Dziecko nie chce jeść! Neofobia żywieniowa czy naturalny etap rozwoju?

Dziecko nie chce jeść! Neofobia żywieniowa czy naturalny etap rozwoju?

Neofobia żywieniowa u dziecka? Przeczekać czy działać? Czym jest neofobia żywieniowa i jak możesz pomóc swojemu dziecku? Wielu rodziców martwi się lub zastanawia, czy już się martwić, bo dziecko nie chce jeść. Nie przepada za nowymi potrawami i próbowaniem nowych smaków.

Często wtedy dostaje się porady typu: Wyrośnie z tego. Oczywiście, są takie etapy w rozwoju dziecka, kiedy z dystansem podchodzi się do próbowania nowych smaków.

Ostrożny dwulatek

Często widać to u 1,5 latków i 2-latków. Zerkając na sprawę z zupełnie naturalnego punktu widzenia, to czas, kiedy dziecko schodzi z rąk mamy i samodzielnie stawia pierwsze kroki. Gdyby z radością rzucało się do zjadania wszystkie, co wpadnie mu w ręce, byłby problem. Dlatego ostrożność (mylona z brakiem apetytu) w tym wieku, jest przejściowym etapem. Dziecko z czasem nauczy się, co można jeść, co lubi, co nie jest dobrym pomysłem.

Więcej na ten temat (bo niechęć często nie dotyczy tylko jedzenia) napisałam w artykule pt. Dlaczego dziecko nie chce próbować nowych rzeczy? >>

Dzisiaj jednak chcę się skupić na tym momencie, w którym niechęć do dziecka staje się ogromnym, długotrwałym problemem. Autorką artykułu jest dietetyczka żywieniowa Zuzanna Kłos.

Czym jest neofobia żywieniowa?

Neofobia żywieniowa to stan, w którym dziecko unika próbowania i spożywania nowych produktów. Oczywiście to zaburzenie (bo niestety tak to jest klasyfikowane) czasami dotyczy także osób dorosłych, które nie otrzymały w porę odpowiedniej pomocy. Wszystko tak naprawdę zaczyna się w pierwszych miesiącach życia.

Dziecko neofobiczne to nie to samo co dziecko, które często określane jest mianem „niejadka”. Neofobia to nie jest wybrzydzanie czy grymaszenie. Niejadek je mało, a nawet jak proponujemy mu coś nowego, to skubnie, choćby z ciekawości albo „dla świętego spokoju”.

Dziecko z neofobią będzie zaciskać usta, zatykać je rękami, próbować odejść od stołu. Może też zacząć krzyczeć lub płakać, jeśli poczuje presję.

Skazani na neofobię?

Niestety neofobia jest cechą po części uwarunkowaną genetycznie, ale płeć dziecka nie ma z tym związku, przynajmniej do tej pory badania tego nie potwierdziły. Oznacza to, że jeśli ty lub tata dziecka w dzieciństwie mieliście neofobię, to dziecko też tak może reagować na nowości w diecie.

Dobra wiadomość jest taka, że późniejsze preferencje żywieniowe dziecka możemy kształtować już w czasie ciąży, poprzez jedzenie różnorodnych produktów! Smaki pokarmów przenikają do wód płodowych, które dziecko połyka.

Od początku

Ważnym okresem jest oczywiście moment rozszerzania diety i lata dzieciństwa. Do około roczku, dziecko jest otwarte na poznawanie. To wtedy odkrywa nowe smaki, ale też obserwuje rodziców i osoby najbliższe. Wasz sposób odżywiania i nawyki, silnie działają na późniejsze zachowania i preferencje żywieniowe dziecka.

neofobia dietetyk

Rodzic daje przykład

Zawsze to mamom powtarzam: jesteś pierwszym, największym i najważniejszym wzorem dla swojego dziecka. Dziecko będzie Cię naśladować, czy tego chcesz, czy nie. Dlatego tak ważne jest dla mnie podpowiadanie rodzicom, żeby zawsze jedli razem z dzieckiem.

Neofobia u małych dzieci jest najczęściej skorelowana ze zbyt późnym (albo zbyt powolnym) rozszerzaniem diety oraz ze zbyt rzadkim kontaktem dziecka, z danym produktem w okresie niemowlęcym.

Czasami rodzice rezygnują już po jednej albo kilku próbach podania jakiegoś warzywa czy dania, jeśli dziecko wypluwało lub nie chciało zjeść pełnej porcji. Fakt jest taki, że im częściej dziecko próbuje, bądź je określony produkt, tym szybciej go zaakceptuje i polubi.

Więcej o sposobach na niejadka opowiedziałam w artykule: Sprawdzone sposoby na niejadka >>

Zrozumieć neofobię

Na początek wyobraź sobie, że Aborygeni jedzą larwy ciem. Dla statystycznego Polaka takie dania są zbyt dużym wyzwaniem. Jeśli myśl o zjedzeniu larwy cię nie przeraża, to wyobraź sobie inną potrawę napawającą cię obrzydzeniem. Co by się musiało stać, żebyś zjadła to „coś”?

Co więcej, nie chodzi o samo połknięcie larwy z zamkniętymi oczami i szybkie popicie sokiem, tylko o świadome wzięcie larwy do buzi!

  • Prawdopodobnie musiałabyś zobaczyć, jak inne osoby to jedzą i w dodatku zachwycają się jej smakiem.
  • Po drugie musiałabyś się napatrzeć na larwy…i to wiele razy.
  • Po trzecie pewnie musiałabyś najpierw dotknąć larwy, a potem powąchać. I prawdopodobnie nawet to by Cię nie przekonało.
  • Możliwe, że nigdy byś nie spróbowała larwy w sosie własnym, ale widząc chrupiąca larwę na pizzy, w końcu byś się odważyła i odgryzła kawałek.

I tak mniej więcej działa dziecko, które „wychodzi” z neofobii. Małymi, sukcesywnymi krokami. Zauważ, że gdyby ktoś Cię karmił larwami na siłę, to Twoja złość i odraza tylko by rosły.

Jak pomóc dziecku z neofobią żywieniową?

Pierwszym krokiem jest opatrzenie się z danym produktem. Patrzenie na daną rzecz sprzyja akceptacji. Jak to może wyglądać w praktyce? Weźmy na przykład neofobię przed zjedzeniem jabłka (tak, są takie dzieci).

Możesz zabrać dziecko na targowisko i pokazać różne rodzaje jabłek. Zapytać, które mu się najbardziej podobają, w jakim kolorze. Możesz poprosić, aby dziecko wybrało kilka najładniejszych (jego zdaniem) jabłek i wsadziło do koszyczka/woreczka, aby je później kupić.

Jeśli nie będzie chciało ich dotknąć to trudno, może tylko wskazać palcem. Po powrocie do domu ułóż czyste jabłka na dużym talerzu/misce, aby były na widoku. A potem codziennie pokazuj dziecku, że jesz jabłko i mimochodem proponuj dziecku małego gryza.

Dawkuj nowości

Kolejna sprawa, że takiemu dziecku należy dawkować nowości. Wrzucenie na talerz 5 brokułów może zwyczajnie wystraszyć, bo neofobia wiąże się ze strachem.

Ogólnie, jako ludzie lubimy to, co znajome, a boimy się tego, co nowe. To zasługa naszego mózgu, który w ten sposób chroni nas przed potencjalnym niebezpieczeństwem.

W związku z tym rzucanie dziecka na głęboką wodę i oferowanie talerza pełnego nowości, będzie wyzwalało falę obezwładniającego strachu.

Lepiej dokładać małe ilości nowości do tego, co dziecko lubi jeść np. jedną różyczkę brokuła do ulubionego makaronu, czy kilka marchewkowych frytek do zwykłych ziemniaczanych.

Tylko dotknij

Sam dotyk jest jak przełamanie bariery. Od maleńkości pozwalaj dziecku jeść rączkami i nie wycieraj za każdym razem, gdy się ubrudzi. Pokaż, że może oblizać paluszki w czasie i po posiłku.

Moje fuj!

Kolejna sprawa to nasz stosunek do jedzenia. Bardzo często przenosimy na dziecko własną niechęć do jakiegoś smaku.

Mama nie lubi kalafiora, to nie gotuje zupy kalafiorowej. To duży błąd. Tym bardziej, jeśli wiemy, że w przyszłości dziecko pójdzie do żłobka czy przedszkola, a tam na pewno, od czasu do czasu będzie na obiad kalafiorowa.

Ciasteczko za buraczka?

Jeśli nie chcesz dodatkowo gloryfikować pysznych przekąsek i przy okazji zniechęcać dziecka do tradycyjnych produktów (o wiele mniej słodkich), to nie używaj ich jako nagrody.

Ciasteczko za zjedzenie buraka sprawi, że burak stanie się przykrą koniecznością. Trochę jak połknięcie niesmacznego lekarstwa.

Z drugiej strony, skoro zależy Ci, aby dziecko w ogóle spróbowało nowości, warto przewidzieć jakąś nagrodę, choćby naklejkę. Wtedy często chęć uzyskania nagrody przełamuje opór. Sztuka polega na tym, aby dążyć w dobrym kierunki, nie wpajając dziecku przez przypadek, złych nawyków.

Neofobia a temperament dziecka

Zauważono, że poziom neofobii jest związany z temperamentem i wrażliwością dzieci. Jeśli Twoje dziecko jest nieśmiałe i źle znosi zmiany, to prawdopodobnie będzie także opierać się przed zmianami na talerzu.

