nie gderaj. Wyślij do miejsca, w którym są zapisane, niech samo sprawdzi, co co jeszcze zostało do zrobienia. W ten sposób wyrabiamy nawyk kontrolowania tego, co dzieje się z czasem i oddajemy dzieciom odpowiedzialność za planowanie ich działań. 

Planer Ucznia

  • suchościeralna tablica magnetyczna
  • 24 magnesy piktogramy
  • marker do tablic suchościeralnych z samoprzylepnym uchwytem

Jak już wiele razy mówiłam, planery Familiowo są w najróżniejszych wersjach (magneryczne, z plastrami mocującymi, mniejsze, wieksze, wersje poszerzone itd.) i odsłonach (duży rodzinny, mniejszy uczniowski itd.).

Jako, że w odcinku skupiłam się na organizacji czasu dzieci, zerknijcie na Planer Ucznia. To w nim Karolina zarządza swoim czasem. I oprócz tych wszystkich profitów, o których mówiłam w odcinku podcastu, jest jeszcze jeden Poczucie, że dziecko ma wpływ na swoje życie. 

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i moją codzienność.
Czy rodzice naprawdę mogą uchronić dzieci przed zagrożeniami z internetu?

Czy rodzice naprawdę mogą uchronić dzieci przed zagrożeniami z internetu?

Chcąc chronić nasze dzieci przed ciemną stroną internetu, przegapiliśmy jedną ważną kwestię. To my – rodzice – w dużej mierze jesteśmy ciemną stroną internetu. Zacznijmy chronić dzieci przed podawaniem intymnych danych w sieci. 

 

Tym razem nie mam na myśli tzw. hejtu, złotych porad (o które nikt nie prosił) czy podawania danych prywatnych (adres, pesel itd.) czy uzależnienia od ekranów. O tym ostatnim napisałam i opowiedziałam sporo na blogu Tylko dla Mam.

 

 

Teraz chcę się skupić na podawaniu przez rodziców DANYCH INTYMNYCH. Poszliśmy o krok dalej niż tylko dane wrażliwe. Dzielimy się intymnością naszych domów, rodzin i dzieci. Ostrzegamy je więc przed internetem, który sami tworzymy. 

 

Rodzice w sieci

 

To my – rodzice – wrzucamy zdjcia małych dzieci w każdej niemal sytuacji. Opisujemy intymne szczegóły z ich życia, pokazujemy filmiki, żeby świat zobaczył jacy jesteśmy:

 

  • zaangażowani (Tyle fotek rodziny, to chyba coś znaczy!), 
  • szczęśliwi (Uśmiechy znad drinków, obok bawiące się dzieci, jestem wyluzowanym rodzicem!),
  • wyluzowani (Opowiemy o wszystkim, bez skrępowania!),
  • jaka jest prawda o rodzicielstwie (filmik na IG z gorączkującym dzieckiem, nijak nie pomaga mu wyzdrowieć).

 

Tych powodów jest znacznie więcej. Pewnie każdy ma swoje. Od razu powiem, że nie chodzi mi o wykasowanie wszystkich postów i milczenie, „bo tak bezpieczniej”. Nie chodzi mi o to, żeby nie dzielić się radością czy każdą inną emocją. Chodzi mi uważność.

 

Wiem, że lubimy przeginać w jedną lub w drugą stronę i za chwilę usłyszę: Ale to już nic nie można pokazać/powiedzieć? Nie przesadzaj. Można, jasne, ze można. Internet, jak wszystko w życiu, jest szary (albo wielokolorowy). W każdym razie, nie jest tylko biały lub tylko czarny. Nie trzeba stawiać sprawy na ostrzu noża.

 

Internetowe wiadomości

 

Jednak, czytając posty tylko w mojej własnej grupie książkowej (książkowej, temat jest ściśle dookreślony) mogę wymienić z imienia i nazwiska, oznaczyć po miejscowości czy poznać na zdjęciu: czyja córka ma problemy z trzymaniem moczu, czyj syn cierpi z powodu złamanego serca (i jaka wredna ta jego koleżanka), czyje dziecko zjada smarki, u kogo w domu używa się do określania części intymnych słowa „cipka”, a u kogo  „muszelka”, że dziecko pani Hani zwymiotowało w kościele. Wszystko to wiem, bo spędziłam godzinę czytając posty w grupie książkowej.  

 

I teoretycznie, nie ma niczego złego w tych informacjach. Są prawdziwe, są codziennością rodziców, są podzieleniem się doświadczeniem, są szczerym rozmawianiem na różne tematy inspirowane książkami. Gdyby tylko zostały wypowiedziane w gronie znajomych, pewnie nikogo by szczególnie nie zaciekawiły. Stają się niebezpieczne (czasem krzywdzące) w momencie, gdy trafiają do internetu. Warto podkreślić, że nie trafiają tam przypadkiem, przyniesione przez niesforny wietrzyk. Rodzice publikują  je w sieci.

