Przemoc psychiczna „dla dobra dziecka”. Znasz gaslighting?

Przemoc psychiczna „dla dobra dziecka”. Znasz gaslighting?

Gaslighting to przemoc psychiczna. Dokładnie jest to forma przemocy psychicznej polegająca na zaprzeczaniu dziecięcym przeżyciom. Czyimkolwiek przeżyciom.

Nie mogę nigdzie znaleźć polskiego odpowiednika więc zostańmy przy tej angielskiej nazwie. O różnych formach przemocy wobec dzieci, dość często rozmawiamy na blogu Tylko dla Mam.

Gaslighting – przemoc psychiczna

To nie tylko zaprzeczanie, ale wręcz utwierdzanie drugiego człowieka w przekonaniu, że jego osąd sytuacji jest dziwny/niedobry/bezsensowny/zły.

Najczęściej doprowadzamy do takiej sytuacji z obawy przed prawdą, która w wielu wypadkach może się okazać bolesna, niewygodna, wstydliwa lub zwyczajnie niewygoda.

– Nie jestem głodna, nie chcę tego jeść. 
– Ależ oczywiście, że jesteś. Nic nie jadłaś od obiadu!

W tej krótkiej wymianie zdań mamy do czynienia z gaslightingiem. Ktoś komukikuje nam o swojej potrzebie (lub jej braku), ale my wiemy lepiej! Brzmi znajomo?

– Jestem mamą jedynaka i dobrze mi z tym.
– Tylko tak mówisz, na pewno marzysz o wiekszej rodzinie! 

Jeśli chodzi o temat jedynaków, więcej tego rodzaju przykladów znajdziesz w artykule pt. 8 tekstów, którymi wkurzysz mamę jedynaka >>

Przemoc psychiczna w dobrej wierze

Gaslightingjest uznawany za rodzaj psychicznej manipulacji. Jeśli mamy do czynienia z osobą słabszą (a niewątpliwie dziecko na takim stanowisku właśnie się znajduje) i wmawiamy, że jej punkt widzenia jest nieprawidłowy, to faktycznie można mówić o manipulacji.

Dziecko nie ma na tyle doświadczeń żeby wdać się z nami w polemikę. Nie potrafi przytoczyć badań psychologicznych, ma tylko nasze słowa, w które najcześciej wierzy np. Nie ma powodu do płaczu! Jeśli maluch uznał, że upadek jest powodem do płaczu, a my mu wmawiamy, że nie ma racji, to pewnie przestanie płakać. Tylko czy naprawdę nie ma racji?

Oczywiście wiele z nich tych manipulacji jest wprowadzanych „dla dobra pociechy”. Czasami działamy nie zastanawiając się czy to ma głębszy sens lub jakie przyniesie skutki w przyszłości. Działamy tak jak nas zaprogramowano w dzieciństwie, a wyrwanie się z tych schematów wydaje się być kompletnie niepotrzebną szamotaniną lub nowoczesnym bełkotem.

Poradnik dla rodziców

Jednak zostawię tu listę, na którą warto rzucić okiem w kontekście rozmyślania o gaslightingu.

  • Przemoc słowna. Nie mam tu na myśli np. wyzwisk, ale choćby wyśmiewanie: Taki duży, a się maże jak baba! lub zawstydzanie: Nie wstyd ci tak się mazać? O wychowaniu przez zawstydzenie i skutkach takiego rozmawiania z dziećmi opowiedziałam więcej tu: Dlaczego moje dziecko wszystkiego się wstydzi?  >>
  • Trywializowanie przeżyć: Oj tam, ten zastrzyk, to jak ukłucie komara, a ty tak histeryzujesz! Podobnie bywa z tłumaczeniem bicia (dawanie klapsów), o czym więcej opowiedziałam w artykule pt. To tylko jeden klaps >>
  • Odwracanie uwagi: Nie płacz już tylko zobacz jaki ładny samochodzik!
  • Ukrywanie ważnych informacji: Twoja rybka nie zdechła, po prostu zasnęła!) W tym wypadku zdarza się często maskować własne przewinienia np. kiedy rodzic zniszczy niechcący lub zgubi ulubioną zabawkę dziecka. Wmawiamy, że nie wiadomo gdzie się podziała, nie nadmieniając ani słowem o własnym wkładzie w sytuację. Sami nakręcamy się na kłamstwo, mamy wyrzuty sumienia wobec dziecka, ale też pokazujemy pewną postawę, w której unikanie jest ważniejsze niż np. przyznanie się do błędu i szukanie rozwiązania trudnej sytuacji. Więcej o budowaniu (i niszczeniu) autorytetu rodzica napisałam w książce pt. Trudne tematy dla mamy i taty >>
    Absolutnie nie mam na myśli mówienie dzieciom całej (dorosłej) prawdy za wszelką cenę. W tym wypadku skupiam się na zatajaniu prawdy, która mogłaby pomóc dziecku lepiej zrozumieć daną sytuację, ale też postawić rodzica w gorszym świetle.
  • To też unikanie prawdy sytuacjach, w których chcemy (pozornie) chronić dziecko, bo może mu być przykro. Nadmierna ochrona w każdej emocjonalnej sytuacji też nie jest rozwiązaniem. Jest przepisem na wychowanie niedojrzałego dorosłego, czyli „emocjonalnej ciamajdy”. Więcej na ten temat opowiedziałam tu: Nie biegaj, bo się spocisz! >>
  • Zmiana – chodzi tu o chęć zmiany drugiego człowieka i dostosowanie go (postawy, osobowości, zachowań) do własnych wyobrażeń. Znamy to pewnie z relacji damsko-męskich, ale w relacjach rodzic-dziecko też przykładów nie brakuje. Wtedy próbujemy wpłynąć na dziecko przez choćby motywowanie porównaniami: Zobacz jak brat pięknie je, a ty się wciąż się wiercisz. Dlaczego nie możesz wziąć z niego przykładu?
    Prawda jest taka, że nikt z nas nie chce być na siłę zmieniany. Człowiek zmienia się przez całe życie i dążenie do zmian jest naprawdę ważnym procesem. Jednak nie oznacza, że mamy prawo naginać świat drugiego człowieka do naszych oczekiwań. Przeprowadzenie dziecka z szacunkiem przez pewien proces jest zdecydowanie czymś innym, niż wtłaczanie do głowy „jaki ty powinieneś być”.
    Bardzo często dorośli ludzie mają problem w relacjach ze swoimi bliskimi, właśnie na tle tej „gaslightingowej” zmiany. Słynna teściowa, dla której żona nigdy nie będzie wystarczająco dobra lub matka wiecznie krytykująca córkę za: nieporadność, wygląd, sposób wychowania dzieci i tysiąc innych spraw. To wszystko jest pewnym rodzaj przemocy psychicznej, z którym ciężko się żyje tej drugiej stronie.
  • Ostatnim elementem, o którym chciałam wspomnieć jest nadmierna kontrola. Nie raz i nie dwa, rozmawialiśmy o niej choćby tu na blogu. Nikt nie lubi być kontrolowany na każdym kroku, dlatego dzieci (i dorośli) tak walczą o swoją prywatność, granice i swobodę. Nadmierna kontrola przynosi więcej szkody niż pożytku, sporo opowiedziałam na ten temat tu: Jak rozpoznać czy jestem nadopiekuńczą mamą? >>

To już nic nie wolno dziecku powiedzieć?