W takiej sytuacji szczególnie ważna jest serdeczna i spokojna atmosfera podczas posiłków. Nawet jeśli czujesz narastającą złość, frustrację, niemoc i zniecierpliwienie wobec postawy dziecka, nie okazuj tego.

Wspierający rodzic

Pozwól dziecku jeść we własnym tempie. Nikt nie lubi pospieszania. Dziecko powinno móc spędzać przy stole tyle czasu, ile potrzebuje. Nie komentuj czasu spędzonego „nad talerzem” i nie porównuj dziecka do innych pod tym względem.

Neofobia dziecko z neofobią żywieniową

Dlaczego to takie ważne?

Z badań wynika, że dzieci z neofobią żywieniową najczęściej mają niedobory, które w dłuższej perspektywie odbijają się na ich zdrowiu. Takie dzieci mają bardzo ograniczone menu. Najczęściej ubogie w warzywa i owoce, a bogate w przekąski lub produkty o małej gęstości odżywczej. Niestety, brak dobrego jedzenia, duże niedobory oraz złe nawyki prowadzą w prostej linii do chorób dietozależnych.

Na koniec chcę podkreślić fakt, że większość dzieci wyrasta z neofobii żywieniowej, pod warunkiem, że będziesz blisko dziecka i zechcesz mu pomóc. To z pewnością trudny i stresujący okres zarówno dla rodziców, jak i dla dziecka. Wniosek jest jeden – odżywiaj się jak najlepiej i pokaż dziecku jakie to ważne, ale przede wszystkim przyjemne.

Zuzanna Kłos, dietetyk dziecięcy, www.dietetykasmyka.pl >>

nowy Instagram Anna Jankowska
Dziękuję, że przeczytałaś. Jeśli uważasz, że ten artykuł może się komuś jeszcze przydać, udostępnij go, śmiało!
Zrobię to teraz i nie poczekam! 4-5 latek w akcji!

Zrobię to teraz i nie poczekam! 4-5 latek w akcji!

W tym odcinku podcastu Tylko dla Mam skupimy się na impulsywnych zachowaniach 4-5 latków. To te momenty, gdy prosimy dziecko, żeby zaczekało dosłownie chwilę, a ono słysząc naszą prośbę i tak to robi… nie czekając.

Wyobraźmy sobie sytuację, w której proponujemy dziecku, że wspólnie zrobimy ciasto na naleśniki. To jest najczęściej wielka frajda, wszyscy są zadowoleni. Maluch, bo spędzi czas z rodzicem, na bardzo fajnym babraniu w miksturze z mąki, jajek itd. My też się cieszymy, że wspólnie gotujemy obiad.

Po przygotowaniu wszystkich składników prosimy 4-5 latka, żeby dosłownie kilka sekund zaczekał, przyniesiemy tylko jego fartuch kuchenny. Po co nam kolejna brudna bluzka, prawda?

Niby prosty komunikat, jednak do malucha jakoś nie dociera. W trakcie tych kilku sekund (od prośby do przyniesienia fartucha), nasz mały kucharz zdąrzył już wsypać mąkę do miski i w kilka innych miejsc przy okazji. Ubrudzić sobie rozbitym jajkiem bluzkę i uwinąć z całą masą czynności, choć jedyne co miał zrobić, chwilę zaczekać.

Podcast Tylko dla Mam

Teraz możesz posłuchać podcastu bezpośrednio na YouTube.

Jak mam to powiedzieć?

4-5 latki dość często działają pod wpływem impulsu, a my się denerwujemy. Niby wiedzą, że powinny zaczekać, ale zwyczajnie nie potrafią. To nie jest złośliwe [1] zachowanie, nie robią tego z przekory, ani dlatego, że gdzieś popełniliśmy błąd wychowawczy. Są na tym etapie rozwoju, kiedy czekanie bywa trudne. Czasem się udaje, innym razem nie.

Dlatego warto wykorzystać tego rodzaju sytuacje do ćwiczenia jakże bardzo przydatnej umiejętności. Czekanie jest do wyćwiczenia.

Zrobię to teraz!

W sumie to zupełnie naturalne, że dzieci często działają pod wpływem impulsu. Bardzo wiele mówi się o włączonym mózgu gadzim, kiedy jesteśmy w dużych emocjach. Najczęściej jednak mówimy o tym przy okazji tych trudniejszych emocji – gniew, irytacja, złość [2]. Więcej w nas wyrozumiałości dla niedojrzałości emocjonalnej dzieci, gdy chodzi o akcje związane z gniewem. O wiele mniej, gdy chodzi o radosne sytuacje, ekscytacje z powodu wspólnego robienia naleśników.

Wystarczyło zaczekać!

Wtedy często mówimy poirytowani: No przecież wystarczyło zaczekać chwilę, tych kilka sekund by cię zbawiło? A teraz, wszędzie bałagan, ty brudny!

Cała frajda ze wspólnego czasu nagle gdzieś pryska. A przecież to ten sam pierwotny impuls, tylko w nieco innym wydaniu, skłania 4-5 latka do działania zamiast czekania. Emocje [3] są tak duże, że nie da się racjonalnie podejść do sprawy. To znaczy, da się, tylko trzeb to często ćwiczyć.

Nie umie czekać

Współczesne dzieci mają trudniej, bo nie ma zbyt wielu okazji do ćwiczenia cierpliwości. Kiedyś na większość rzeczy trzeba było długo czekać, dzisiaj niemal wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Więcej opowiedziałam o tym w artykule pt.

Daj mi! Chcę to! Dlaczego ze współczesnymi dziećmi tak trudno czasem wytrzymać? >>

Bardzo pomocne w nauce panowania nad takimi impulsywnymi zachowaniami jest pokazanie, że to się opłaca, bo każde zachowanie rodzi jakieś konsekwencje. Skoro dziecko upaprało koszulkę, idźcie ją przebrać.

Wiem, kusi, żeby już zostać i dobrudzić, machnąć ręką i powiedzieć, że już trudno. Jednak przerywając pieczenie, idąc się przebrać, dajemy dziecku chwilę na opanowanie nadmiernej ekscytacji. Pokazujemy też, że warto zaczekać kilka sekund, bo wtedy nie trzeba przerywać zabawy (robienia ciasta).

Ta dziecięca spontaniczność

Absolutnie nie namawiam do zabijania w dzieciach spontanicznej radości w najróżniejszych sytuacjach, bo też nie każdy dziki obaw szczęścia, sprowadzamy do lekcji panowania nad impulsami.

Jednak chyba wszyscy mają świadomość, że wychowujemy dziecko, które ma sobie w przyszłości umieć poradzić z własnymi emocjami oraz potrafić zachować się wśród rówieśników czy w różnych miejscach, no być ogarniętym człowiekiem, a nie przysłowiową świętą krową, której wszystko wszędzie wolno.

Nie zawsze i nie wszędzie możemy podawać się działaniom pod wpływem impulsu i to jest naprawdę ważna informacja dla dziecka. Ułatwi mu (i reszcie świata) funkcjonowanie na co dzień.

Pokaż, jak czekać

Jeszcze jeden sposób na ćwiczenie tych nieco bardziej opanowanych zachowań to po prostu przykład z naszej strony. Na pewno czasem mamy wielką ochotę obejrzeć fajny serial czy przeczytać książkę tu i teraz, ale nie robimy tego, bo wiemy, że opłaca nam się poczekać. Jeśli nie poczekamy, to np. obiad nam się przypali albo sterta brudnego prania zasypie łazienkę.

Pokazujmy dzieciom, że my też nie zawsze działamy pod wpływem impulsu, choć mamy wielką ochotę. Poczekanie wymaga wysiłku, ale warto go włożyć i docenić, kiedy następnym razem uda się na ten fartuch zaczekać: Super, ty nie ubrudziłeś bluzki, nie musimy przerywać pieczenia, a w dodatku ja mam mniej prania, bo nie musiałem się przebierać. Kilka sekund, a ile korzyści i wszyscy w dobrych humorach.

Złap dystans, rodzicu!

Chciałabym też bardzo wyraźnie podkreślić, że czasem nasze dorosłe oczekiwania mocno przerastają możliwości dzieci. W przypadku tzw. panowania nad emocjami czy impulsami to naprawdę jest dopiero początek.

Najczęściej, gdy pojawia się świetny pomysł, w głowie dziecka zapala się lampka: Zrobię to! I już, nic więcej się nie liczy. 4-5 latki często działają pod wpływem impulsu i w porządku, mają do tego prawo, bo przed nimi lata nauki. Im więcej ćwiczeń, tym oczywiście lepiej.

Warto też zabezpieczyć te nasze oczekiwania, upewniając się, że dziecko rozumie, o co prosimy. W przypadku zapalnego do działania 4-5 latka sprawy wcale nie są oczywiste.

O ile możemy wytłumaczyć różne zachowania półtoraroczniaków [4] i dwulatków brakami w komunikacji, tak już 4-5 latki wydają się gadułami więc wysnuwamy prosty wniosek: Komunikuje się w porządku, to znaczy, że mnie rozumie.

Czterolatek i współpraca

Jednak w dużych emocjach (radość też do tego oczywiście zaliczmy) dzieci słyszą, ale nie kodują w głowie słów. Dziecko może przytaknąć i czujesz, że przystało na prośbę zaczekania, ale w wielu przypadkach to tylko takie „na odczep się, żeby szybciej zacząć”. W głowie wciąż pali się lampka: Robię! Jak robimy, to robimy! To jest komunikat przewodni, żadne tam czekanie.