 

Wiem, że my się dopiero uczymy tych wszystkich nowoczesnych technologii i obracania się w mediach społecznościowych, ale to nas nie zwalania z myślenia. I jeśli się uczymy, to może na sobie, nie dzieciach. 

 

  • Pokaż jak TY wyglądasz z gorączką, zamiast filmować dziecko prosząc internetowe ciocie o słowa otuchy.
  • Opowiedz, jak nazywasz własne części intymne, zamiast informować świat, jak je nazywasz u dziecka.
  • Zrób SOBIE zdjęcie w kąpieli i podziel się emocjami ze światem.
  • Masz brudną koszulkę. Śmiało, zrób relację z tego, jak się przebierasz w czystą.
  • Eksperymentuj na sobie!

 

Ale co to komu szkodzi?

 

Jeśli podajemy intymne dane rodziny w internecie, jest więcej niż pewne, że kogoś mogą zainteresować. Nie mówię już nawet o internetowych zboczeńcach, których nie znamy i pewnie nigdy nie poznamy z imienia i nazwiska. Choć oni z pewnością mają z takich spraw używanie. Dostają je od nas (rodziców!) w prezencie.

 

Ale nawet pomijając słynnego internetowego pedofila (to nie jest mit, zgłosiłam wczoraj kolejny profil). Nasze dzieci mają znajomych, a ich znajomi mają starsze rodzeństwo, swoich znajomych itd. Nie trzeba wiele, żeby ucieszyć znajomych znajomych, że u was w domu słowo cipka, muszelka, czy fistaszek, są w użyciu.

 

Może ci znajomi znajomych nie zrobią z tą informacją nic, a może coś. Z pewnością jest to rarytasik dla dzieci, które nie przepadają za twoimi dziećmi. (Jeśli nie dzisiaj, to w przyszłości, a w necie nic nie ginie). Dostają te informacje w prezencie od rodziców. Nie od złego internetu, ale bezpośrednio od nas. 

 

Rozmawiać czy nie?

 

Rozumiem, że to podawanie danych intymnych jest najczęściej osadzone w jakimiś ogólnym kontekście lub jest prośbą o pomoc w trudnej sytuacji, ale informowanie o tym internetu, przynosi więcej szkody niż pożytku.

 

Wiem, że czasem chcemy poruszyć ważny społecznie temat, ale naprawdę, można to robić ogólnie, bez podawania danych intymnych w sieci. Nic mi do tego, co kto robi na swoich fanpejdżach czy prywatnych profilach, ale w grupie, którą prowadzę, będę je ścigać tak, jak kiedyś (mam nadzieję) będzie to robić internetowa policja. 

 

Fajnie by było, gdyby nam ktoś powiedział, co wolno, co wypada. Nie ma jednak w większości przypadków regulacji prawnych dotyczących intymnych danych przekazywanych z własnej woli do internetu. Kiedyś pewnie takie regulacje będą, nasze dzieci będą się pukały w głowę, jak można było coś takiego napisać/pokazać. Dzisiaj jeszcze działamy na czuja. Co nie znaczy, że można wszystko. 

 

Internet nie musi tego wiedzieć

 

Mam nieodparte poczucie, że część dorosłych uważa, że jak coś nie zostanie pokazane/powiedziane w internecie (na IG, fejsie czy gdziekolwiek), to ma mniejszą wartość.

 

  • Tak, rozmawiam z dzieckiem otwarcie o seksie, ale jak nie poinformuję na forum, to ktoś może pomyśleć, że tego nie robię.
  • Tak, byłam na fajnych wakacjach, ale nie pokazałam żadnej relacji. Kto mi uwierzy?
  • Przyszła paczka z książkami – fotka.
  • Dziecko samo robi kanapkę – fotka.
  • Mam nowe buty – fotka.
  • Nie mam nowych butów, bo lubię stare – fotka.
  • Jedziemy na urodziny prababci – relacja na IG.

 

Ktoś może zapytać, co jest złego w pokazaniu fotki butów czy książek? No nic, jeśli się to robić raz na jakiś czas. Problem zaczyna się wtedy, gdy czujesz, że jak nie pokażesz, to coś stracisz.

 

Miewacie tak? 

 

Sama się tego uczę każdego dnia i z przerażeniem patrzę na ilość popełnionych przeze mnie głupot. A naprawdę staram się pilnować, choć testuję (na sobie) różne opcje.

 

Podczas tegorocznego urlopu, postanowiłam zrobić relację na IG z fajnego miejsca. Poczułam, że świat musi się o nim dowiedzieć (choć wiedział o nim od dawna, nie było to dziewicze odkrycie). Chciałam sprawdzić, jak się żyje dokumentując rodzinny czas.

 

Nagrywałam krótkie filmiki, opisywałam, komentowałam, podczas gdy moja rodzina po prostu bawiła się, zwiedzała, rozmawiała. Pod koniec dnia byłam wściekła, że straciłam fajny dzień. Zamiast go spędzić z rodziną, spędziłam go z internetem. 