To pytanie, które bardzo często słyszę z ust rodziców. Staram się dystansować do takich pytań, bo bardzo nie lubię sytuacji, w których dorośli oczekują tylko białej lub czarnej odpowiedzi. Wszystko albo nic… to nie jest wspierające wychowanie. Skąd pomysł, że nic dziecku nie można powiedzieć?

Można wszystko, tylko z szacunkiem. Jeśli komuś, opisane tu zachowania, wydają się przesadą, wypominaniem, czepianiem się, to oczywiście jego prawo.

Dodam tylko (za Jay Carterem, autorem książki „Nasty People: How to Stop Being Hurt by Them without Stooping to Their Level”, McGraw Hill), że przemyślany gaslighting – świadome wprowadzanie w błąd, zaprzeczanie prawdzie, unikanie prawdy, naginanie rzeczywistości kosztem cudzych emocji – jest stosowany przez mały procent (zaledwie 1-2%) ludzi. Nie jest przecież tak, że chcemy krzywdy naszych dzieci.

Z kolei jakieś 20% stosuje ten chwyt z przyzwyczajenia, bez zastanowienia, dla wygody… bezmyślnie, choć czuje, że to nie do końca jest w porządku. I to już jest niepokojące.

Cała reszta używa gaslightingu raz na jakiś czas, co w sumie jest dobrą wiadomością.

Świadomy rodzic

Wiedząc jednak, że coś takiego istnieje i ma wpływ na sposób wychowania naszych dzieci, na ich rozwój i świadomość własnych emocji, warto (co jakiś czas) po prostu zastanowić się, czego dla tych naszych dzieci tak naprawdę chcemy i jak sami chcemy być traktowani.

Wszystko sprowadza się do kilku prostych punktów:

  • przyjrzyj się sytuacji zanim cokolwiek powiesz,
  • przemyśl to, co chcesz powiedzieć,
  • nie działaj wyłącznie według schematów, które znasz i po które najłatwiej sięgnąć,
  • traktuj innych tak, jak sama chciałabyś być traktowana.

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i moją codzienność.
Jak uspokoić zdenerwowane dziecko?

Jak uspokoić zdenerwowane dziecko?

Nie wiem czy łapiesz się na tym czasami (ja tak!), że mówiąc coś do dziecka (lub dorosłego) w dobrej wierze, jedynie zaogniasz sytuację? W codzienności rodzica to jest dość typowe. Zwłaszcza kiedy sprawy toczą się szybko, trzeba działać tu i teraz. Mam wrażenie, że żadne metody wychowawcze nie działają na moje dziecko. 

Wyobraźmy sobie jedną z najbardziej oczywistych scen – starsze dziecko wyrywa zabawkę młodszemu i zaczyna się mały koniec świata. Większość z nas pewnie czytała więcej niż jeden poradnik rodzicielski i teoretycznie wie, jak się odzywać w takich sytuacjach. Jednak kiedy nie ma czasu na przypominanie sobie książkowych treści, bywa, że człowiekowi wyrwie się: Ale ty jesteś rozkrzyczana! Jesteś niemiła! Tak się nie zachowuje dobra siostra!… lub inne tego typu morały, z których niewiele tak naprawdę wynika. 

To znaczy wynika z nich całkiem sporo, ale nie w kontekście wspierania poczucia wartości dziecka.

Nie będę się tym razem skupiać na umiejętności dzielenia się zabawkami, bo zależy mi na podkreśleniu zupełnie innego obszaru w komunikacji wspierającej. 

Tym razem skupię się na tym nieszczęsnym komunikacie wypadającym (zupełnie naturalnie i niepotrzebnie) z naszych ust. Kiedy złapię się na wypowiadaniu czegoś takiego, zawsze kojarzy mi się wypowiadanie zaklęcia, które (na moje i dziecka nieszczęście) spełnia się, choć nikomu specjalnie na tym nie zależy. Wiesz, coś w stylu: A niech to piorun strzeli! I strzela!  

Kiedy dziecko słyszy, że jest „jakieś”: niegrzeczne, niemiłe, niedobre, krnąbrne, uparte, wymuszające itd. odczuwa różne emocje. Jedną z nich jest wstyd, „bo rodzic myśli, że taka jestem”. A przecież żadne dziecko nie jest cały czas np. krnąbrne lub niemiłe. Zdarza się to w określonych okolicznościach. Dlatego warto, naprawdę warto zwracać uwagę na to kiedy, jak i co mówimy do dzieci. 

Zrób trzy kroki w tył zanim zaczniesz wychowywać

Zostańmy przez chwilę przy tej scenie wyrywania zabawki. Gdy dziecko w tym momencie (a i tak jest już zdenerwowane) słyszy, że jest niemiłe, niegrzeczne, to ostatnią rzeczą, na której będzie się w tej chwili skupiać, jest próba sprostania wymaganiom rodzica dotyczącym dzielenia się zabawkami. 

Kiedy ktoś rzuca ci w twarz, że jesteś niemiła, jakoś trudno mi uwierzyć, że nagle zaczynasz się spokojnie zastanawiać, czy aby przypadkiem nie ma racji. Pierwszą reakcją jest zazwyczaj zaprzeczenie, drugą wstyd, za którym na pewno nie idą spokojne przemyślenia. 

Nadepnęłaś komuś na stopę w tłumie i słyszysz: Rany, ale pani jest nieuważna. Serio? 

Upuszczasz na podłogę książkę z bibliotece i słyszysz: Ale niezdara z ciebie! Godzisz się potulnie?

Ze zmęczenia zapomniałaś wyjąć pranie z pralki i śmierdzi: Och, cóż za nieodpowiedzialna gospodyni! 

Mam nadzieję, że nie godzisz się na takie hasła w swoim kierunku. Przecież te pojedyncze sytuacje nie definiują, że taka jesteś. To tylko pojedyncze sytuacje. Dokładnie jak ta z wyrywaniem zabawek. Warto wziąć to pod uwagę w każdej wychowawczej sytuacji. Jest ich codziennie bardzo wiele, ale nie każda sytuacja nadaje się do „zabierania się za wychowywanie”. 

Paradoksalnie, jako rodzice najczęściej zabieramy się do tego trudnego procesu właśnie w momentach kiedy dzieci się kłócą, kiedy jest jakaś akcja, coś wisi w powietrzu, atmosfera się zagęściła. To tak naprawdę najgorszy z możliwych momentów, jeśli chodzi o tłumaczenie czegokolwiek. O wiele więcej da się zdziałać kiedy dzieci (i my) są spokojne. 

Jak reagować na takie kłótnie?

Co zatem robić kiedy sytuacja się zaognia? Starać się uspokoić. Nie rzucać się z gaśnicą na ten ogień, bo za chwilę trzeba będzie robić to ponownie. Uspokojenie nie przychodzi na pstrykniecie palcami, czasami trzeba poczekać, popłakać, pokrzyczeć… dopiero potem szukać rozwiązania. 