Wiele sobie ułatwimy, jeśli upewnimy się, że nasza prośba dotarła do rozemocjonowanego 4-5 latka. Wystarczy kucnąć, spojrzeć w oczy dziecka, złapać kontakt i poprosić, żeby zaczekało. Upewnić się, że komunikat dotarł do bazy. Tym prostym sposobem czasem udaje się zaoszczędzić sobie irytacji, dziecku marudzenia (Co? Muszę się przebierać?), a pralce prania.

Więcej o sposobach wspierania koncentracji dziecka w komunikacji opowiedziałam w odcinku pt. Dlaczego on mnie nie słucha? Najpierw naucz słyszeć, wtedy zacznie słuchać >>

nowy Instagram Anna Jankowska
Dziękuję, że przeczytałaś. Jeśli uważasz, że ten artykuł może się komuś jeszcze przydać, udostępnij go, śmiało!
Mamo, nie wychodź! Krótkie wyjścia, trudne rozstania

Mamo, nie wychodź! Krótkie wyjścia, trudne rozstania

Rozłąka z dzieckiem bywa trudna, zarówno dla malucha, jak i dla dorosłego. Dzieci mają zakodowane w genach, że obecność bliskiej osoby (najczęściej mamy, ale niekoniecznie) daje poczucie bezpieczeństwa [1], dlatego czasem słyszymy rozdzierające: Mamo, nie wychodź!

Jeśli Wasze relacje są prawidłowe (czyli nie jesteś dorosłym krzywdzącym własne dziecko, zaniedbującym itd.), zupełnie naturalne jest też niezadowolenie dziecka, które traci z oczu mamę.

Dla kilkumiesięcznego malucha utrata mamy z pola widzenia oznacza, że mama zniknęła ze świata. Jest taki etap, minie. Pisałam o tym szerzej w artykule na temat powrotu mamy do pracy i lęku separacyjnego pt. Powrót mamy do pracy i lęk separacyjny >>

Jednak nawet dzieci, dla których już jest jasne, że gdy mamy nie ma w polu widzenia, nie oznacza to, że zniknęła na zawsze, bywają niespokojne, gdy przychodzi do rozstania.

Małymi krokami, mamo

Nie mówię o rzucaniu od razu na głęboką wodę (żłobek, przedszkole), bo do tego trzeba się odpowiednio przygotować. Masę informacji związanych z adaptacją przedszkolną „przerobiliśmy” podczas webinaru: Wszystko, co warto wiedzieć na temat adaptacji przedszkolnej >>

Mówię o sytuacjach, kiedy dziecko ma zostać z babcią, ciocią czy opiekunką na krótki czas i zaczyna się dramat związany z wyjściem z domu na jogę, do znajomych, do kina, żeby się rozerwać.

Wyrzuty sumienia

Czasami jest tak, że zanim jeszcze maluch cokolwiek powie, my (rodzice) bijemy się z wyrzutami sumienia. Iść na tę jogę czy nie? Skoro on tak ciężko znosi rozstania, może powinnam być z nim cały czas i zrezygnować z własnych przyjemności? Trochę uogólniam, ale mam nadzieje, że przekaz jest jasny: moje potrzeby kontra płaczące przy wyjściu dziecko.

Oczywiście taka decyzja jest zawsze bardzo indywidualna, zależy od wielu czynników, ale zakładam, że rozmawiamy o sytuacji, w której dziecko jest zdrowe, szczęśliwe, bezpieczne, zostaje z osobą, którą zna i lubi np. babcia. Wszystko przygotowane, ty gotowa do wyjścia, wtedy pada z ust dziecka: Mamo, nie idź! Albo gorzej: Mamo, nie zostawiaj mnie!

Naprawdę nie trzeba wiele, żeby wyobraźnia mamy poszybowała daleko. Wystarczą sekundy, a wyobrażamy sobie, jak nasze dziecko płacze cały czas, jest nieszczęśliwe, a my? Jak można zostawiać takiego malucha, kiedy prosi, żeby tego nie robić?

Mamo, jesteś wspaniała

Uciesz się! Wiem, że to często nierealne do zrobienia w momencie, kiedy dziecko prosi: Mamo, nie idź, jednak ogólnie rzecz biorąc, jest to powód do dumy i radości. Ta zupełnie naturalna prośba oznacza, że dziecko czuje się przy nas dobrze i bezpiecznie.

Logiczne jest, że prosi, żebyś została, skoro to miłe, kiedy jesteś. I logiczne jest, że dziecko ma prawo czuć się niepewnie, tracąc „ostoję” z oczu. Jesteśmy dla dziecka najważniejszymi osobami na świecie, dajemy poczucie bezpieczeństwa i miłość. Kto chciałby z tego rezygnować?

Pierwsze rozstanie

Pierwsze rozstania bywają trudne, bo maluchy nie do końca rozumieją, że mama wróci za godzinę. To w zasadzie nic nie znaczy, każda minuta bez mamy to długo i już. Oczywiście, że większość dzieci, nawet jeśli świetnie się bawi z babcią, będzie chciało, żeby mama była w pobliżu.

Kiedy dziecko mówi: Nie idź, tak naprawdę stoi za tym zdaniem więcej emocji [2]: Nie idź, mamo, bo bez ciebie czuję się mniej bezpiecznie, jest dziwnie, bo zazwyczaj jesteś przy mnie. I chcę, żebyś zawsze przy mnie była.

Nie wychodź mamo mem cytat wychowanie dziecko poradnik rodzice blog Tylko dla Mam

Od nas zależy, jak sprawy potoczą się dalej. Oczywiście, że wiele dzieci będzie niezadowolonych, że mama wychodzi. Kiedy dzieje się coś takiego, warto pokazać maluchowi, że opiekun, z którym go zostawiamy, jest najlepszym z możliwych, ufamy mu całkowicie. To moment, w którym warto zacząć wychwalać babcię czy wujka, informować o naszej pewności: Zostajesz z babcią. Wiem, że babcia znakomicie się tobą zajmie, tak samo dobrze, jak ja. Babcia potrafi zrobić naleśniki, grać w chińczyka, możecie razem czytać książkę i iść do parku.

Niby wiadomo, że babcia [3] to wszystko umie, ale kiedy powie się to głośno, informacje nabierają mocy w oczach dziecka. Zwłaszcza kiedy mówi to mama. Mama, której ufam.

 Dobra zabawa

Warto też nawiązać do miłych chwil spędzonych z babcią (lub innymi opiekunami w przeszłości), żeby przypomnieć maluchowi, że czas bez mamy może być fajny. Dzieci naprawdę zapominają takie rzeczy albo „nie mają siły pamiętać” tu i terazteraz kiedy widzą mamę z ręką na klamce, gotową do wyjścia.

Często wtedy zaczyna się też wjeżdżanie na wyrzuty sumienia mamy. Nie to, że dziecko robi to specjalnie, raczej same to sobie robimy: Naprawdę muszę iść na tę jogę? Może lepiej zostanę, skoro dziecko tak mnie potrzebuje! To jest zawsze trudna sytuacja i nie ma się co spinać, że zawsze będzie tak samo, zawsze będzie łatwo.

Z jednej strony instynkt macierzyński, z drugiej potrzeba czasu tylko dla siebie, co wiąże się z wyrzutami sumienia, a płaczące dziecko, uczepione nogawki, nie pomaga. Warto też dodać, że często w momencie, kiedy mama mówi: Dobrze, to zostanę, maluch najczęściej ucieszy się, a potem wraca do swoich zajęć i na tym kończy się zainteresowanie mamą oraz rozdzierająca scena w stylu „nie mogę bez ciebie żyć”.

Podobnie bywa z trudnym pożegnaniem przed salą przedszkolną. Dziesięć minut po dramatycznej scenie, po której mama zbiera się przez pół dnia, zamęcza i zamartwia, dziecko bawi się w najlepsze, nie pamiętając, co zaszło w szatni.

 Zaufaj opiekunowi

Wyrzutów sumienia w takich sytuacjach raczej się nie pozbędziemy tak całkowicie. Do nas należy decyzja i jeśli wiemy, że maluch zostaje pod cudowną opieką, nie dzieje mu się krzywda, uważam, że warto zawalczyć o czas dla siebie. Jeśli jednak już wyjdziesz, zaufaj temu opiekunowi, on zostaje z dzieckiem, on się z nim bawi, on pomaga przetrwać smutek [4] (o ile taki będzie) po wyjściu mamy.

Dziecko widząc, że jesteś spokojna, bo wiesz, że zostaje w dobrych rękach, przejmie w końcu ten spokój.

Najgorsze co możemy zrobić, to dzwonić co kwadrans do domu, dopytując się, czy wszystko w porządku. Jasne, że można poprosić babcię o sms z informacją, czy udało się zażegnać smutek malucha. Tylko dyskretnie, bo jeśli dziecko zauważy, że mama po wyjściu co chwilę upewnia się, czy wszystko jest dobrze, może to odczytać jako niepokojący sygnał, że coś jest na rzeczy. Coś może nie być w porządku pod nieobecność mamy, skoro co chwilę się upenia. Martwi się, że mnie zostawiła z babcią, a mówiła, że wszystko będzie dobrze.

Jak pomóc dziecku?