 

Skasowałam relację, naplułam sobie w brodę i już więcej nie popełnię tego błędu. Do dzisiaj jestem wściekła, ale sama sobie dałam nauczkę. I nie dajcie sobie wmówić, że taka relacja z wycieczki zabiera tylko kilka minut. Nie jest to prawda. 

 

Trzeba rozmawiać!

 

Rozumiem też argument, że dzisiaj rozmawia się o wszystkim, kiedyś tego nie było, było więcej tematów tabu. Jasne, że tak. Sama do tego rozmawiania z dziećmi na każdy temat, namawiam od lat.

 

Jednak NIE namawiam do dzielenia się każdą taką rozmową w sieci. Namawiam do rozmawiania na każdy temat z dzieckiem, rodziną, nie z internetem. Jak porozmawiamy w domu, wśród bliskich, bez relacji w sieci… też się liczy. Nawet bardziej!

 

W przypadku budowania relacji w rodzinie i poczucia bezpieczeństwa dzieci, to co NIE zostanie pokazane/powiedziane głośno w internecie, ma o wiele większą wartość niż to, o czym trąbimy, oznaczając przy tym firmy, instytucje czy telewizje śniadaniowe. Serio, śniadaniówkowy fejm, nie jest wart handlowania intymnymi danymi rodziny. Bez lakjów pod zdjęciem dziecka na nocniku, też da się odpieluchować. 

 

Nie myl pracy z rzeczywistością

 

I żeby była jasność, nie mówię teraz o blogerach czy innych twórcach zarabiających w sieci właśnie przez pokazywanie serialu z życia rodziny. To ich praca zarobkowa, taką wybrali więc poniekąd muszą ten serial kręcić, inaczej nie zarobią. To ich wybór i chyba temat na inną dyskusję. 

 

Paradoksalnie, osoby zajmujące się pokazywaniem rodziny zawodowo, mają to (często, bo nie zawsze) dokładnie przemyślane i pokazują „fragmenty scenariusza”, a nie rodzinę „jak leci”. 

 

Sprawa jest prosta

 

Jeśli ktoś ma ochotę szukać „tego złego” w internecie, wystarczy przejrzeć własny profil na fejsie lub napisane w grupach posty. W internecie nic nie ginie i nikt tak naprawdę nie jest anonimowy. 

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i moją codzienność.
Jak rozmawiać z dziećmi o seksualności?

Jak rozmawiać z dziećmi o seksualności?

Tym razem w podkaście Tylko dla Mam, rozmawiamy o seksualności dzieci. Mam na myśli dzieci w wieku przedszkolnym i młodsze. 

Rodzice coraz cześciej pytają, jak rozmawiać o seksualności i złym dotyku. Super, że jest zainteresowanie tym tematem ze strony dorosłych. Warto szukać informacji, jak rozmawiać na tak wrażliwe tematy. 

Dorosłe myślenie o seksualności

Na samym początku warto oddzielić dorosłe myślenie o seksualności od tego dziecięcego. Czym się różni myślenie dorosłego? Dla dorosłych (siłą rzeczy) samo słowo seksualność kojarzy się z seksem.

Dzieci nie mają takich skojarzeń, choć niewątpliwie są istotami seksualnymi. Nie mają za sobą seksualnych doświadczeń, ale są zainteresowane tematem.

Super będzie, jeśli podczas takich rozmów odłożymy na bok myślenie o seksie, tym dorosłym. Dla dziecka pytane o seksualność jest dokładnie tym, co pytanie na każdy inny temat np. pogody czy podróżowania.

Dziecięce myślenie o seksualności

Dla dzieci, seksualność sprowadza się do pytań o to, skąd się biorą dzieci i do poznawania własnego ciała (ludzkiego ciała, niekoniecznie tylko swojego). Ani w jednym, ani w drugim nie ma niczego niestosownego.

Jak nazywać części intymne?

Tak jak określają to książki i podręczniki. Dorośli wychowani najczęściej w warunkach, kiedy seksualność dzieci była tematem tabu, mają z tym często problem. Świetnie to rozumiem. Jak byłam w szkole podstawowej, nie istniało hasło seksualność dzieci.

Natomiast, jakoś te części ciała się nazywało. Były to często zdrobnienia, powymyślane na poczekaniu słowa. Dzisiaj stoimy na stanowisku, że kiedy przedszkolak pyta o części ciała, nazywamy je prawidłowo.

To ważne, żeby dziecko znało prawidłowe nazwy, tak samo , jak zna nazwy innych części ciała np. noga, oko, broda. Prawidłowe nazywanie części ciała (i wszystkich innych rzeczy w otoczeniu dziecka) jest potrzebne do rozumienia rzeczywistości.

Zdrabniać czy nie zdrabniać?

Wyobraźmy sobie sytuację, w której chcemy się czegoś dowiedzieć na wybrany temat np. Jakiejś choroby, a osoby informujące nas o niej, używają wymyślonych słów. Potem z tą wiedzą idziemy do kolejnego lekarza czy rodziny i co? Jakoś tak trudno się dogadać, prawda?