Najcześciej wydaje nam się (słowo klucz), że dzieci oczekują rozwiązania natychmiast. Wydaje nam się, co nie znaczy, że tak jest. Częściej oczekują zauważenia, że coś jest nie po ich myśli. Zauważenie polega na opisaniu sytuacji i przerobieniu emocji, a nie na rzucaniu gotowymi rozwiązaniami/poleceniami w stylu: Natychmiast przestańcie! 

Albo moje ulubione hasło serwowane często zdenerwowanemu dziecku: Uspokój się! Ile razy w takiej sytuacji zdenerwowane dziecko się uspokoiło? Tak z ręką na sercu. 

Jak uspokoić dziecko?

Jeśli chodzi o budowanie poczucia bezpieczeństwa i komunikaty uspokajające (zamiast „Uspokój się!”), zostawiam artykuł pt. 30 niezawodnych sposobów na uspokojenie dziecka >> 

Skupiając się na tym, jak rozmawiać wspierająco, warto poćwiczyć opisywanie sytuacji ewentualnie zachowania, a nie „dookreślać” dziecko, jako człowieka. Kiedy więc wyrywa nam się: Ale jesteś niemiła! to jest opisywanie/definiowanie dziecka, nie sytuacji. 

Co czuje dziecko?

Wyobraź sobie sytuację, w której przyjmujesz w domu gości. To jacyś ważni goście, zależy ci na zrobieniu dobrego wrażenia. Powiedzmy, że znajomi z pracy albo teściowie. Niosąc kawę z kuchni na stół potykasz się i oblewasz kogoś. Oburzony gość mówi: Ależ ty jesteś niezdarna! Wiem, że są osoby, które w takim momencie przyznają potulnie rację. 

Jednak – tak z ręką na sercu – pewnie wiesz, że nie jesteś niezdarna, że to był wypadek. Zdarzyło się tu i teraz, ale ogólnie daleko ci do bycia niezdarą. Każdemu może się zdarzyć. Jestem przekonana, że nawet jeśli nic głośno nie powiesz, to pomyślisz, że taki komentarz jest nie na miejscu. Jednocześnie będzie ci głupio (wstyd), że np. teściowa tak o tobie powiedziała. Takie słowa zapamiętuje się na długo. 

Podobnie jest z maluchami, które słyszą, że są niezdarne, niemiłe, niegrzeczne itd. To, że dziecko „jakoś” zachowało się tu i teraz, wcale nie znaczy, że takie jest. Lepiej powiedzieć: „To było niemiłe”, zamiast: „Ale jesteś niemiła”. 

Niby drobiazg i ktoś może powiedzieć, że przesadzam i cackam się z dziećmi zamiast mówić wprost, co i jak. To nie jest przesada, to fakty potwierdzone badaniami psychologicznymi na bardzo wielu płaszczyznach. Kiedyś po prostu nie były znane, dzisiaj o nich wiemy. Jeśli komuś zmiana sposobu komunikacji z dziećmi wydaje się przesadą, to znak, że w jego domu nie przywiązywano do tego uwagi. Co nie znaczy, że nie warto zmienić tego dzisiaj. 

A co kiedy już padły słowa?

Jak to co? Zwyczajnie przeprosić dziecko i naprawić sytuację: „Przepraszam cię. Nie jesteś niemiła, wyrwało mi się bez sensu. Chodziło mi o to zachowanie, nie o ciebie. Źle to powiedziałam. Wybaczysz?”. 

I to jest w wielu przypadkach najtrudniejsze do przełknięcia dla rodzica. Nie dość, że trzeba przyznać się głośno do błędu, to jeszcze prosić o wybaczenie? Od razu przychodzi do głowy: „Ale przecież ona wyrwała klocek młodszej i przez to cała awantura. Nie będę przepraszać”. Prawda jest taka, że nie do końca przez to wyrwanie cała awantura, tylko przez naszą reakcję najcześciej nakręca się cała akcja zakończona kłótnią lub pyskowaniem

Warto wysilić się i przeprosić kiedy nas poniesie, bo dziecko najcześciej chętnie wybaczy i przede wszystkim – bardzo potrzebuje naszej świadomości rodzicielskiej, to buduje poczucie bezpieczeństwa. Wiara, że jako rodzice, wiemy co robimy i mówimy. Prosząc o wybaczenie przyznajemy się do błędu, ale też pokazujemy, że wiemy o co chodzi w tej sytuacji. Uspokajamy ją, zamiast ignorować, zrzucać całą winę na dziecko lub zaogniać kolejnym nakazem, zakrzyczeniem wyrzutów sumienia. 

Nie, wcale nie jest to łatwe do nauczenia się, bo to zupełnie odmienny rodzaj komunikacji od tej, którą znamy z naszych szkół, przedszkoli, często i domów.

Jednak zwróć uwagę, że dziecko do którego mówisz: „Źle się zachowałeś” będzie o wiele bardziej skore do współpracy, posłuchania co masz dalej do powiedzenia, dowiedzenia się, na czym polegało złe zachowanie, niż dziecko zwyczajnie zawstydzone: Jesteś złą siostrą! 

To zawstydzone dziecko będzie (i to przez długi czas) skupione na tych słowach, dlatego one właśnie kojarzą mi się z niedobrymi zaklęciami. W gruncie rzeczy są samospełniającą się przepowiednią. Dziecko może się buntować i uważać, że „jestem dobrą siostrą”, ale jeśli kolejny i kolejny raz usłyszy od rodzica (osoby, którą kocha i której ufa), że tak nie jest, w końcu skapituluje. I wtedy tak naprawdę zaczną się trudne tematy rodzicielskie.   

 

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i dużo aktywnego czytania.
Bardzo osobista historia czytelnictwa

Bardzo osobista historia czytelnictwa

Jednym z najtrwalszych wspomnień mojego dzieciństwa (a z biegiem lat większość z nich zaciera się coraz bardziej) są wieczory. Wieczory poświęcone czytaniu. 

Ja i moja młodsza siostra w pidżamach leżymy już w łóżkach, a na ławie siedzi nasz Tata. Każda ma prawo wybrać tytuł bajki, która zostanie odczytana przed zaśnięciem. 

Najczęściej to jedna ze zbioru „Śpiewająca lipka” lub baśni z „U złotego źródła”. Były czytane tak często, że właściwie znałyśmy je na pamięć.

Tym bardziej podejmowane przez rodzica  próby oszustwa, polegające na omijaniu wersów, fragmentów, a nawet całych stron (w zależności od stopnia uśpienia dzieci), nie mogły się powieść. Budziłyśmy się natychmiast wyznaczając karę – dodatkowe baśnie do przeczytania.

Czasami czytaniu towarzyszyły bajki wyświetlane na ścianie z projektora. A czasami zastępowane było słuchaniem ukochanych bajek-grajek z winylowych płyt na wysłużonym bambino.

Samodzielne czytanie 

Pamiętam wizyty w miejskiej bibliotece – stare, drewniane schody prowadzące do niewielkiego pomieszczenia w niemalże piwnicy, drewniane regały i stare katalogi alfabetyczne. Pamiętam tę niemal fizyczną ekscytację odczuwaną w trakcie przeszukiwania katalogowych fiszek i rozczarowanie, gdy okazywało się, że upragniona pozycja jest właśnie wypożyczona.