  • Opowiedz, jak bardzo wierzysz w babcię jako opiekunkę. Ufasz jej i dziecko powinno o tym wiedzieć.
  • Ustalcie, w jakie gry będą grać, kiedy ciebie nie będzie, co mogą robić. O tym można porozmawiać też wcześniej, długo przed wyjściem.
  • Zauważ smutek, nazwij emocje, zaznacz, że są dla ciebie ważne, ale nie dajcie się ponieść na długi czas. Spróbuj przekierować rozmowę na małe rzeczy, które czekają na dziecko: gra, czytanie, wyjście na dwór.
  • Nie ma co przedłużać pożegnania, jeśli domyślasz się, że ta rozpacz minie chwilę po twoim wyjściu z domu.

W dłuższej perspektywie też można działać, żeby pomóc maluchowi przy takim rozstaniu. Warto ćwiczyć mini-separację, co oznacza krótkie rozstania, a potem coraz dłuższe. Maluch potrzebuje czasu, żeby się nauczyć być bez mamy na wyciągnięcie ręki. Nie stanie się tak od razu, bo to nowa sytuacja dla dziecka.

Wychodzę, kochanie!

Te rozstania (na początku ćwiczebne) mogą stać się elementem rutyny, tak potrzebnej małym dzieciom do prawidłowego rozwoju. To też wymaga wprawy. Nie chodzi o regularność rozstań 9choć to nie zaszkodzi), ale o wasz rytuał, kiedy mówisz, że wychodzisz. Gdy już to mówisz, niech to będzie prawda. Nie ma gorszej sytuacji dla dziecka, które kiepsko znosi rozstania, niż niezdecydowany rodzic: Może dziś wyjdę, a może nie, zobaczymy.

Rozstania często bywają trudne, ale ćwiczenie i danie dziecku możliwości zrozumienia, jak sobie radzi, gdy rodzica nie ma w pobliżu, jest też uczeniem samodzielności, otwartości na świat, nowe doświadczenia. Uświadamia, że mama jest ważną częścią życia, ale potrafię sobie poradzić także, gdy nie mam je w pobliżu.

nowy Instagram Anna Jankowska
Dziękuję, że przeczytałaś. Jeśli uważasz, że ten artykuł może się komuś jeszcze przydać, udostępnij go, śmiało!
Dlaczego dziecko nie chce spać w swoim łóżku?

Dlaczego dziecko nie chce spać w swoim łóżku?

Dlaczego dziecko nie chce spać w swoim łóżku? Zazwyczaj powodów jest kilka, ale najogólniej rzecz ujmując, chodzi o poczucie bezpieczeństwa i bliskości. Rozumiejąc te powody, łatwiej będzie nauczyć kilkulatka spać we własnym łóżku. Nic na siłę, małymi krokami.

Ten artykuł jest pierwszą częścią akcji, która ma doprowadzić do tego, że maluch polubi samodzielne spanie we własnym łóżku.

Drugą część znajdziesz na blogu Tylko dla Mam, choć proponuję zaczać od przeczytania pierwszej: Jak nauczyć dziecko spania we własnym łóżku? >>

Spać razem czy osobno?

Ostatnio udaliśmy się do nowych sąsiadów z wizytą. Było oglądanie mieszkania, po którym oprowadzała nas ich sześcioletnia córeczka. Maja ma to, o czym zawsze marzyłą Karolina, czyli piętrowe łóżko. Piękne, prześliczne, z pościelą w misie i różowymi frędzlami. Cudeńko. Zapytałam więc Maję czy lubi spanie w takim fajnym łóżku? A ona powiedziała mi, że wcale tam nie śpi. Śpi z rodzicami. Codziennie od sześciu lat. I nie zamierza tego zmieniać.

I tak od słowa do słowa, rozmowa z sąsiadami zeszła na kombinowanie, jak tu oddelegować pociechę do jej własnego łóżka. Dzisiaj skupiam się na poradach dla tych, którzy mają już dosyć spania z kilkuletnim dzieckiem i podjęli decyzję. Tak, są tacy rodzice i mają prawo mieć dostć spania z kilkulatkiem.

Inni krytykują. Spać czy nie spać?

Dlaczego wspólne spanie z kilkulatkiem to trochę temat tabu? Jak to dlaczego? Przecież ktoś może pomyśleć, że chcąc się pozbyć dziecka w małżeńskiego łóżka, masz go po prostu dosyć (dziecka, nie łóżka). Nie wiem, czy ma to dla ciebie aż takie znaczenie, co inni pomyślą. Bądź jednak pewna, że ja niczego złego sobie o tobie nie pomyślę. Mało tego, będę trzymać kciuki za powodzenie akcji. Jeśli czytasz ten artykuł to znaczy, że wspólne spanie zaczęło być niewygodne. Nie czekaj, aż urośnie do rangi wielkiego problemu.

Rozumiem, jak ważna jest bliskość dziecka i mamy od urodzenia. Rozumiem zagadnienie współspania. Ale też umówmy się, jeśli dziecko jest już kilkuletnie, to rodzice mają prawo chcieć przespać bez niego całą noc. I nie oznacza to, że jesteś złym człowiekiem. Matka to nie cyborg i też jej się należy odpoczynek. A przyznasz chyba, że trudno spać z dzieckiem, które nie dość, że jest już spore (w końcu to już nie niemowlak, ani nawet dzidziuś), w dodatku rozpycha się na wszystkie strony.

Zdarza mi się czasem spać z Karoliną np. kiedy jest chora lub Marek gdzieś wyjeżdża na kilka dni. Spoko. Raz na jakiś czas nie mam nic przeciwko temu, że przez większą część nocy jestem kopana, szturchana, drapana i budzona. Kilka dni przeżyję. Ale muszę mieć tę perspektywę, że to za kilka dni się skończy i dziecko wróci do swojego łóżka. Ja to światełko w tunelu widzę, rodzice Mai nie bardzo, bo mała stanowczo deklaruje, że się do własnego łóżka nie wybiera.

Nie da się spać

Inna sprawa, że rodzice też niechętnie o tym rozmawiają, bo uważają, że dziecko faktycznie, jest już trochę za duże na wspólne spanie. Trochę wstyd o tym gadać na lewo i prawo, bo nie zareagowali wcześniej. Teraz nie wiadomo, co z tym fantem właściwie zrobić. Kilka prób zachęcenia do spania we własnym łóżku, spełzło na niczym. I tak wraca, i wraca, i wraca. Może z tego wyrośnie?

Dochodzą do tego kolejne wyrzuty sumienia (lub chociaż refleksja), że może trochę ten kilkulatek jest „zdzidziusiowany” za bardzo przez kochających rodziców. Jak to sprawdzić, czy jest zdzidziusiowany? (Nie, to nie jest fachowy termin). Odpowiedz sobie na pytanie, czy twoja pociecha choć w jakiejś części sama się ubiera, myje, sprząta zabawki, czy jednak robisz to ty, bo uważasz, że dziecko ma na to jeszcze czas? I na drugie pytanie: czy twoje dziecko widzi ciebie jako konsekwentnego rodzica, który potrafi postawić granice i je jasno wytłumaczyć?

Czy warto być konsekwentnym rodzicem? 

Brak konsekwencji jest rodzicielskim przyzwoleniem na to, żeby dziecko ignorowało stawiane przez mamę i tatę uczucia i mądre, przemyślane „nie”. Nie stawiasz tych granic bez wyraźnego powodu, prawda? Jednak między tworzeniem reguł, a ich egzekwowaniem, jest często spora przepaść. I dziecko to widzi. Nie przestrzega ich tylko wtedy, kiedy (słusznie) uważa rodziców za osoby, które same nie wiedzą, czego chcą.

Nie zrozum mnie źle, bo nie jestem też zaciekłą obrończynią nieugiętej konsekwencji. Mam na myśli mądre mówienie „nie” i przede wszystkim, tłumaczenie dziecku, co się dzieje i po co, w jego życiu.

Czy jesteś gotowa sama spać?

Jest jeszcze jeden aspekt, który warto przemyśleć w temacie samodzielnego spania. Możesz udawać, że tak nie jest lub sobie zwyczajnie tego nie uświadamiać, ale bardzo często właśnie dorosły nie jest gotowy na rozstanie z dzieckiem. W sensie, na oddelegowanie do własnego łóżka. I nie ma to nic wspólnego z potrzebami dziecka, bo jest to twój dorosły problem.

Zdarza się to np. na życiowych zakrętach (np. rozwód). Kiedy czujesz, że świat sypie się na kawałki, a jedyną stałą (kochającą stałą) jest dziecko. Tak, to jest stała, ale niech ta stała nie płaci swoją samodzielnością i emocjami, za dorosłe problemy. Wiem, że to cudowne uczucie tak się wspólnie przytulić. Wtedy złe emocje odchodzą daleko. Tylko że na dłuższą metę, to jest droga do odebrania dziecku samodzielności. Nie można pociechy traktować jak lek na smutek, depresję i cudowną przytulankę. Wiem, że to tak działa, ale nie rozwiązuje problemu.

Dlaczego nie chce spać u siebie?

Z miłości

Pewnie dlatego, że jesteś fajną mamą. A dziecko (i chyba każdy człowiek) lubi przebywać w towarzystwie osób, przy których dobrze się czuje. Dziecko cię kocha i dlatego chce z tobą spędzać 24 godziny na dobę. Dotyczy to też wspólnego spania. Miłość dziecka jest szaleńcza, bezwarunkowa i trochę ślepa. Dla kilkulatka niewidoczne są twoje sińce pod oczami i powieki na zapałki. Bo twoja pociecha, przy całej swej słodyczy, jest też małym egoistą, dla którego rodzic jest po prostu człowiekiem do kochania. Zawsze. Wszędzie. O każdej porze. Na każde zawołanie. I jak tu powiedzieć „nie” w kwestii spania?