Jasne, że można mieć też swój rodzinny język do nazywania części intymnych, ale ważne jest też udzielanie prawdziwych informacji. Uczenie dzieci prawidłowych nazw części ciała.

Słowna przemoc seksualna

Nasz dorosły wstyd w uświadamianiu sobie, że niektóre żarty czy słowa, są przemocą seksualną, wnika z wychowania w warunkach, kiedy każdy temat związany z seksualnością był tabu, zakazany („grzeszny”) lub obracany w żart. 

Właśnie przez takie nieświadome podejście do tematu, dzieci czasami przynoszą z przedszkola wulgarne żarty seksualne. Nie jest to przypadek, kiedy dziecko opowiada wulgarne żarty, nie wymyśliło ich samo, po prostu od kogoś usłyszało i powtarza.

Widzi, że to skupia uwagę wszystkich dookoła, głównie dorosłych. Dzieci mają niewiele okazji, żeby zawstydzić dorosłych, takie żarty są do tego świetne i wiele maluchów korzysta z tej niecodziennej okazji.

Warto pamietać, że dziecko w wieku przedszkolnym może powtarzać żart, ale nie do końca rozumie kontekst. Może nam się wydawać, że rozumie, ale to dlatego, że my (dorośli) go znamy. Dziecko nie ma pojęcia, czym tak naprawdę jest seks.

Powinno natomiast dowiedzieć się, że większość tych żartów jest przemocą słowną, obrażającą innych ludzi. Sowa mogą ranić, tak często mówimy to naszym dzieciom. Te żarty również zaliczają się do kategorii raniących słów.

Uporczywe powtarzanie wulgarnych żartów, wciąż jednak nie jest myśleniem o seksie w dorosły sposób. Dopiero wraz z burzą hormonów, zaczyna się seksualne postrzeganie drugiego człowieka. Przedszkolaki nie mają więc szansy myśleć w ten sposób.

Asertywność dziecka w obronie granic

Aktrat w tym odcinku, nie skupiałam się na rozwijaniu tematu złego dotyku, jednak na blogu Tylko dla Mam, temat wyznaczania granic był poruszany m.in. w artykule pt. Lekcja nieprzytulania >>

Dałaś już dziecku lekcję nieprzytulania w trzech krokach?

Artykuły na temat bezpieczeństwa dzieci

Książki dla dzieci

Dopasowane do wieku książki o tym, skąd się biorą dzieci i o dorastaniu

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i moją codzienność.
Dlaczego współczesne dzieci mają problem z odczytywaniem emocji?

Dlaczego współczesne dzieci mają problem z odczytywaniem emocji?

Współczesne dzieci mają trudności z odczytywaniem emocji. Sygnałów niewerbalnych i ogólnie wyrazu twarzy, innych ludzi. Dlatego są mniej empatyczne. Powodów jest kilka, ale chyba ważniejsze od powodów są konsekwencje z tym związane. Dla dzieci i dla świata. 

Empatia jest ważnym słowem, które oznacza – w największym skrócie – umiejętność odczytywania emocji drugiego człowieka.

Jak wychować empatyczne dziecko? 

Brak tej umiejętności, w dużej mierze bierze się z wielu godzin spędzanych przed ekranami, gdzie wirtualna rzeczywistość jest w dużej mierze przerysowana lub odwrotnie – uproszczona. Często ma się nijak do prawdziwych emocji na prawdziwej twarzy człowieka. Zresztą, nie tylko o twarz przecież chodzi.

Dla wielu dzieci oczywiste jest również, że ta rzeczywistość jest sztuczna. To oznacza, że niekoniecznie trzeba się skupiać na czytaniu emocji, one są zafałszowane. Nie trzeba się też przejmować drugim człowiekiem, nawet jeśli gra się z prawdziwą osobą. Prawdziwa, ale obca. Ja skupiam się na wygraniu, a nie na tym, czy będzie jej przykro, jak przegra.

Jak oderwać dziecko od komórki? 

Zresztą, w grach najcześciej jest tak, że te emocje są podane na tacy. Nie mówię o wyrafinowanych grach komputerowych, kierowanych do dorosłych, ale o produktach wirtualnych dla przedszkolaków, młodszych i starszych uczniów.

Nie mówię też o wyrzucaniu komputerów i telefonów przez okno, bo są złe. Nowoczesne technologie nie są złe. Natomiast ich wpływ na życie (i emocje) dzieci, jest oczywisty. Jest wyzwaniem, z którym mierzy się pokolenie współczesnych rodziców. Więcej na temat ogarnięcia rzeczywostości ekranowej napisałam w artykule pt. Jak oderwać dziecko od komórki? >>

Samo spędzanie czasu przed ekranem, niezależnie od tego, co się robi czy w co się gra, sprawia, że siłą rzeczy, mniej czasu spędza się patrząc ludziom w oczy, budując relacje w prawdziwym życiu. Stąd ten brak wiedzy o odczytywaniu podstawowych emocji.