Pamiętam radość i niecierpliwy powrót do domu, gdy udało mi się w końcu wypożyczyć „Chatę wuja Toma” – egzemplarz mocno sfatygowany, kartki pożółkłe i przetarte, poddawany wielu zabiegom reanimacyjnym, prawie wyczytany. Ale mój na kilka dni i wieczorów.

Pamiętam noce zarywane czytaniem kolejnych tomów Ani, Plastusia i Pana Kleksa. To było już wtedy, gdy umiejętność czytania uniezależniła od czasu i ochoty zabieganych rodziców.

Te dawne książki 

I pamiętam radość obcowania z właśnie zakupionymi szkolnymi podręcznikami, upajanie się zapachem świeżej farby drukarskiej i rytuał oprawiania i podpisywania okładek.  

Czas mojego dzieciństwa to czas socjalistycznych niedoborów i zamkniętych granic, braku możliwości wszelakich, ale to również czas, gdy właśnie świat, kreowany w książkach otwierał na poznanie obszarów nieznanych. Otwierał te granice i umysł. I dawał wiarę w spełnienie niemożliwego. Sprawiał, że świat stawał się barwniejszy, emocje mocniejsze, a przeżywanie bogatsze. 

Wierzę mocno, że to jak istniejemy w świecie, zależy od pojęć, języka, którym się posługujemy. To, co jesteśmy w stanie nazwać, dla nas istnieje. I właśnie książki tę liczbę pojęć zwielokrotniają. Czytając, niedostrzegalnie zmieniamy się, coraz więcej widząc, słysząc i czując.

Jednakże wiara ta nie determinowała moich wyborów czytelniczych. Po prostu pragnęłam przeczytać daną książkę, a ona prowadziła mnie do następnych. I tak książki towarzyszyły mi w dzieciństwie, a później w całym moim dorosłym życiu.

Czytanie bez planu 

Kiedy urodziła się moja córeczka, absolutnie nie miałam żadnego planu czytelniczego dla niej. Nie gromadziłam książek dla dzieci, nie czytałam blogów, poświęconych dziecięcej literaturze. Tak bardzo skupiałam się na aspektach pielęgnacyjnych i opiekuńczych, że rozwój poznawczy pozostawiłam naturze. Pojawiały się w naszym domu mało lotne pozycje z koszmarnymi ilustracjami. Och, jakże mi wstyd. 

A potem moja córeczka bardzo ciężko zachorowała. I dopiero bardzo długi pobyt w szpitalu odkrył dla nas bogactwo i wartość dziecięcej literatury. Książki ze szpitalnej, oddziałowej biblioteczki były w zasadzie jedną z niewielu dostępnych aktywności dla oplątanej kabelkami i pompami 2,5 latki. Ja przypominałam sobie, a moje dziecko poznawało radość obcowania z historiami, które przenosiły nas na zewnątrz, do świata pachnącego latem, zabawą i wolnością. 

Książki dla dzieci pomagają 

Będę zawsze już wdzięczna autorowi Ianowi Falconerowi za książki o śwince Olivii. Jedna z ilustracji przedstawia rezolutną świnkę z czerwonymi elementami na uszach. Gdy Judytka nie mogła pogodzić się z koniecznością noszenia aparatów słuchowych (uszkodzenie słuchu było efektem ubocznym leczenia), przekonałam ją, że Olivia nosi właśnie takie aparaty słuchowe, traktując je jak biżuterię i ozdobę. 

Naprawdę sympatyczna bohaterka, pomogła mojej córeczce zaakceptować nowych, codziennych towarzyszy. A dla mnie w tych trudnych dniach, czytanie Judytce było chwilą, gdy znikała szpitalna sala na „siódemce” i byłyśmy razem zupełnie gdzie indziej… 

Wyszukiwałam kolejne literacki propozycje dla Judytki i tak powoli wsiąkałam w ten świat. Świat „opętanych” książkami dla dzieci 

Teraz już w domu, w prawie normalnym życiu, czytanie jest obowiązkowym punktem każdego dnia i absolutnie wieczornym rytuałem. Nadal bez czytelniczego planu. Nadal nie szukam w książkach walorów edukacyjnych i wychowawczych. 

Nie cenzuruję 

Pozwalam bohaterom książek by czasami nie umyli zębów, byli niegrzeczni i powtarzali po setki razy: „jesteś głupi”, „nie lubię cie”, „kupa, dupa”. Wiem, może to nie pedagogiczne, ale jestem mamą, a nie nauczycielką.

Wychowuję uważną obecnością, przykładem, gotowością do rozmowy, gdy moje dziecko tego potrzebuje. Nie czytam córce książek, które mnie samej nie pociągają, nie interesują. Nasze czytanie to czas wspólnego, tylko naszego, ekscytującego odwiedzania innych pasjonujących światów. 

I nie ma wspanialszych słów w ustach dziecka, gdy mimo zmęczenia prosi: „Mamo, błagam, błagam, błagam jeszcze czytaj. To takie ważne. Ja muszę wiedzieć co dalej”. I czytam, bo sama chcę, by ta nasza przygoda ciągle trwała… I wiem, że w sercu mojego dziecka urodziła się miłość do książek, a moje serce o tej miłości sobie przypomniało. 

PS Moim ostatnim odkryciem jest „Book” Davida Milesa >> z ilustracjami Natalie Hoopes – to właśnie jest kwintesencja tego, czym jest obcowanie z książką. Niedługo pokażę w mojej ukochanej grupie facebookowej Aktywne Czytanie. 

Autorką artykułu jest Joanna Snochowska-Majer, prowadząca profil na Instagramie zaczytane_usypianie >> 

Dobry duch grupy Aktywne Czytanie książki dla dzieci >>, zawsze podsuwa wyjątkowe inspiracje książkowe.  Dziękuję!

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i dużo aktywnego czytania.
Jak wychować empatyczne dziecko? Czy tego da się nauczyć?

Jak wychować empatyczne dziecko? Czy tego da się nauczyć?

Ostatnio doświadczyłam bardzo dużo empatii ze strony innych ludzi, co sprawiło, że opowiedziałam o niej w tym odcinku podcastu Tylko Dla Mam. 

Z mojego punktu widzenia bardzo ciekawe są współczesne badania mówiące o tym, że z tym wrodzonym egocentryzmem dzieci do siódmego roku życia, wcale nie jest tak czarno-biało. Do niedawna uważano, że maluchy są skupione na sobie i koniec. Nie ma mowy o współodczuwaniu czy empatii. 

Przygotowując artykuł na temat uczenia empatycznych zachowań dzieci w wieku przedszkolnym dla czasopisma Bliżej Przedszkola, z którym współpracuję od lat, doszukałam się badań profesora Paula Blooma z Uniwersytetu Yale. Przytacza wiele dowodów (również innych naukowców) na to, że dzieci od urodzenia niemal potrafią współodczuwać emocje innych ludzi. 

Rozwijanie empatii

Maluchy może nie do końca potrafią nazwać emocje, ale widząc kogoś płaczącego, same często zaczynają płakać. Widząc kogoś roześmianego, też zaczynają się śmiać, czyli przejmują emocje innych osób. 

Z tym przejęciem emocji wiele wspólnego mają tzw. neurony lustrzane, czyli komórki odkryte zupełnie przypadkiem u makaków w 2004 roku. One (komórki, nie makaki) sprawiają, że dzieci uczą się zachowań empatycznych głównie przez naśladowanie nas – rodziców. 