Automatycznie włączają się wyrzuty sumienia, o których wspomniałam na początku. I to jest bardzo ważna sprawa, żebyś sobie z tymi wyrzutami sumienia poradziła. Chodzi o to, że musisz być na taką zmianę (powiedzenie „nie”) gotowa. I oczywiście dziecko w pewnym sensie też, choć w tym wypadku, raczej nie do niego należy decyzja.

Wiem, wiem, słyszę te oburzone głosy, że trzeba brać pod uwagę to, czego chce dziecko i poświęcić się dla dobra sprawy. Jestem jednak zdania, że przychodzi taki czas (przypominam, że rozmawiamy o kilkulatku), kiedy to rodzic musi dojrzeć do pewnych decyzji i wcielić je w życie mimo niezadowolenia dziecka. Współspanie powinno być potrzebą wszystkich, nie tylko jednej ze stron. Wtedy to ma sens i nie ma mowy o poświęceniu. 

Słodki bumerang

Czasem też jest tak, że dziecko spało już u siebie, ale teraz śpi u was, bo… parę razy przytuptało i już zostało. Ot tak, po prostu jakoś tak wyszło. A ty – dla świętego spokoju – pozwoliłaś, żeby spało u was przez kilka nocy. Raz mu się coś śniło, innym razem nie mogło zasnąć, jeszcze innym bolał brzuszek, było smutne, chciało się poprzytulać, poczytać tylko chwilę w waszym łóżku. A potem obiecuję, że pójdę do siebie – słyszałaś za każdym razem. Ale nie poszło i tak zostało aż do dzisiaj.

I wraca każdej nocy, a kiedy próbujesz wynosić, to znowu wraca, i znowu, i znowu. A kiedy tłumaczysz, to krzyczy, oponuje, wygłupia się i zawsze na końcu usłyszysz: I tak do was przyjdę. Po takim wyznaniu pojawia się kolejny dylemat: wynosić po raz setny (i tak przez to jestem niewyspana) czy pozwolić zostać (i tak jestem przez to niewyspana)? 

Tu jest impreza zamiast spania

Maluch może uważać, że u was w łóżku jest weselej i przyjemniej niż u niego. Wiele pociech tak uważa i mają do tego pełne prawo. Wy sobie leżycie we dwójkę, możecie się przytulać, pogadać, a dziecko ma samo w tym swoim małym łóżku leżeć? Wtedy rodzi się zupełnie naturalna myśl: Wstanę i sprawdzę, czy za mną tęsknią. I tak wstaje, i wstaje, i wstaje. Jasne, że tęsknicie, jasne, że czekacie na buziaka, przytulasa i uśmiech. To miłe, tylko potem konieczny jest spacer do dziecięcego łóżka, żeby wiedziało, że jest kochane, ale ma swoje miejsce na ziemi do spania. Własne łóżko.

W takiej sytuacji spraw, żeby jego łózko kojarzyło się z przyjmnym spędzaniem czasu np. przy wspólnym czytaniu książek na dobranoc. 

Twitter aktywne czytanie ksiązki dla dzieci blog

Kliknij w zdjęcie, przejdziesz do bloga AktywneCzytanie.pl

Twoja decyzja, twoja odpowiedzialność

Decyzja należy do ciebie. Rzadko się zdarza, żeby dziecko przyszło do rodziców i powiedziało, że od dzisiaj chce spać we własnym łóżku. Jeśli tak się zdarzy, możesz się cieszyć, jakbyś wygrała los na loterii. Jeden na milion. W innym przypadku bierzesz na klatę całe przedsięwzięcie ze wszystkimi konsekwencjami.

A będą to najprawdopodobniej: nieprzespane noce w najbliższym czasie, niezadowolenie pociechy, twoje chwile załamania i koniecznie konsekwencja. Wiem, dużo tego i nie wygląda różowo, ale jeśli jesteś pewna, warto poświęcić kilka nocy.

Zadbaj o poczucie bezpieczeństwa

Żeby jednak mieć spokój sumienia, że dziecka nie krzywdzisz, upewnij się, co do powodów nalegania na wspólne spanie. Jeśli to tylko (aż) oznaka miłości, dziecko jest zadbane, szczęśliwe, bezpieczne, sytuacja rodzinna jest stabilna, nie ma za sobą żadnej traumy czy wielkich zmian, to nie widzę powodu, żeby nie wcielić decyzji w życie.

Bywa jednak i tak, że dziecko tego wspólnego spania potrzebuje z konkretnej przyczyny. Najczęściej jest to brak stabilizacji emocjonalnej i poczucia bezpieczeństwa. Dziecięcy świat zawala się, kiedy w sposób drastyczny i nagły są wprowadzane spore zmiany w życiu rodzinnym. Mam tu na myśli np. rozwód, śmierć w rodzinie, chorobę. Takie naprawdę skrajne przypadki. Wtedy oczywiście nie ma sensu dodawać kolejnych zmartwień.

Powrót mamy do pracy i inne sytuacje

Mogą to również być stany chwilowe, kiedy np. wracasz do pracy i spędzacie ze sobą o wiele mniej czasu, kiedy dziecko rozpoczyna przygodę z przedszkolem lub szkołą i czuje się niepewnie w nowej sytuacji. Albo (co dość powszechne), kiedy ma się pojawić młodsze rodzeństwo.

Zrób wszystko, żeby dziecko nie poczuło się odrzucone tylko dlatego, że ma przyjść ktoś inny na jego miejsce. Zająć to miejsce w łóżku rodziców. Wtedy oczywiście trzeba zacisnąć zęby i poczekać. Ale nie czekaj z założonymi rękami, tylko działaj. Rób wszystko, żeby ustabilizować sytuację i przede wszystkim, emocje dziecka. W wielu przypadkach wystarczy czas. Trzeba poczekać, aż pociecha przywyknie do nowej sytuacji.

W przypadku traumy, emocjonalnego trzęsienia ziemi, zdarza się tak, że sam czas to za mało i bierne czekanie nie wystarczy. Może potrzebna będzie pomoc specjalisty (psycholog, pedagog, pediatra)? Rozmowa, po której ty będziesz wiedziała jak pracować z dzieckiem, żeby wyszło na prostą.

Kolejny krok. Akcja delegacja! 

Jak nauczyć dziecko spania we własnym łóżku? Cała akcja krok po kroku

nowy Instagram Anna Jankowska ksiązki kobieta

Dziękuję, że przeczytałaś. Jeśli uważasz, że ten artykuł może się komuś jeszcze przydać, udostępnij go, śmiało!

Dlaczego 2-3 latek chce rządzić dorosłymi?

Dlaczego 2-3 latek chce rządzić dorosłymi?

Warto czasem pozwolić dziecku porządzić, choć w pierwszym odruchu rodzicielskiego budowania autorytetu, włącza nam się czerwona lampka, że jak to? Rośnie mały tyran? Raz pozwolę, zawsze będzie chciało, wyrośnie mały tyran. Dlaczego mój 2-3 latek chce rządzić?

Może kojarzysz sytuację, w której 2-3 latek (bo o nich tym razem mowa w głównej mierze) upiera się, że nie możesz siedzieć na kanapie tylko na fotelu. Czasem też się upiera, że tata nie ma iść z lewej tylko z prawej strony podczas spaceru.

On jest taki uroczy

Czasem podchodzimy do tego, jak do uroczej sytuacji i bez zastanowienia robimy to, czego domaga się dziecko. I w sumie to jest bardzo dobre podejście, o ile te sytuacje nie są utrudnianiem życia drugiemu człowiekowi lub całej rodzinie.

Jeśli więc tak naprawę wszystkie jedno, gdzie w tym momencie będziesz siedzieć, warto pozwolić dziecku na takie rządzenie się.

Daję sobie wejść na głowę?

Czasem włącza nam się jednak niepokój, że przecież wyrośnie nam zaborcze dziecko, będzie się domagało ustępowania zawsze i wszędzie.

Jednak po przemyśleniu sprawy na spokojnie, pewnie szybko dojdziesz do wniosku, że nic się nie dzieje (w wychowaniu) raz na zawsze. Przecież to jest proces i jeśli od czasu do czasu dziecko przejmie kontrolę, może to mieć dobry wpływ na jego rozwój. I ma! Takie przejmowanie kontroli przez 2-3 latki jest ważnym narzędziem komunikowania się ze światem.

Jak się dogadać z 2-3 latkiem?

Dzieci w tym wieku dość często jeszcze mówią niewyraźnie, słabo, czasem wcale. Oczywiście masa 2-3 latków mówi płynnie, jednak warto też pamiętać, że trochę czym innym jest wypowiadanie słów, a czym innym umiejętność ubrania w słowa emocji, przeżyć czy pragnień. Czasem dwulatek chce, coś próbuje powiedzieć, ale ma za mało zasobów (i umiejętności), żeby jasno wyartykułować swoje pragnienie. Stąd też często powody do histerii.

Kiedy dziecko mówi (lub bierze za rękę i bardziej pokazuje, niż mówi): Mamo, usiądź na tamtym fotelu, nie tu, jest to coś więcej niż „bycie na nie” lub „ja chcę”.

Słowa mają moc

2-3 latek niedawno odkrył, że mówienie ma moc. Nie, tylko jeśli chodzi o komunikowanie o potrzebie jedzenia czy przytulenia, ale też ma wpływ na świat. Kojarzysz taką żaróweczkę zapalającą się nad głowami bohaterów w kreskówkach, gdy genialna myśl ich dopada? To jest ten moment! Przestawianie rodzica z lewej na prawą, jest badaniem odkrycia, którego właśnie dziecko dokonało.