Chcę mieć wrażliwe dziecko

Jedną ze zmian, które można wprowadzić praktycznie od razu, jest sposób rozmawiania, który opisałam w artykule pt. Trzy pytania do zadania codziennie przy kolacji >>

Oczywiście, empatia nie sprowadza się do umiejętności określenia wyrazu twarzy (choć od tego warto zacząć zabawy z najmłodszymi). To sposób myślenia o drugim człowieku, generalnie o świecie. Trakowanie tak, jak samemu chciałoby się zostać potraktowanym. Z szacunkiem. 

Czy tego uczą w szkole? Nie, to znaczy nie każdej i nie na całym świecie. Choć są miejsca, w których lekcje empatii są podstawa tak samo ważną, jak język czy matematyka. Duńczycy wprowadzili takie obowiązkowe lekcje wśród uczniów wieku 6-16 lat.

Generalnie o duńskim podejściu do świata, dośc dużo i chętnie opowiadam, bo podziwiam ich uwagę nakierowaną na odporność psychiczną dzieci i dorosłych. O jednej z moich ulubionych książek na ten temat, opowiedziałam filmowo

Lubię opowiadać o książkach

Depresyjne pokolenie narcyzów

Mam wrażenie, że w polskich realiach wciąż jeszcze pokutuje przekonanie, że człowiek wrażliwy, empatyczny, nie poradzi się w życiu. Zadepczą, nie będzie się rozpychał łokciami, zepchną go na koniec kolejki. Im dłużej będzie pokutowało to przekonanie, tym mniej empatyczne będziemy mieli kolejne pokolenia. Ja się z tym rozpychaniem łokciami, nie zgadzam.

Przekonują mnie natomiast badania i treści zwarte m.in. w książce pt. „Unselfie”, w których autor, Michele Borba dowodzi, że ludzie z pokolenia skupionego głównie na sobie, tych naszych narcyzów zwanych milenialsami, trzaskających selfie praktycznie wszędzie, mają większe skłonności do depresji.

Tak uogólniając, bez wdawania się w szczegóły, jest to zdecydowanie niepokojące i widoczne jak na dłoni już od lat. Mniej empatyczne pokolenie, ma większe skłonności do depresji. Jest mniej odporne psychicznie na wyzwania stawiane przez życie. Ludzie empatyczni biora więcej na siebie, ale też potrafią lepiej reagować w różnych sytuacjach, zwłaszcza dotykających bezpośrednio wrazliwości na drugiego człowieka. 

Depresja w różnych odsłonach (podsumowuję badnia przeprowadzone na Uniwersytecie w Michigan na 14 tysiącach studentów) dotyka 2/3 studentów, a wiele małych dzieci ma zaburzenia emocjonalne i psychiczne. Dzisiejsza młodzież jest jakieś 40% mniej empatyczna, niż pokolenie lat 80-tych i 90-tych. I o wiele bardziej skłonna do depresji.

Wniosek? Warto uczyć dzieci empatii już od najmłodszych lat. Nie czekać, aż same to zrobią, przedszkole to zrobi lub szkoła. Bo nie zrobi. Same też nie zrobią. Piłka po stronie rodziców. 

Jak uczyć empatii?

Od samego początku, przez zabawę, a potem ważne rozmowy. Zebrałam kilka artykułów, w których podpowiadam, jak wychować empatyczne dziecko.

Książki dla dzieci uczące wrażliwości i życzliwości

Wzruszające książki dla dzieci uczące wrażliwości i życzliwości

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i moją codzienność.
O czym nie uczą dzieci w szkole? A powinni! 7 pytań i odpowiedzi

O czym nie uczą dzieci w szkole? A powinni! 7 pytań i odpowiedzi

Umiejętność planowania czasu i organizowania sobie przestrzeni, powinna być przedmiotem w szkole podstawowej. Nie jest, dlatego edukacja z tego zakresu, leży w rękach rodziców.

Dlatego zadaję 7 pytań, które mogą pomóc poukładać codzienność. Mniej nerwów, więcej odpowiedzialności w rękach dzieci.

Specjalnie używam słowa „edukacja”, bo planowanie czasu, działań, nawet marzeń, to coś, czego trzeba się po prostu nauczyć. I nie dlatego, że wypada, ale dlatego, że wtedy wszystkim łatwiej się żyje.

Wiele osób uważa, że rozmawianie o planowaniu czasu jest dzisiaj modne i tak naprawdę nic nikomu do tego, jak sobie układamy dzień. Teoretycznie to prawda. W praktyce jednak, nasza nieumiejętność w zakresie planowania, ma ogromny wpływ na ludzi dookoła.

Spóźniam się. Jakie to urocze!

Najprostszym przykładem jest spóźnianie się w różne miejsca. Jasne, że w życiu różnie bywa, wiadomo, że każdemu się zdarza. Jednak nie ma niczego uroczego w przepraszającym uśmiechu osoby, która robi to notorycznie. Jest za to ogromny brak szacunku dla innych.

Pamiętam, jak prowadząc szkolenia dla nauczycieli, starałam się zaczynać o czasie. Nie zliczę, ile razy zdarzyło mi się słuchać pretensji od osób dorosłych, że… zaczęłam o czasie, a przecież oni jeszcze tylko kończyli palić, rozmawiali przez telefon itd.