Tu właśnie stare teorie zderzają się z nowymi, bo te stare podkreślają, że dzieci do siódmego roku życia, są egocentrykami i koniec. Sama zresztą pisałam nie raz o tym wrodzonym egocentryzmie maluchów.

Jak to wytłumaczyć dziecku? 

Jeśli masz małe dziecko i nie bardzo wiesz, jak z nim rozmawiać o emocjach, być może przyda się artykuł pt. Jak się dogadać z półtoraroczniakiem i dwulatkiem?, choć odcinek podkastu dotyczy dzieci w różnym wieku, nie tylko maluchów. 

Chcesz banana? Tak, nie, nie wiem! To jak w końcu rozmawiać z półtoraroczniakiem i dwulatkiem?

Nie znaczy oczywiście, że w świetle nowszych badań wszystkie stare teorie wyrzucamy natychmiast do kosza. Ale warto wiedzieć, że są i świeższe głosy w sprawie edukacji związanej z empatią. 

Nauczyć się uważności

Swoją drogą, uważność dorosłych odgrywa niezmiernie istotną rolę w uczeniu empatii najmłodszego pokolenia. 

Wyobraźmy sobie sytuację, w której starsze dziecko wpada do kałuży pełnej błota i zaczyna płakać. Wystarszyło się (wiem, że większość maluchów się ucieszy, ale załóżmy na potrzeby tego przykładu, że to się nie ucieszyło).

Czasem zdarza się, że młodszy brat podbiega i zaczyna przytulać płaczącego. Bywa, że ten płaczący wcale nie chce przytulania, ale maluch i tak „robi swoje”. 

Z punktu widzenia dorosłego może to wyglądać, jak zupełny brak empatii. Młodszy może usłyszeć: Nie ściskaj go teraz, jest brudy, ty też się cały za chwilę ubrudzisz. Michał potrzebuje teraz kąpieli, a nie przytulania. 

Jednak ten uważny dorosły zapewne domyśli się, że młodszy brat chce pocieszyć, pomóc. Nie potrafi wyrazić tego słowami, wyraża więc tak jak umie. A że przy okazji jedynie rozsierdza wystraszonego i poirytowanego starszaka, to już sprawa do przepracowania za chwilę.

Empatia do wyuczenia

Taki trudny moment to znakomita okazja do nauczenia empatycznych zachowań. Zamiast karcić, że maluch rozkręca aferę, warto temu pocieszającemu powiedzieć: Widzę, że chcesz pocieszyć brata. Wpadł do błota i płacze. Przynieśmy mu ręcznik żeby się wytarł, a potem jak będzie chciał, przytulimy go mocno. Co ty na to? 

Uczenie empatii ma naprawdę wiele wspólnego z uczeniem szacunku dla drugiego człowieka, ale też szacunkiem do siebie. To pocieszające na siłę dziecko, chce wesprzeć, pomóc, coś poradzić i warto pozwolić wybrzmieć tym emocjom, bo są ważne. 

Zauważając je, podkreślając empatyczne zachowanie, potem ukierunkować na działanie, które przyniesie ulgę lub pomoc. Tych działań z czasem każdy się nauczy.  Jednak wszystko zaczyna się od zauważenia drugiego człowieka.

Jak wychować empatyczne dziecko?

Zapraszam do wysłuchania odcinka, w którym o współodczuwaniu i współczuciu bardzo wiele mówię. Nie przegapisz żadnego nowego docinka zapisując się na newsletter Tylko dla Mam >> 

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i moją codzienność.

Jak powstają książki dla dzieci?

Jak powstają książki dla dzieci?

Jak powstają książki dla dzieciNapisanie książki dla dzieci to bułka z masłemWłaśnie takie stwierdzenie niedawno usłyszałam – pisanie książek dla dzieci jest łatwe i w zasadzie każdy mógłby to robić. No bo co może być trudnego w napisaniu kilku stron prostej historyjki o przygodach jakiegoś zajączka albo misia?

Teoretycznie nic. Pewnie każdy rodzic opowiadał kiedyś swojemu dziecku wymyśloną przez siebie bajkę, a ono piało z zachwytu.

Niestety trudności pojawiają się, kiedy odbiorcą staje się obca nam osoba, a nie dziecko, które nas kocha i wierzy, że wszystko, co stworzymy jest wspaniałe. Sprawa staje się jeszcze trudniejsza, kiedy za ocenianie tekstu bierze się profesjonalista – redaktor w wydawnictwie. I w tym momencie często okazuje się, że to, czym zachwycało się nasze dziecko nie jest jednak tak wspaniałe.

Sam akt pisania książki dla dzieci, czyli wklepywanie literek w komputer, to rzeczywiście nic skomplikowanego. Czyli właśnie ta bułka z masłem. Tyle że zanim dojdziemy do tego etapu, trzeba samemu siać i zebrać zboże na mąkę, żeby tę bułkę potem też własnoręcznie upiec (tak jak samemu trzeba wpaść na pomysł książki i dopracować go w każdym szczególe) i samemu hodować krowę aby z jej mleka zrobić masło (tak jak samodzielnie trzeba doskonalić warsztat pisarski). No i jak już to mamy, to rzeczywiście bułka z masłem.

Jak wygląda pisanie książki?

Pisanie książki dla dzieci, tak jak i chyba każdej innej książki, zawsze zaczyna się od pomysłu. Czasem to główna myśl, przesłanie, które chcemy przekazać czytelnikom. Innym razem to jakiś mglisty obraz bohatera albo sceny. Przez jakiś czas obracamy ten pomysł w głowie aż stanie się bardziej szczegółowy, żeby móc zabrać się za pisanie.

Chyba każdy autor ma trochę inną technikę tworzenia. Jeden rozpisze sobie szczegółowy plan fabuły, charakterystyki bohaterów, a nawet linie fabularne każdego z nich. Inny pójdzie na żywioł, otworzy plik na komputerze i da się ponieść, nie wiedząc dokąd ten pomysł zmierza. Im dłuższy tekst do napisania, tym bardziej liczy się początkowe przygotowanie i dopracowany plan całości. W krótszych tekstach można dać się ponieść pisaniu bez planu, bo wszelkie błędy i nieścisłości łatwiej można poprawić.

Z kolei w krótkich tekstach bardzo ważny jest sam pomysł. W końcu książki dla maluchów mają bardzo mało tekstu, a styl powinien być prosty, żeby trafił do dzieci. Nie możemy więc uwieść czytelnika powalającymi metaforami czy zawiłością fabuły. Dlatego pomysł robi w tym przypadku ponad połowę roboty.

Kiedy już wszystko mamy przemyślane, potem napisane, przychodzi czas na poprawki. A poprawki to często wykreślanie i dopisywanie znacznej części książki.

Każdy tekst, nawet najkrótszy, musi być przeczytany kilka razy, poprawiony, a najlepiej żeby jeszcze zostawić go na jakiś czas i spojrzeć na niego później na chłodno. Dopiero wtedy można mieć jakieś pojęcie czy on nadaje się do publikacji czy nie. Bardzo pomaga też poproszenie o opinię osoby, które mogą być potencjalnymi czytelnikami danej książki.