Mam wpływ na innych! Wow! Jeśli więc sytuacja pozwala, pozwól maluchowi pokierować, żeby wiedział, że jego słowa liczą się i mają moc sprawczą. Oczywiście 2-3 latek nie będzie rozważał tego na poziomie wychowawczo-filozoficznym, ale my, dorośli, wiemy, że to ważne dla budowania samodzielności.

Testowane na rodzicach

Zamiast więc stresować się czerwonym światełkiem, można się ucieszyć, że nasze dziecko odkrywa moc sprawczą swoich słów i działań. Odważnie testuje na osobach, które zna i którym ufa. Jeszcze nie raz i nie dwa będziesz obiektem testowania, co też nie zawsze musi się podobać każdemu dorosłemu.

Dlaczego przy innychjest grzeczne, a przy mnie zaczyna wariować >>

Jeśli sytuacja nie sprzyja rządzeniu się, dziecko taki komunikat również powinno przepracować. Jasne, że się zdenerwuje, nie spodoba mu się, że rodzic się nie zgadza. Wtedy pewnie potrzebne będą pokłady cierpliwości, dzięki którym pomożemy 2-3 latkowi przebrnąć przez etap rozpaczy (histerii) z powodu naszej odmowy. To też przecież część uczenia się komunikowania ze światem, nie zawsze słyszymy „tak” w życiu, prawda? I nie jest to koniec świata.

Zmartwiozaur cytat opinia ksiązka dla 2-3 latka

Dlaczego tak robi?

Pewnie większość rodziców zauważyła, że w 2-3 latkach budzi się lekki terrorysta, kiedy rzeczy dzieją się inaczej niż zwykle. Jeśli mama zazwyczaj siadała na żółtym fotelu, a teraz usiadła na kanapie, jest większe prawdopodobieństwo, że dziecko będzie chciało przywrócić sprawy do stanu normalności. Jego normalności.

Maluchom w tym wieku takie rutynowe działania, stabilizacja i unormowany plan dnia, dają poczucie bezpieczeństwa.

Powtarzaj do znudzenia

Nowe sytuacje bywają trudne, czasem wręcz przerażające, dlatego, jeśli tylko można, warto dziecko uprzedzać o tym, co się wydarzy. Nie mówię wyłącznie o nowych sytuacjach, bo to konieczność. Mówię też o codzienności, którą (teoretycznie) dziecko dobrze zna: Po obiedzie pójdziemy na spacer. Na plac zabaw, tam, gdzie zawsze.

Wiemy, że dziecko wie. Ono też wie, że wie, ale i tak warto opisywać (na głos) to, co wydarzy się w najbliższym czasie. W tych planach nie nie ma sensu, snuć wizji dalekiej przyszłości, bo to dla 2-3 latka jednak zbyt abstrakcyjne.

Emocje rodziców

Jeśli wciąż się obawiasz, że przez to „rządzenie”, dziecko przestanie cię słuchać, może uspokoi informacja, że tak naprawdę to jest twoja decyzja. Ty decydujesz czy się w danym momencie zgodzisz na „zarządzanie”, czy nie.

Dziecko jest autonomiczną jednostką i nie jesteśmy w stanie przewidzieć, o co i kiedy nas zapyta, poprosi. Nie mamy na to wpływu, tak jak nie do końca mamy wpływ na innych ludzi. Możemy jednak decydować o naszych reakcjach, to daje poczucie pewności. Czasem będzie to „tak”, czasem „nie” i w porządku. To nasza decyzja, a życie między ludźmi jest właśnie takie – nie zawsze po naszej (i dziecka) myśli.

Z uśmiechem

Jeśli bardzo, ale to bardzo przeszkadza ci podążanie za „rządzeniem się” 2-3 latka, można do tego podejść z żartem, opisując na głos i z uśmiechem: Oooo, chcesz, żebym przeszła na żółty fotel. Pomóż mi wstać, bo coś nie ma siły… I tu wygłupy, bo przecież czasem dorosłemu człowiekowi trudno wstać, z różnych (niekoniecznie poważnych) powodów. Dziecko się śmieje, ty się śmiejesz, jest przyjemnie.

To też pokazuje maluchowi, że może osiągnąć swój cel, ale nie od razu. Czasem trzeba włożyć odrobinę wysiłku w „przestawienie rodzica na fotel”. Nie zawsze, ale czasem tak.

Relacje społeczne

Można dołożyć do tego informację o magicznym słowie „proszę”, które zamienia „rządzenie się” w prośbę. Po kilku próbach dziecko zrozumie, że z tym magicznym słowem rzeczy dzieją się z uśmiechem, dorośli chętniej współpracują i niekoniecznie trzeba używać histerii, jako argumentu.

To też moment, w którym można wiele (wychowawczo) zdziałać, bo takie przestawianie rodziców jest elementem edukacji społecznej. 2-3 latek nie musi wiedzieć, jakie są normy społeczne, dopiero się tego wszystkiego uczy. Dzisiaj przestawia rodziców, jutro (gdy pójdzie np. do przedszkola) będzie to ćwiczył na rówieśnikach (a oni na nim).

Im więcej ćwiczeń, tym bardziej znajoma sytuacja. A już wiemy, że to właśnie znane i znajome sytuacje budują poczucie bezpieczeństwa. Przyda się to podczas adaptacji przedszkolnej >> i wielu kolejnych wyzwań czekających nasze dzieci.

nowy Instagram Anna Jankowska

Dziękuję, że przeczytałaś. Jeśli uważasz, że ten artykuł może się komuś jeszcze przydać, udostępnij go, śmiało!

Nie jestem ci winna buziaka!

Nie jestem ci winna buziaka!

Wydawać by się mogło, że dzisiaj w zasadzie wszyscy o tym wiedzą. Nie zmuszamy dzieci (nikogo) do całowania, przytulania dorosłych, jeśli nie mają na to ochoty. Słynne „Daj cioci buziaka!” przechodzi do lamusa. O teorii i praktyce dzisiaj na blogu Tylko dla Mam. 

Teoretycznie wszyscy o tym wiemy. Potrafimy nawet egzekwować te zasady w kontaktach ze znajomymi, przyjaciółmi czy bliższą rodziną.

Gdyby ktoś nie wiedział, jak to zrobić konkretnie i asertywnie, zostawiam instrukcję: Krótka lekcja nieprzytulania >>

Nie kochasz babci?

Kiedy jednak spotykamy się z dalszą rodziną raz do roku (lub rzadziej), a tą rodziną są seniorzy – babcie, kuzyni, pradziadkowie, często odpuszczamy. Wtedy jakoś łatwiej wyjaśnić sobie (w głowie): Oj, to tylko jeden raz. Nic się nie stanie, a babci nie będzie przykro.

To przeświadczenie często bierze górę nad sprawą ważniejszą, czyli asertywnym informowaniem o sposobie wychowania dzieci, gdzie one mają prawo same decydować o sobie i o tym, czy mają ochotę na buziaki ze strony innych ludzi.

Często też ma na to wpływ szantaż emocjonalny ze strony rodziny: Jak to nie chcesz dać buziaka? Nie kochasz babci? W takiej sytuacji dziecko czuje się winne i daje tego buziaka. Tu potrzebna jest zdecydowana interwencja dorosłego (który zresztą też często czuje się winny).

Moje dziecko nie jest ci winne buziaka!

Dlaczego to tak działa, że łatwiej nam odpuścić niż wyjaśnić, że dziecko ma prawo decydować o swoim ciele? Po części dlatego, że z bliższymi znajomymi mamy lepszy kontakt i częściej rozmawiamy, prawdopodobnie lepiej się dogadujemy. Mamy więcej okazji do wyjaśnienia, z jakiego powodu uczymy dzieci, że ich ciało należy do nich, że gdy znajdują się w niekomfortowej sytuacji, mają prawo (nawet obowiązek) powiedzieć nie. Jedni zrozumieją, inni pokręcą nosem, ale na ogół pewnie uszanują naszą decyzję po kilku rozmowach i wyjaśnieniach.

Kiedy jednak sytuacja dzieje się jednorazowo, do czynienia mamy z osobami, dla których temat „nie” ze strony całowanego na powitanie dziecka jest tak abstrakcyjny, jak dla mnie losy postaci z Klanu, sytuacja się komplikuje.

Dalsza rodzina i znajomi

Jedną z takich okazji jest spotkanie rodzinne. Może to być z okazji świąt lub jakiejkolwiek innej. Stajemy wtedy przed ludźmi, którzy oczekują świątecznego nastroju i pozytywnych emocji. Czasem te oczekiwania są tylko naszym wyobrażeniem o sytacji, ale są, czujemy presję.

Widzi się kogoś raz do roku, jest między nami przepaść pokoleniowa (choć to nie zawsze jest przyczyną, często seniorzy są o wiele bardziej otwarci na decyzje rodziców). W każdym razie, gdy widzi się kogoś tak rzadko, trudniej wdawać się w długie dyskusje i wyjaśnienia. Łatwiej odpuścić, a nie warto.

Nie dam ci buziaka!