Z czasem zaczęłam wyjaśniać, dlaczego zaczynam szkolenie o umówionej godzinie. Do dziś uważam za absurdalną konieczność tłumaczenia się z punktualności. Dlatego tak bardzo zależy mi na nauczeniu dzieci szanowania własnego (i cudzego) czasu.

nerwowe poranki?

Umiejętność zaplanowania tej trudnej dla wielu pory dnia, może sprawić, że rozpoczniemy go z uśmiechem na ustach. A przynajmniej, bez wybuchających emocji, związanych poganianiem, ponaglaniem, pospieszaniem i krzyczeniem, że już pora!

Oczywiście, jeśli ktoś lubi tak spędzać poranki lub nie przeszkadza mu poczucie, że marnuje czas innych (tych, których zmusza do czekania na siebie) w porządku. Jednak wiele osób chce coś zmienić. A już na pewno wielu świadomych rodziców, chce nauczyć dzieci, jak sobie zorganizować dzień tak, żeby jak najmniej się denerwować.

Ja jestem zdecydowanie w tej drugiej grupie. Artystyczny bałagan jest dla mnie jedynie ładniejszym określeniem na zwykły bałagan. Nie odnajduję się w twórczym bałaganie, choć rozumiem, że wielu dorosłych to potrafi.

Posprzątaj ten pokój

Nie ma sobie co wmawiać, że dzieci cudownie odnajdują się w artystycznym bałaganie. Artystyczna dusza i twórcze zamiłowania, to nie do końca to samo, co życie w bałaganie. Zwłaszcza dla dziecka.

Jeśli chcemy w jakikolwiek sposób pomóc dziecku odnaleźć się w codziennych obowiązkach, warto zacząć od nauczenia, jak ogarnąć najbliższą przestrzeń. I nie chodzi o to, żeby nie było choćby pyłku kurzu. Chodzi o uwolnienie wzroku od elementów rozpraszających uwagę.

Zabierz te zabawki. Kiedyś ci podziękuje

Uwaga współczesnych dzieci rozprasza się tym łatwiej, że nie są przyzwyczajone do cierpliwego czekania na cokolwiek. Nie jest to wina złego charakteru, wychowania czy rozwydrzenia współczesnej młodzieży.

To znak czasów. Kiedyś nie było jedzenia, picia, zabawek i gadżetów na wyciągniecie ręki. Dzisiaj są, za to brakuje okazji do ćwiczenia cierpliwości.

Dlatego ważne są umiejętności lawirowania pomiędzy tymi wszystkimi rozpraszającymi pokusami. Mając w domu dziesięciolatkę, naprawdę wiem, o czym mówię. Słynne: Za chwilę! Ale mamo, zaraz skończę! Później to zrobię!… to chleb powszedni rodzica.

Dlatego zebrałam podpowiedzi, wskazówki, zabawy, zadania, które pomogą dzieciom w nauce zarządzania własnym czasem.

1. Jak podzielić dobę?

Podzielcie dzień lub całą dobę na kilka głównych części. Najlepiej na jakimś sporym kawałku kartonu lub na tarczy zegara np. poranek 1h, dojazd do szkoły/przedszkola (20 minut), szkoła (5 godzin), powrót ze szkoły, odpoczynek, obiad, zadanie domowe, relaks (tu można podzielić na dodatkowe elementy np. gra na komputerze, czytanie, obowiązki domowe, podwórko itd.), kolacja, przygotowanie do snu.

To uzmysłowi dziecku, ile czasu zajmują poszczególne czynności. Pokaże też, że przesunięcie jednej np. godziny snu, wiąże się z przesunięciem całości lub ze skróceniem czasu spania.

Przegięcie z graniem na komputerze, odbiera czas na czytanie lub wyjście na podwórko itd. Dziecko nie ma ogólnego wyobrażenia o tym, że doba nie jest z gumy. Rysunek lub rozpiska pomogą to zrozumieć.

2. Ile czasu to zajmuje?

Bawcie się w mierzenie pewnych czynności stoperem. Ile (mniej więcej) czasu zabiera zjedzenie obiadu? Wspólne przygotowanie kolacji? Powrót ze szkoły? Powieszenie prania? Powkładanie naczyń do zmywarki?

Większość dorosłych, nie ma świadomości, ile trwa wykonanie poszczególnych czynności. Dlatego tak często źle szacują czas potrzebny do przygotowania posiłku lub do wyjścia z domu. Licząc (oczywiście w zabawie) czas trwania tych czynności, dajemy dziecku narzędzie do umiejętnego planowania dzisiaj i w przyszłości.

3. Jak usprawnić działanie?

Weźcie pod lupę czynności, które są konieczne do wykonania, ale zajmują (waszym zdaniem) za dużo czasu. Co można zrobić, żeby je usprawnić? Czasem wystarczy usunąć jakiś rozpraszacz z pola widzenia. Często jest nim telewizor. Ubieranie się, jedzenie, sprzątanie przy oglądaniu bajki, zajmują o wiele dłużej, niż bez niej.