Mam napisaną książkę i co dalej?

Po tym jak przeczytaliśmy już naszą książkę milion razy, poprawiliśmy co da się poprawić, jej bohaterowie zaczynają nam się śnić po nocach i wymęczyliśmy kogo się da, żeby przeczytał i ocenił książkę – można planować jej wydanie.

Książkę można wydać własnym nakładem albo w wydawnictwie. Ja znam tylko tę drugą drogę, więc o niej tylko mogę opowiedzieć.

Po tym, jak dopracowaliśmy tekst, musimy napisać jego streszczenie, odpowiednio go sformatować (podobno nawet złe formatowanie może przekreślić tekst w wydawnictwie), określić jego grupę docelową i przygotować listę wydawnictw, do których będziemy wysyłać propozycje. Na mojej liście jest około sześćdziesięciu wydawnictw. Trzeba przejrzeć stronę każdego z nich i zastanowić się czy nasza książka pasuje do ich profilu i czy chcemy na pewno u nich wydać książkę.

Czasem wydawnictwa podają wytyczne albo wskazówki dla przyszłych autorów i trzeba się do nich zastosować. Potem przygotować treść maili dla wydawnictw. Każdy z tych elementów (treść maila, streszczenie, treść książki) są równie ważne. Wydawnictwa dostają wiele propozycji, a redaktorzy mają też inne obowiązki poza czytaniem nadesłanych propozycji. Dlatego nie wszystkie teksty są czytane, na pewno nie w całości. Można zostać skreślonym już na etapie streszczenia albo nawet treści maila, dlatego żadnego z tych elementów nie można potraktować ulgowo.

Wysłaliśmy propozycje do kilkunastu czy kilkudziesięciu wydawnictw i co? I czekamy.

Cierpliwość, cierpliwość i… cierpliwość

Czekać na odpowiedź można kilka dni albo kilka miesięcy. Od większości wydawnictw nie doczekamy się jej w ogóle bo większość z nich odpowiada tylko jeśli są zainteresowani publikacją. Dlatego trzeba uzbroić się w cierpliwość.

W końcu któregoś dnia dostajemy maila z treścią: „Jesteśmy zainteresowani publikacją pana/pani książki”. Najpierw czytamy tego maila dziesięć razy żeby się upewnić, że nam się nie przywidziało. Potem prosimy męża/żonę żeby też przeczytali, bo może jednak coś źle zrozumieliśmy.

Kiedy już się upewnimy, że nie mamy halucynacji i rzeczywiście ktoś chce nas wydać, przychodzi czas na podpisanie umowy, redakcję książki, wybór ilustratora, czekanie na ilustracje. To wszystko wymaga czasu i ciągnie się miesiącami. Dla niecierpliwych zaleca się zakup dużej ilości herbatek z melisy.

Nawet jeśli przygotowanie książki mogłoby zająć pół roku, publikacja raczej nie nastąpi sześć miesięcy po zaakceptowaniu tekstu. Wydawnictwo ma też inne książki do przygotowania, ma ustalony plan wydawniczy, którego się trzyma. Dlatego prace nad naszą książką czasem mogą się zacząć dopiero kilka miesięcy, a nawet rok po podpisaniu umowy.

Droga jest długa

Jak widać od pierwszego pomysłu do zobaczenia swojej książki w księgarni jest długa droga. Ale kiedy wreszcie mamy ją w rękach, to stwierdzamy, że warto było. Szczególnie, kiedy otrzymujemy wiadomości od rodziców, że dziecko cały czas prosi o czytanie książki i biega dookoła pokazując wszystkim pępek (bo moja książka jest o pępku właśnie).

Muszę się przyznać, że autor czasem siedzi przed komputerem tylko po to, żeby wyszukiwać opinie o swojej książce. I drży – podoba się czy się nie podoba. A każda, nawet najmniejsza wzmianka o książce, dodana gdzieś “przy okazji” niezmiernie cieszy i powoduje szybsze bicie serca. A to, że obcy ludzie poświęcają kilka minut, żeby napisać do nas wiadomość, że książka się podoba, to już w ogóle sprawia, że mamy ochotę skakać z radości.

Ale czasem, mimo że mamy w rękach tę swoją książkę, to nadal trudno nam uwierzyć, że jednak się udało i gdzieś tam w księgarni stoi na półce.

A potem cały proces zaczyna się od nowa. Z kolejną książką.

Autorką gościnnego artykułu jest Monika Kamińskakoniecznie obserwuj profil na FB – KLIK! Mama gromadki maluchów, zwolenniczka rodzicielstwa bliskości i edukacji domowej. Autorka książki Kuku i historia pępka”. Lubi szalone podróże bez planu i mleczną czekoladę.

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i dużo aktywnego czytania.
Skoki rozwojowe u dwulatków i trzylatków

Skoki rozwojowe u dwulatków i trzylatków

Skoki rozwojowe u dwulatków i trzylaktów to kolejny etap poznawania siebie, świata, rozwijania świadomości. To też ważna lekcja z wychowania wspierającego dla rodziców. 

Dwulatek i trzylatek

Hasłem przewodnim jest tu indywiduacja. Ten skok następuje najczęściej między 18 a 24 miesiącem. Oczywiście granica jest umowna, bo przecież nie każde dziecko (mało które) rozwija się „książkowo”.

Nie da się tego przeoczyć, bo to moment, w którym pociecha zaczyna rozumieć, że mama i ja nie jesteśmy jednym organizmem. Mogę się sam przemieszczać, brać do rąk co chcę, zaczynam chodzić, a co za tym idzie, mogę też uciekać. 

Ten czas przedłuża się niekiedy do prawie trzeciego roku życia. Niektórzy nazywają go buntem dwulatka. Słowo bunt bierzemy w cudzysłów, bo właściwie dziecko nie buntuje się przeciwko niczemu. W naturalny sposób poznaje otoczenie, a żeby to zrobić musi czasem pobiec, upaść, nie zgodzić się na jakąś propozycję ze strony rodzica.

Kiedy dziecko ucieka rodzicowi, bywa niebezpiecznie, dlatego warto wprowadzić zabawy uczące zachowań w takich bardzo konkretnych sytuacjach. Kilka podpowiedziałam w odcinku podkastu pt. Jak reagować kiedy dziecko wciąż mi ucieka?  

Być może skojarzenie z buntem bierze się stąd, że dwulatek w tym czasie używa (wielu rodziców pewnie stwierdzi, że nadużywa) słowa „nie”. To prawda, to jest bardzo mocne słowo, a jak już pociecha nauczy się nim posługiwać, szybko z tego nie zrezygnuje. Żeby to było tylko słowo, jeszcze pół biedy. Jednak dwulatek nie ogranicza się do prostego sygnału werbalnego. On to słowo pokazuje na każdym kroku… bo umie.

Chce żeby wiele spraw toczyło się po jego myśli więc pewnie często słyszysz w tym czasie „sama”, „chcę sam”. Wtedy często słyszę od rodziców: „Żadne metody wychowawcze nie działają na moje dziecko”. Wpisując dokładnie ten tytuł w lupce na blogu, odnajsziesz artykuł, w którym wyjaśniam, dlaczego tak się dzieje. 