Mając wiedzę o tym, jak ważne jest nauczenie dzieci, że ich ciało należy do nich, trzeba to jeszcze jakoś wcielić w życie. Wiemy my, ale wiedzieć muszą też dzieci. Najlepsze co można zrobić, to zasypać maluchy tym komunikatem, dosłownie! Zawsze i wszędzie powtarzać, że nie muszą nikogo przytulać, całować, jeśli nie czują, że tego chcą. Czasem też dzieci nie potrafią ot, tak, z marszu o tym zdecydować, dlatego znowu potrzebują nasze go wsparcia.

Oprócz tego powtarzania, pokazywania konkretnych sytuacji, czasem trzeba się zamienić w „rodzica tarczę”. Wyobraźmy sobie moment, kiedy jedziemy do babci i dziadka na święta. Wiemy, że będzie tam spora część rzadko widywanej rodziny. Wysiadamy z samochodu i zaczyna się rodzinne powitanie. Na ten moment dzieci powinny być przygotowane wcześniej. Warto porozmawiać (przypomnieć), że nie muszą nikogo całować ani ściskać, może się przywitać na kilka innych sposobów.

  • Piąteczka.
  • Podanie ręki.
  • Powiedzenie „dzień dobry”.
  • Przesłanie całusa na odległość.
  • Pomachanie z daleka.

Spotkanie rodzinne

Wysiadamy więc z tego samochodu i wpadamy w objęcia babci. Pewnie dorosłym te uściski nie sprawią większego problemu. Dzieci, widząc, że rodzice się całują z nowymi osobami, mogą czuć pewien przymus, że one też powinny. Wtedy można kucnąć przy maluchu i zapytać, czy chce dać babci buziaka. Niezależnie od tego, co mówi babcia, warto poświęcić minutkę na prywatną rozmową z dzieckiem.

Podkreślam słowo prywatną, bo gdy zapytamy na głos, tuż przed nosem stęsknionej babci: Czy ty Krysiu chcesz dać babci buziaka?, presja znowu jest ogromna. Jak tu odmówić stęsknionej babci? No właśnie. Żeby dać dziecku prawdziwy wybór, ta rozmowa powinna być prywatna. To ważne, żeby maluchowi uświadomić, że odmowa jest w porządku.

Podczas tej rozmowy warto z dzieckiem ustalić, która opcję powitania wybiera i uszanować ją. Jeśli ktokolwiek z innych dorosłych będzie miał z tym problem, rodzic-tarcza uprzejmie informuje, dlaczego uczy dzieci, że ich ciało należy do nich. Jeśli ktoś z dorosłych nie zrozumie… to jest jego problem, nie nasz i nie naszego dziecka.

cytat towje ciało należy do ciebie grafika

Moje ciało należy do mnie

Maluch musi wiedzieć, że rodzice zawsze stoją po jednej stronie, jego stronie. Jeśli uczymy, że „Twoje ciało należy do ciebie”, nie ma wyjątkowych sytuacji, czyli takich, kiedy jednak odrobinkę należy do babci czy wujka. Nie można na ten temat zostawić choćby cienia wątpliwości na etapie wyrabiania nawyku, uczenia asertywności. Maluch nie może dostawać komunikatu: Tak, twoje ciało należy do ciebie, ale bywają wyjątki.

Kiedy dziecko znajdzie się w sytuacji np. molestowania, musi wiedzieć, że ma prawo się bronić za wszelką cenę, a nie zastanawiać, czy to przypadkiem nie jest jedna z tych wyjątkowych sytuacji. Dając sprzeczne komunikaty, wyrzucamy całą naukę w las. Dlatego to takie ważne, żeby jednak postawić dobro dziecka ponad nadąsane miny niektórych dorosłych.

Może się też przydać książka dla dzieci, w której mały Leon samodzielnie rozprawia się z niechcianymi buziakami, opowiadam o niej więcej w recenzji: Buziak? Nie! >>

nowy Instagram Anna Jankowska

Dziękuję, że przeczytałaś. Jeśli uważasz, że ten artykuł może się komuś jeszcze przydać, udostępnij go, śmiało!

Rodzic idealny i niegrzeczne dziecko. Co poszło nie tak?

Rodzic idealny i niegrzeczne dziecko. Co poszło nie tak?

Idealny rodzic i niegrzeczne dziecko? Patrząc na współczesne rodziny często widać zagubienie. Nic dziwnego, za dużo tego wszystko. Grzeczny – niegrzeczny, kary – nagrody, dyscyplina – wyluzowanie. Za mało oddechu, za dużo… wszystkiego.

Czasem czujemy się zagubieni pośród setek porad związanych z wychowaniem. Najgorsze, co możemy zrobić dla siebie i dzieci, to popadanie w skrajności i odrzucenie intuicji. Wtedy wydaje nam się, że mamy niegrzeczne dziecko i wydaje nam się, że powinniśmy być bliżej ideału. Nic z tych rzeczy.

Bywa, że coś nam się po prostu wydaje i zupełnie naturalne zachowania dzieci uznajemy za niegrzeczne: 5 rzeczy wyglądających jak niegrzeczne zachowania, choć wcale nimi nie są >>

Rodzic popadający w skrajności

Bardzo często problematyczne wydają się rzeczy, które tak naprawdę powinny być intuicyjne. Jednym z powodów takich odczuć jest popadanie w skrajności i trzymanie się tylko jednego stanowiska w sprawie wychowania, usypiania, karmienia, spacerowania.

Nie można dziś pominąć dość istotnego faktu, że stanowiska w sprawie wychowania czy pielęgnacji zmieniają się dość szybko. Za kolejną dekadę pewnie rodzice będą się pukać w czoło i zastanawiać, co ci ludzie mieli w głowach, kiedy, tak czy siak, wychowywali dziecko.

Wiem, co mówię i to z własnego doświadczenia. Świat się zmienia, badania się zmieniają, nowinki ze świata psychologii również. Książka, którą napisałam ponad dekadę temu, wymagała całkowitego niemal przeredagowania przy wznowieniu w 2018 roku. Zrobiłam to z wielką przyjemnością, ale też zdziwieniem, jak wiele się przez zaledwie dziesięć lat zmieniło w sposobie myślenia o wychowaniu.

Mówię o książce pt. Trudne tematy dla mamy i taty >>

Zagłuszacze intuicji i skrajności

Jedno jest jednak niezmienne, choć bardzo zagłuszane właśnie przez skrajne podejście do wychowania. Intuicja i zaufanie dziecku oraz sobie, jako rodzicowi. Niby wiemy, że nikt się rodzicem nie rodzi. Nie ma na to instrukcji, a jakże często nie dajemy sobie prawda do uczenia się tej roli, słuchając komentarzy obcych ludzi o tym, że mamy niegrzeczne dzieci.

Więcej o wsłuchiwaniu się we własną intuicję napisałam kiedyś gościnnie w artykule pt. 3 zagłuszacze matczynej intuicji >>

Najgorsze, co rodzic może w tym wypadku zrobić, to uleganie złudnemu wrażeniu, że jakakolwiek skrajność jest dobra.

rodzic idealny wychowanie cytat

Nie da się uciec od stresu

Przez skrajność nie mam na myśli patologii, ale może nawet wręcz przeciwnie. Kompletne odcinanie dzisiejszych dzieci od stresu, smutnych przeżyć (choćby przy czytaniu książki lub oglądaniu bajek), trudnych rozmów (jasne, że trzeba je dostosować do wieku i możliwości dziecka). Ani od drażliwych tematów czy typowych obowiązków domowych, bardziej szkodzimy, niż pomagamy w harmonijnym rozwoju.

Do harmonijnego rozwoju potrzeba równowagi, nie skrajności.

Dość prostym rozumowaniem wydaje się stwierdzenie, że niezależnie od tego, czy kremujesz dziecko tym, czy tamtym specyfikiem, używasz tych czy tamtych pieluch. Kładziesz o tej czy tamtej godzinie na drzemkę, bardziej istotne jest to, żeby to nakarmione, przewinięte i nakremowane dziecko zasypiało spokojnie. Wtedy będzie szczęśliwe.

I kompletnie nie chodzi mi o to, żeby nie zwracać uwagi na to, jakich się używa kremów czy pieluch (kwestia odpowiedzialności za planetę jest dla mnie ważna). Chodzi o to, żeby nie popadać w skrajności. Jak się raz nie nakremuje, dokarmi z butli czy uśpi o północy zamiast o 20:00, świat się nie zawali.

Mózg dziecka potrzebuje czułości

Krzywda się dziecku nie stanie, jeśli nie będzie miało rodziców działających jak w zegarku, na każde zawołanie i bez popełniania błędów. Ono potrzebuje rodziców czułych i ciepłych. Tylko tyle. Reszta jest bardzo mało istotna.

Mózg dziecka potrzebuje czułości o wiele bardziej niż tzw. rozwoju intelektualnego. I znowu, nie chodzi o to, żeby nie stymulować maluchów intelektualnie, ale wziąć pod uwagę, że każda chwila spędzona z rodzicem jest ważniejsza, niż jakakolwiek inna np. na zajęciach dodatkowych czy przed telewizorem. Każda.

Łatwo to zauważyć każdego dnia. Kiedy usiądziesz przy dziecku na trawie, na dywanie, na jego poziomie, ono (wcześniej zajęte swoją zabawą), najczęściej po chwili cię do niej zaprosi. Nawet jeśli jeszcze nie potrafi mówić, zwróci na ciebie uwagę i coś będziecie robić razem.

O tym przekierowaniu uwagi napisałam w artykule pt. Zejdź do parteru >>

Grzeczne czy niegrzeczne?