Więcej o oderwaniu od ekranu napisałam w artykule pt. Jak oderwać dziecko od telefonu? >>

Zrozumiałe jest, że dla dziecka np. sprzątanie zabawek, może być nudne. Poszukajcie alternatywy, sposobu uatrakcyjnienia, bo przecież można sprzątać zabawki np. przy audiobooku.

Choć bez popadania w przesadę, bo czasem po prostu trzeba coś zrobić i już. Na tym polega wspólne mieszkanie. Nie zawsze to musi być atrakcja z fajerwerkami.

Bawcie się w wykonywanie czynności na czas, sprawdzajcie, czy coś da się zrobić szybciej, czy coś się da usprawnić (np. układ zabawek na półkach w pokoju dziecka), żeby to, co trzeba zrobić codziennie, było łatwe i wygodne.

4. Jak pokazać upływający czas?

Używajcie zegarka lub innych odmierzaczy czasu. Jeśli jakaś czynności zabiera go sporo, a nie musi np. mycie zębów powinno trwać 2-3 minuty, korzystajcie z pokazania dziecku, ile tak naprawdę potrzebuje czasu. I co może zrobić z resztą, to też jest świetna motywacja.

Do pokazania czasu potrzebnego na poranną toaletę, można użyć klepsydry lub jakiejś piosenki, trwającej ok. 2 minuty. W tym czasie dziecko myje zęby i słucha muzyki. Przyjemne z pożytecznym.

To samo dotyczy grania na komputerze czy oglądania telewizji. Dziecko mające obok zegar odmierzający czas (nie musi się na nim znać, czasem sprawę załatwia stoper), rozumie, że nie spędzi przed ekranem całego dnia. Może mu się nie podobać, że czas się skończył, ale ma świadomość, że wykorzystało limit tego dnia.

5. Jak pokazać przyszłość?

Mając ogarnięty dzień, zacznijcie ćwiczyć tydzień, a potem miesiąc. Miesiąc w zupełności wystarczy, bo kilkulatkowi trudno planować sprawy, na pół roku do przodu. To wieczność.

Jeden tydzień czy jeden miesiąc, to najbliższa przyszłość. Warto stworzyć rytuał planowania miesiąca.

Oprócz usystematyzowania pewnych spraw, dajemy możliwość przygotowania się  do np. urodzin babci. Jasne, że dziecko po takim planowaniu może zapomnieć o tych urodzinach, dlatego warto mieć miesięczną rozpiskę w zasięgu wzroku dziecka. Sprawdzi się z wielu powodów.

  • Daje możliwość przygotowania się (technicznie, psychicznie itd.) na konkretny dzień/zdarzenie np. zaplanowanie niespodzianki, zakupienie potrzebnych materiałów, oswojenie z koniecznością szczepienia, które nie jest przyjemnym (ale koniecznym) zabiegiem.
  • Pokazuje dziecku, ile rzeczy ma zaplanowanych w danym tygodniu lub miesiącu. Kiedy pociecha przychodzi z kolejnymi pomysłami, wspólnie możecie sprawdzać czy aby nie za wiele wzięła na siebie w danym czasie. A to już wstęp do nauki dbania o siebie na różnych obszarach i umiejętności odpoczywania.
  • Widoczne (zapisane) plany są o wiele trwalsze, niż te jedynie wypowiedziane. Dziecko raczej ich nie zapamięta. Dopiero zapisywanie/rysowanie planów utrwala je w dziecięcej pamięci.
  • Wspólne planowanie, zaznaczanie dat np. wyjazdu, wyjścia do kina, urodzin, daje dziecku możliwość cieszenia się z tego, co ma nastać. Jasne, że z planami różnie bywa i czasem coś nie wypali. Bywa, że nie da się uniknąć rozczarowania, co nie zmienia faktu, że wspólne planowani przyszłości, jest ważnym elementem budowania relacji rodzinnych.
  • Pokazanie, że plany często ulegają zmianie, to też ważna lekcja radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych i szukania rozwiązań.

6. Planować obowiązki domowe?

Koniecznie zapisujecie obwiązki domowe. Najczęściej w planowaniu skupiamy się na dalszych celach np. wakacje, odrobinę zapominając, że to drobiazgi tworzą codzienność i atmosferę każdego dnia. Mając wyszczególnione obowiązki domowników, pokazujemy dzieciom kilka rzeczy.