To jest właśnie skok rozwojowy

Zauważenie, że mogę o sobie decydować. Problem często polega na tym, że taki maluch kompletnie nie zdaje sobie sprawy z zagrożeń otaczającego świata. Kiedy więc chce decydować, nie zawsze możemy na to pozwolić. Stąd awantury i histerie. Wybuchy emocji, które buzują w dziecku przez cały czas.

Skupienie na zlikwidowaniu tego buntu (jego objawów) jest właściwie krzywdą dla malucha. Lepszym rozwiązaniem jest przeczekanie. Oczywiście nie z założonymi rękami, ale aktywnie wspierając dążenie do samodzielności. To jeden z ważniejszych skoków rozwojowych dla dziecka więc stłumienie go w zarodku (np. przez kary i wieczne zakazy) sprawi, że maluch straci poczucie bezpieczeństwa. A i bez tego bunt dwulatka jest dla malucha trudnym doświadczeniem.

Często dochodzą do tego wymagania ze strony dorosłych i nowe wyzwania do ogarnięcia np. przygotowanie do przedszkola, odpieluchowanie itd. Nie jest przecież tak, że maluch może robić co chce i kiedy chce. Potrzebuje (mimo nadużywania słowa „nie”) wsparcia ze strony rodzica. I to ogromnego wsparcia.

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i moją codzienność.

4 kroki do zrozumienia dziecięcych emocji

4 kroki do zrozumienia dziecięcych emocji

O emocjach rozmawiamy często na blogu, w podkaście Tylko Dla Mam i podczas konsultacji online. Nawet bardzo często. Nie dziwię się, bo przecież maluchy przychodzą na świat bez instrukcji obsługi. Sami czasem nie rozumiemy własnych emocjonalnych reakcji. Dzieci też uczą się rozmienia emocji i opisywania emocji. 

Może nawet częściej niż „nie rozumiemy” naszych dorosłych emocjonalnych reakcji, po prostu nie potrafimy zapanować nad nerwami. Z jednej strony słyszmy, że to świetnie, po co się hamować? Z drugiej pada hasło: Ty musisz nad sobą panować, bo jesteś dorosły. 

Prawda jak zawsze leży gdzieś po po środku. Skłaniam się do przyznania, że to po naszej (dorosłej) stronie jest odpowiedzialność związana z panowaniem nad emocjami. Czy nam się to podoba czy nie, dzieci obserwują nasze reakcje i je naśladują. 

Niezależnie od tego co powiemy i ile reguł wymyślimy, dzieci i tak powielą nasze działania, nie słowa. 

Jednak najbardziej pasuje mi stwierdzenie, że przy emocjach pomaga rozumienie tego, co dzieje się z nami. Naszym ciałem, naszą głową, naszymi myślami, a nawet głosem. Zamiast skupiać energię na panowaniu, lepiej ją przekierować na słuchanie siebie i zrozumienie w konkretnej chwili. 

Oczywście, że łatwo się mówi, a trudniej to wykonać. Jeszcze trudniej wyjaśnić dziecku panowanie nad emocjami i wybuchami. Dlatego przygotowałam cztery proste podpowiedzi, które pomogą naprowadzić konkretną sytuację emocjonalną na dobre tory. 

1. Pokaż emocje, nie trzeba się wstydzić okazywania uczuć

Im bardziej winne przeżywania danej emocji czuje się dziecko, tym trudniej będzie mu skupić się na jej zrozumieniu i poznaniu. Poczucie winy generuje często jeszcze większe wzburzenie, złość, rozczarowanie, wstyd itd. Między innymi dlatego dziecko wybucha kolejny raz albo jeszcze bardziej. 

Warto więc jak najcześciej uświadamiać dzieciom, że każda emocja jest w porządku. I nie trzeba do tego żadnych wielkich słów wystarczy prosty komunikat: Złościsz się, w porządku. Rozumiem. Tu warto sprecyzować daną sytuację np. Rozumiem, że nie chcesz teraz przerywać zabawy/iść spać/jeść makaronu. Tylko tyle. Żadne dodatkowe „Ale musisz!”, nie poprawi sytuacji. 

Nie skupiałabym się na jakiejś tam enigmatycznej emocji: Och, cóż to za nerwy? O co ci chodzi? To nie jest rozmawianie o emocjach. Przynajmniej nie z dwulatkiem, trzylatkiem czy czterolatkiem

Zamiast rzucać ogólnikami, które prawdopodobnie doprowadzą do eskalacji nieciekawych zachowań, lepiej skupić się na informowaniu, że przeżywanie gniewu, lęku, miłości, smutkuradości itd. okazywanie tego, wyrzucanie z siebie jest w porządku. 

Bardzo często taki sposób reagowania na dziecięce emocje (zwłaszcza te trudniejsze) odbierany jest przez otoczenie (i komentowany oczywiście) jako uległość ze strony rodzica: Każ mu przestać krzyczeć! Jak możesz tak po prostu na to pozwalać? Jeden klaps załatwiłby sprawę. Za moich czasów nie było mowy o takim zachowaniu. Nagle wszyscy wiedzą lepiej jak powinno to wyglądać. 

Wiem, że takie prośby idą często w pustkę, ale i tak powiem. Jeśli masz ochotę w ten sposób skomentować zachowanie cudzego dziecka, przemyśl to dwa razy. Daruj sobie. Niczego, dosłownie niczego nie wnosi to do sytuacji. No, może więcej nerwów, a jak rozumiem, nie takie były twoje intencje. 

Trochę więcej o tym jak reagować kiedy ktoś z boku krytykuje metody wychowawcze, opowiedziałam w tym w artykule:

Co mówić kiedy inni krytykują twoje metody wychowawcze?

Sami rodzice często też robią wiele żeby wyciszyć emocję zamiast za nią podążać za potrzebami dziecka. W sumie to rozumiem, bo podążanie (a może bardziej towarzyszenie) w scenie złości nie jest jakoś szczególnie przyjemnym doświadczeniem. Jednak czym innym jest bycie uległym rodzicem, a zupełnie czym innym jest pomaganie dziecku w przejściu przez trudne chwile i zrozumienie danej emocji. I tu ważna sprawa. 

Każda emocja jest potrzebna więc dobra i warto o tym głośno informować dziecko, ale już nie każde zachowanie powodowane daną emocją jest do zaakceptowania. Na tym polega różnica między uległością, a świadomym wspieraniem dziecka w najróżniejszych sytuacjach. 

Kiedy więc dziecko w złości uderza brata lub moje własne dziecko mnie bije, to oczywiście ta złość jest w porządku. Ale już bicie nie jest OK. Warto poinformować o tym malucha. Skąd ma wiedzieć jak się zachować kiedy czuje złość? Nikt się nie rodzi z takimi danymi. Tego się trzeba nauczyć. Im więcej narzędzi do okazywania złości od nas dziecko dostanie, tym szybciej zrozumie, że bicie nie jest jedyną drogą. 

Nie ma tu niestety jednego prostego rozwiązania, bo wszystko zależy od wieku dziecka i ogólnie – charakteru. Bardzo dużo o najróżniejszych sposobach zrozumienia złości opowiedziałam w gościnnym podkaście Tato Na Wyspach. Mam nadzieję, że znajdziesz chwilę żeby posłuchac odcinka o dziecięcej złości i gniewie.