Chcemy, żeby dzieci z nami współpracowały, chcemy, żeby zachowywały się tak, jak nam na tym zależy. Chcemy je nauczyć, jakie są obowiązujące normy, dlatego warto zrobić jedno – wzmacniać pozytywnie pożądane zachowania.

Przekładając to na prosty język, chodzi o to, żeby nagradzać dzieci w momentach, które chcemy, żeby zapamiętały, jako miłe. Za chwilę odniosę się do nagród, bo wiem, że część rodziców ma ciarki na sam dźwięk tego hasła, spokojnie. Nie popadajmy w skrajności.

Gdy dzieci dany moment zapamiętają jako miły, fajny, dobry, ciekawy, będą chciały do niego wracać. Będzie im się ta sytuacja dobrze kojarzyła. Do dobrych chwil chętnie wracamy.

Zamiast więc np. krzyczeć na dziecko, które nie robi czegoś po naszej myśli, lepiej nagradzać (chwalić, zauważać), gdy to robi.

Najlepsza nagroda

Jeśli chcemy, żeby nasze dziecko chętnie coś robiło np. sprzątało zabawki, o wiele lepszym sposobem jest pokazanie mu, jak super może być podczas tego sprzątania. To lepsze niż tłumaczenie, że tak trzeba i już, rodzic wie najlepiej. Zwłaszcza, gdy mówimy o małych dzieciach. Po takich wspólnych chwilach „od małego”, starszakom już łatwiej działać samodzielnie.

Co może być nagrodą za sprzątniecie zabawek? Zabawa z rodzicem to całkiem fajna nagroda. W posprzątanym pokoju można rozłożyć grę i wspólnie spędzić czas na podłodze. Razem.

Skoro dziecko dało sobie umyć głowę bez krzyków (choć zazwyczaj krzyczy), również powinno dostać za to nagrodę, ponieważ zależy nam na wzmocnieniu tego zachowania (żeby kolejny raz też dało ją sobie spokojnie umyć). W tym wypadku może to być tworzenie figurek z piany lub świetna zabawa w wannie, kiedy rodzic jest obok (abo nawet w środku). Razem.

Bycie razem, zabawa, to są najlepsze nagrody dla dziecka. O wiele lepsze niż naklejki czy cokolwiek innego, materialnego. Niby to jasne, bo często powtarzamy takie zdanie i często powtarza się w poradnikach. Jednak czy naprawdę wiemy, dlaczego to jest lepsze?

 

Wspólne spędzanie czasu

Chodzi o sposób funkcjonowania mózgu, a konkretniej tworzenie się nowych połączeń między neuronami. Inaczej mówiąc – uczenie się. Ale nie takie szkolne, tylko właśnie życiowe: widzę, kojarzę, zapamiętuję, bo to przeżyłam.

Neurony położne blisko siebie w mózgu, o wiele łatwiej tworzą połączenia (mają krótszą drogę do przebycia, gdybyśmy chcieli to bardziej plastycznie zobrazować). Lepiej więc skupić się na takich nagrodach, które są skorelowane z danym zachowaniem, współgrają z tym, co dziecko przeżywa tu i teraz. To najbardziej wzmacnia pożądane zachowania.

Zamiast się skupiać na tym, kiedy dziecko nie chce współpracować (i wtedy karać, powtarzać, że jest niegrzeczne), łatwiej coś osiągnąć, skupiając się na tych momentach, kiedy chce współpracować i robi coś dobrze.

Wspierający rodzic

Kiedy maluch skończy zabawę, pozbiera zabawki, to najfajniejszą nagrodą za takie zachowanie jest wspólna zabawa w tym posprzątanym miejscu. Jeśli da sobie umyć głowę i spokojnie siedzi w wannie, najfajniejszą nagrodą będzie właśnie zabawa w „piankowy świat” lub rysowanie kredkami wodnymi. Mniej zdziałamy inwestując np. jajko niespodziankę jutro po przedszkolu.

Gdy sprawy toczą na poziomie zachowań społecznych, to i nagroda powinna być na tym poziome (wspólny czas, uwaga rodzica, czułość). Otrzymanie zabawki/naklejki za spokojne mycie głowy, jest o wiele bardziej odległym skojarzeniem, niż zabawa tu i teraz w wannie. Tym razem być może zadziałało, ale w przyszłości pewnie nie zadziała.

Druga sprawa to właśnie sama nagroda. Te materialne cieszą przez dosłownie chwilę. Nie mają takiej mocy jak wysiłek włożony w społeczne zaangażowanie mózgu i wspólne spędzanie czasu. Tylko to buduje poczucie bezpieczeństwa, bliskości. Nic innego nie może tego zastąpić. Tylko podczas takich scen jest produkowana dopamina. Trudno to porównać z otrzymaniem naklejki czy włączeniem bajki, czy wręczenie zabawki i zajęciem się swoimi dorosłymi sprawami.

Ważne wartości

Nagrody materialne, w żaden sposób nie przekazują tego, co może osiągnąć rodzic podczas choćby wypowiadania słów: „Dziękuję, cieszę się, że to zrobiłaś”. Rzeczy nie niosą (przynajmniej nie dla dziecka) żadnego przesłania o wartościach, choć dorosłemu może się wydawać, że tak właśnie jest.

Nie wiem, czy dziękujesz dziecku za wykonywanie codziennych obowiązków. Ja staram się pamiętać, żeby podziękować córce za umycie szafek czy podłogi w łazience. Niby wiadomo, że to jej obowiązek. Każdy ma swoje obowiązki domowe i je zna. Jednak to małe słowo zmienia całkowicie sposób myślenia o (często niefajnej) robocie. Zmienia mój sposób myślenia (doceniam, że to robi) i jej (rodzic to widzi i docenia).

Rodzic lepszy niż zabawka

Rzeczy materialne nie cieszą dziecka zbyt długo (o ile w ogóle), jeśli są tylko rzeczami. Czasem nawet w grupie Aktywne Czytanie – książki dla dzieci, która prowadzę na Facebooku, ktoś napisał: Kupiłam książki, całą masę, a dziecko nie jest nimi zainteresowane. Jako rodzic odbieram to za porażkę, niewdzięczność i niegrzeczne zachowanie. 

Jestem mocno przekonana, że gdyby kupiło się jedną i wspólnie z dzieckiem spędzało czas na jej czytaniu, zabawie z tą książką, okazałoby się, że książka jest hitem. Nie twierdzę, że zawsze, każdy ma ksiązkowy gust, ale często o to chodzi. Jeśli jednak na półce jest ich do wyboru kilkadziesiąt, a rodzic nie ma czasu, są tylko książkami.

Przy okazji zapraszam do zerknięcia na blog, gdzie polecam mądre i piękne książki: Aktywne Czytanie – ksiązki dla dzieci >>

Wiem, dlaczego tak chętnie obdarowujemy dzieci rzeczami materialnymi. Czasem wydaje nam się (dorosłym), że codzienna dawka słodyczy, jajko niespodzianka czy czterdziesta książka w biblioteczce, to wyrażanie miłości. Z naszej strony tak, ale już z odbiorem w oczach dziecka, wcale tak to nie wygląda.

Dzielić się radością

Jasne, że dzieci się cieszą, kiedy mogą oglądać bajkę w TV czy zjeść jajko niespodziankę, ale miejmy świadomość, że ta radość nie ma wiele wspólnego z rozwojem społecznym, budowaniem bliskości. Dając naklejkę w nagrodę za te dobre chwile, pokazujemy dzieciom, że naklejki, pieniądze czy bajki, są ważne w życiu, a chyba nie do końca o taki przekaz nam chodzi.

Dając w nagrodę wspólny czas i zabawę (wyłącznie w nagrodę, ale również, jako nagrodę w konkretnych sytuacjach) pokazujemy, co naprawdę w życiu się liczy. A nie od dziś wiadomo (zostało to przebadane wzdłuż i wszerz ostatnimi czasy), że szczęśliwi ludzie to tacy, którzy budują życie na pozytywnych relacjach z innymi ludźmi.

I jeszcze słowo w sprawie popadania w skrajności. Kompletnie nie chodzi o to, żeby rodzice dawali swoją uwagę wyłącznie wtedy, kiedy dziecko zachowuje się tak, jak tego oczekują. Chodzi o to, żeby dawać ją w konkretnych momentach. Ona jest za darmo i może zdziałać więcej niż najdroższa zabawka na świecie.

nowy Instagram Anna Jankowska

Wiem, że niektórzy oczekują od pedagoga garści porad podanych na tacy. Nie mam takich porad „na każdą okazję”, bo – czy to się komuś podoba, czy nie – każda rodzina jest indywidualnym bytem, który samodzielnie decyduje o tym, jak działa i co jest dla niego dobre. 

Dlatego rozmawiamy, bez popadania w skrajności. W wychowaniu nie ma jednej odpowiedzi. Jest ciągłe poszukiwanie. O tym jest blog Tylko dla Mam. Cieszę się, że tu jesteś, zostańmy w kontakcie. Zapraszam do zapisania się na Newsletter >>

9 ważnych informacji o trzylatku. 3-latek nie słucha? Hmm…

9 ważnych informacji o trzylatku. 3-latek nie słucha? Hmm…

Trzylatki mają dobrą opinię. 3-latek w domu to wielka radość. Ale bywają czasem trudne we współpracy (to „robocze” słowo, chodzi o dogadanie się). To czas, kiedy dziecko już mówi, chodzi, a nawet biega. Zależy mu na czymś więcej niż byciu zaopiekowanym. Ma swoje zdanie, ale wciąż jeszcze trudno mu ogarnąć emocje. (więcej…)