  • Tych obowiązków jest całkiem sporo i nic się samo nie zrobi.
  • Nie każdy musi mieć jednakową liczbę obowiązków, trzeba je dostosować do możliwości i wieku, wiadomo. Jednak mając świadomość że np. mama ma więcej na głowie niż starsza siostra czy tata, reszta rodziny będzie bardziej skłonna do pomagania mamie, gdy zajadzie taka potrzeba. Wiedzieć (lub domyślać się) to jedno, widzieć czarno na białym, to drugie.
  • Widząc rozpisane obowiązki domowe, dziecko zaczyna rozumieć, na czym polega prowadzenie gospodarstwa domowego. To ważny element budowania rodzinnych więzi, poczucia wspólnoty i szacunku dla pracy innych.
  • Możliwość manipulowania obwiazakmai domowymi np. przenoszenie na innych dzień, gdy zajadzie taka potrzeba lub wymienianie się nimi między dziećmi i rodzicami, to okazja do ćwiczenia asertywności i umiejętności negocjowania.
  • Nie warto, za wszelką cenę, trzymać się sztywno wyznaczonych reguł, bez możliwości zmiany planów, bo właśnie możliwość ich zmiany, jest też ważną częścią życia. Pewna elastyczność jest więc wskazana, wszystko w granicach rozsądku.

7. Chwalić czy nie chwalić?

Czasem bywamy oszczędni z pochwałami kierowanymi do dzieci w kwestii umiejętność planowania. Nie robimy tego, nie chcąc przesadzić, żeby sobie nie pomyślało za dużo, bo odpuści.

Czasem też mamy wątpliwości, czy chwalenie (generalnie) ma sens, bo wiele się mówi o złym wpływie nagród na wychowanie, a pochwała jest rodzajem nagrody. Pomieszanie z poplątaniem, tych, którzy się w tym gubią, odsyłam do artykułu pt. A chwalić wolno? >>

Chwalenie dzieci (i dorosłych!) ma sens, tak samo jak konstruktywna krytyka ma sens. To jest bardzo motywujące, kiedy za włożony wysiłek, porządne wykonanie zadania, podążanie za kalendarzem i i staraniami, dziecko usłyszy miłe słowa. Każdego dnia.

Nie ma w tym najmniejszej przesady. Pochwały są elementem komunikacji, dzięki któremu zaczynamy wierzyć w siebie i zauważać, że naprawdę robimy postępy.

Oczywiście, nie chodzi o o chwalenie za pierdoły, ale jeśli np. umówiliście się, że dziecko planowo zakończy oglądanie telewizji o godz. 17:00 i ono to zrobiło (nawet jeśli trzeba było przypomnieć), to pochwała wzmocni poczucie dobrze wykonanej roboty.

Dorośli też ich potrzebują

Żeby lepiej zobrazować sprawę osobom, które cedzą pochwały z umiarem, zostawiając je sobie na wyjątkowy czas, o wiele chętniej dzieląc się krytyką, można sobie wyobrazić prostą sytuację.

Robimy pyszny obiad, zajmuje nam to dużo czasu i energii, a rodzina po zakończeniu jedzenia, bez słowa wstaje od stołu. No dobrze, z jednym „dziękuję”. Czy to naprawdę jest jakoś mega motywacja do postarania się z obiadem kolejnego dnia?

Albo inny wariant. Wstając od stołu mówią: Dziękuję, ale następnym razem może nie syp tyle soli, co? Pomidorowa jest lepsza z odrobiną cukru, a nie wyłącznie posolona. Poczujesz się bardzo doceniona?

Może jednak większą motywacja byłoby usłyszenie: Mamo, ten obiad jest przepyszny. Zrobiłaś moje ulubione gołąbki, dziękuję. Jesteś super. Jest różnica, prawda?

Plany planami, a życie życiem

Czasem zdarza się, że nie mówimy dzieciom o planach, nie uczymy planować, żeby (w razie czego) nie były potem rozczarowane. Ale przecież życie właśnie tak wygląda, że czasem plan się udaje, innym razem bierze w łeb.

Wychodzę z założenia, że lepiej wspólnie planować, niż uczyć, że co będzie to będzie. Lepiej cieszyć się wiele tygodni na wspólny wyjazd, niż zakładać, że nie ma się co cieszyć, bo coś może się nie udać.

Takie wspólne planowanie dalszej przyszłości, to też sposób na ćwiczenie pozytywnego nastawienia związanego z realizacją zamierzonych działań. Motywacja jest większa przy założeniu, że się uda, niż przy asekuracyjnym – nie ma się co starać, bo i tak nie wyjdzie.

Planery rodzinne 

Ten artykuł powstał przy współpracy z Familiowo. I nie jest pierwszym, jaki gości na blogu Tylko dla Mam. O planerach w dwóch odsłonach, opowiadałam w recenzjach filmowych. Są wersje magnetyczne na lodówkę lub (jak w moim przypadku) na taśmę dwustronną.

Są propozycje dla uczniów i różne warianty rodzinne. Na zdjęciu widać mój ulubiony, ale każda rodzina ma swoje upodobania, prawda?

Dodam tylko dla porządku, że sierpniowe zapiski widoczne na tych zdjęciach, są najprawdziwszą prawdą. Tak wygląda mój zawodowy plan na wakacje. Jak się wczytasz, zauważysz mnóstwo cennych informacji.

Kliknij w zdjęcie, żeby sprawdzić cenę,
dostępność i rodzaje planerów Familiowo!

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i mnóstwo aktywnego czytania.