Dlaczego nie lubimy się złościć

2. Przejdziemy przez to razem

Niezależnie od rodzaju emocji, nic nie pomaga zrozumieć ich lepiej, a tym samym uspokoić się, niż wspólne ich przeżywanie.

Pewnie nikt nie ma wątpliwości co do tego, że np. radość warto i fajnie dzielić z wieloma osobami. Kiedy jednak przychodzi do złości czy smutku, sprawy przestają być tak oczywiste. 

Zapewnienie ze strony dorosłego, że przez każdy emocjonalny czas przejdziemy razem, jest na wagę złota. Oczywiście za tym zapewnieniem powinny też iść działania.

Jednym z gorszych pomysłów jest odsyłanie małego dziecka do pokoju żeby sobie przemyślało własne zachowanie. Odbieram to trochę jak zrzucenie na malucha rodzicielskich obowiązków. Skąd dziecko ma wiedzieć, co konkretnie ma przemyśleć? Czy to co zrobiło? Czy może czego nie powinno było robić? A może, jak inaczej zachować się w podobnej sytuacji? Czy chodzi o zadośćuczynienie, czy może jedno rzucone w eter „przepraszam” załatwi sprawę? 

Dziecko oczywiście może sobie o tym wszystkim porozmyślać, ale to niczego właściwie nie zmienia. Naszym rodzicielskim obowiązkiem jest przeprowadzenie malucha przez trudny czas i wyjaśnienie, jakie są normy społeczne, jakie są nasze rodzicielskie oczekiwania. 

Z tymi oczekiwaniami też bym jakoś nie przesadzała, bo często mijają się one z możliwościami dziecka, a skupiają na naszych (niekoniecznie realistycznych) wyobrażeniach o rodzinie.

Trochę więcej na ten temat znajdziesz w jednym z wielu artykułów na temat wychowania wspierającego na blogu: 

Złap dystans, rodzicu. Jasne, tylko jak to zrobić? I po co się wysilać?

3. Emocje to chwilowe stany

Nasze dzieci często czują, że trudna emocja (każda właściwie) zostanie z nimi na zawsze. Jeśli teraz jest mi smutno to już tak zostanie do końca dnia/życia/świata. 

Warto dzieciom (i sobie) często powtarzać, że emocje to chwilowe stany. Dokładnie taka zresztą jest ich definicja. 

O wiele lepiej rozmawiać z dziećmi o emocjach jako „chwilowych stanach” niż podbijać je w nieskończoność. 

Co ważne, maluchy łatwiej poradzą sobie z rozumieniem, że to tylko emocja kiedy pozwoli się im przeżywać ją fizycznie. Wyobraź sobie sytuację radości, gdy dziecko skacze ze szczęścia, piszczy, krzyczy, śpiewa, no po prostu bardzo się cieszy. Nikt tego maluchom nie zabrania, bo to cudowne móc patrzeć na taką niepohamowaną dziecięcą radość. I wiemy, że dziecko za chwilę przestanie skakać, bo dokładnie tak się dzieje, kiedy mamy możliwość wyrzucenia z siebie emocji.  

Przekładając to niepohamowanie na inne emocje, czasem robimy wiele żeby maluchy jednak ich fizycznie nie przeżywały np. płacz (często się mówi o wymuszaniu płaczem), histeria, pyskowanie, bicie itd. A przecież to wciąż emocja, dokładnie taki sam chwilowy stan jak radość więc (na logikę rzecz biorąc) powinno nam zależeć na tym żeby dziecko okazało ją fizycznie, zamiast tłumić. 

Wracam tu do punktu, w którym uczymy tego okazywania fizycznego. Bicie nie jest w porządku, ale inne formy złoszczenie się już jak najbardziej tak. Im więcej fizycznych okazji do przeżycia różnych emocji, tym spokojniejsze (tak ogólnie) będzie dziecko. Warto więc poświęcić czas na przemyślenie i przetestowanie, które fizyczne sposoby okazywania emocji mogą się sprawdzić w konkretnej rodzinie. 

4. Okazywanie emocji jest dobre i potrzebne

Bardzo często dzieci przeżywające trudne emocje czują się winne. Ma to związek głównie z naszymi (dorosłymi) reakcjami na różne zachowania. Kiedy dziecko słyszy, że tak nie wolno, za dużo płacze, wymusza itd. może zacząć myśleć, że jednak okazywanie emocji czyni z niego złego człowieka. 

A przecież to nie jest prawda i wcale (najczęściej) tak o własnych dzieciach nie myślimy. Okazanie emocji nie jest równoznaczne z byciem słabeuszem, mazgajem czy niegrzecznym (niepotrzebne etykiety). Wręcz przeciwnie, niepokojące powinny być sytuacje, w których dziecko nie okazuje uczuć (fizycznie). Jeśli tego nie robi (bo np. się boi) warto zachęcić, nawet jeśli to nie jest nasza ulubiona forma spędzania czasu.

To ważne żeby maluch czuł, że okazując emocje nie robi właściwie niczego nadzwyczajnego, to przecież naturalny element życia. Nawet jeśli robi to… nieumiejętnie (nie wiem czy to odpowiednie słowo). Nawet jeśli przesadza czasami np. chcąc przyciągnąć naszą rodzicielską uwagę świadomie przegina w tych przeżyciach, to wciąż nie czyni z niego manipulatora czy złego człowieka. 

Więcej na ten temat opowiedziałam w tym artykule o (pozornie) niegrzecznych zachowaniach dzieci:

Częste zachowania dzieci, za którymi kryje się więcej niż widać na pierwszy rzut oka. Znasz któreś?

Takie przegięcia to sygnał dla rodziców. Tak, bardzo irytujący sygnał. Trudność polega na tym, że tego rodzaju sygnały informują o najróżniejszych sprawach, nie ma jednego kodu do ich odczytania. 

Czasem jest to deficyt emocjonalny, gdy dziecko czuje, że rodzica jest za mało. Innym razem może to być nuda, poczucie krzywdy lub zwykła ciekawość, chęć sprawdzenia co się stanie jeśli… albo jakiś problem komunikacyjny czy z rówieśnikami. 

Czy któryś z tych powodów czyni z naszego dziecka złego człowieka? Mam nadzieję, że czujesz podobnie jak ja i odpowiesz, że nie. Może to być momentami irytujące, ale też bardzo potrzebne. Dlatego warto dzieciom powtarzać, że są dobre, w porządku, nawet jak się złoszczą to  jest okej.

Przejdziemy przez to razem. To zdanie, które pomaga się uspokoić i sprawia, że czują naszą akceptację dla emocji, choć niekoniecznie dla wszelkich sposobów ich okazywania.

To zdanie informuje dziecko o tym, że nie mamy nic przeciwko okazywaniu emocji, jesteśmy gotowi na tę wspólną drogę. A jeśli czujesz, że na tej drodze mało jest drogowskazów, czasem się gubisz, powiedz o tym dziecku. Razem dacie radę. 

Wszystkie zamieszczone materiały są chronione prawami autorskimi. Wszelkie prawa autorskie do materiałów umieszczonych w kursach online, webinarach i na stronie www.tylkodlamam.pl należą do firmy B2B Mind Ltd.

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i moją codzienność.