Dziecko jest niegrzeczne czy temperamentne?

Dziecko jest niegrzeczne czy temperamentne?

Wydaje mi się, że czasem jesteśmy skłonni powiedzieć: „Mam niegrzeczne dziecko”, „Dziecko mnie nie słucha”. Nawet pomyśleć dosadniej: „Mam dosyć tego, jak się zachowuje”, niż na spokojnie uznać, że mamy temperamentne dziecko.

Ogólnie rzecz ujmując, masz temperamentne dziecko, jeśli czujesz, że ono wszystko robi „bardziej”. Jeśli choć raz przemknęło ci przez głowę, że niby robisz wszystko zgodnie z poradami książkowymi i intuicją, niby wiesz, jak rozmawiać, starasz się rozumieć i akceptować, a ono wciąż przegina, być może masz właśnie temperamentne dziecko.

Temperamentne czy niegrzeczne?

Nie chcę jednak, żebyśmy poszli w kierunku uwag typu: „Temperamentne, czyli ładniejsze określenie niegrzecznego”. Nie ma niegrzecznych dzieci, wiemy to już od dawna. Jednak jest cała masa rodziców mających poczucie, że jednak coś jest na rzeczy, skoro mówię, mówię i nic nie dociera.

I tu właśnie możemy zastanowić się nad temperamentem dziecka, w kontekście jego zachowania, reagowania, życia pośród innych ludzi. Dr Kurcinka w książce pt. „Temperamentne dziecko” opowiedziała o całkiem zgrabnej teorii, w które podaje nam 9 punktów, według których sprawdzamy, czy mamy temperamentne dziecko w domu.

Uwzględniamy oczywiście dodatkowo geny i środowisko wychowawcze. Tych 9 punktów to pewne uproszczenie, ale podoba mi się próba spojrzenia na dziecko pod tym kątem. Zwłaszcza ze względu na rodziców i budowanie szacunku w rodzinie. To szansa dla wielu dorosłych na poukładanie sobie relacji z pociechami i pozbycie się wyrzutów sumienia.

Mam wyrzuty sumienia

Jak widzimy, że nasze dziecko zawsze „bardziej”: bawi się, krzyczy, płacze, przeżywa itd., możemy mieć wrażenie, że robimy coś nie tak. Skoro inne mogą na spokojnie, dlaczego moje nie potrafi?

Co robię źle? Otóż nic nie robisz źle, bo temperament nie jest zależny od tego, czego chcemy (oczekujemy). Oczywiście, że pewne zachowania można (trzeba) uspokajać, temperować, pomagać nad nimi panować, ale temperamentu nie przeskoczymy.

Od czego zacząć?

Proponuję zacząć od określenie, na ile – w skali od 1 (najmniej) do 10 (najwięcej) – masz temperamentne dziecko. Skrajne bieguny oznaczają dziecko temperamentne, choć nie każdy z tych dziewięciu punktów musi być na skraju skali.

Jasne, że nie jest to żadna ostateczna diagnoza, tylko próba zrozumienia konkretnych zachowań dziecka, które najbardziej nas denerwują. Mamy ich dosyć i po prostu nie lubimy. Tak, można kochać dziecko i mieć serdecznie dosyć pewnych zagrywek z jego strony. Jednak, skoro mamy dosyć, nie pozostawiajmy ich do momentu „aż wyrośnie”, bo cała rodzina będzie się z nimi męczyć.

Więcej o tym, jak podejść do tych trudnych zachowań napisałam w artykule pt. Wredne i złośliwe zachowania. Rośnie mi mały tyran? >>

Tu chodzi o progres

Tak naprawdę w tym całym budowaniu relacji (wychowaniu), nie chodzi o natychmiastowe efekty, tylko o jakikolwiek progres. Rodzic idealny nie istnieje, to wiadomo, jednak wiem z własnych doświadczeń, że trudno odpuścić. Zwłaszcza gdy wszyscy dookoła mniej lub bardziej delikatnie dają do zrozumienia, że masz… no właśnie, temperamentne dziecko.

Odpowiedz sobie na dziewięć pytań związanych z zachowaniami i cechami temperamentnych dzieci. Nie wszystkie oczywiście muszą w stu procentach być w skali na 10. Jednak jeśli czujesz, że twoja pociecha jest po tej stronie „bardziej” (na skraju), jest spora szansa, że masz temperamentne dziecko.

1. Czy reaguje bardzo intensywnie?

Wspomniałam o tym już wcześniej i wymieniam jako pierwsze, bo to w sumie jeden z ważniejszych elementów. Chodzi o wszelkie codzienne sytuacje, niekoniecznie imprezy urodzinowe czy wypad do wesołego miasteczka. Wiadomo, że wtedy większość dzieci jest bardzo podekscytowana.

Jeśli jednak twoje dziecko najczęściej jest tym, które słychać najgłośniej podczas zabaw, najmocniej ściska, piszczy (wrzeszczy) z radości, rozpacza z intensywnością diwy i potrafi to robić bardzo długo, może być temperamentnym dzieckiem.

Co ciekawe, temperamentem dzieci mogą też być bardzo ciche, może się wydawać, że wycofane, ale nie. One najczęściej analizują, przetwarzają w głowie daną sytuację i po prostu widzisz, że mózg im paruje. Tak mocno analizują, co się aktualnie dzieje.

Intensywność reakcji nie musi oznaczać wrzasku, chodzi o natężenie, zaangażowanie całym sobą, wręcz nieumiejętność wyjścia z tego stanu tak po prostu na zawołanie.

2. Czy łatwo się przystosowuje?

Mało tego, że temperamentne dzieci czasem nie potrafią wyjść ze stanu zaangażowania, to dopiero początek. Nie lubią też porzucać sytuacji, które je zajmują i w których czują się bezpiecznie np. zabawy. 

Nie znoszą zmian, nawet tych, o których wiedziały wcześniej, nie lubią się dostosowywać do nieznanych okoliczności. To ludzie, którzy nie lubią niespodzianek. Sama ich nie znoszę, więc świetnie rozumiem niezadowolenie, gdy mnie takie spotykają. Rozumiem też rozczarowanie dorosłych liczących, że maluch będzie wniebowzięty lub przynajmniej zechce „współpracować”. O tym zderzeniu oczekiwań przyjdzie wam pewnie wiele razy rozmawiać.

Więcej na temat tych rozważań napisałam w artykule pt. Nie lubię tego! Zrobię po swojemu! Podążam za potrzebami dziecka czy spełniam zachcianki? >>

Najlepsze, co może dla siebie i dziecka zrobić rodzic w tej sytuacji, to unikanie niespodzianek. Jeśli np. umówicie się, że na obiad będzie mielony, warto się wysilić i tej obietnicy dotrzymać. Są dzieci, które taką zmianę skwitują „OK, to mielony następnym razem”, ale są też takie, dla których to będzie koniec świata. Dla temperamentnego dziecka to właśnie może być powodem do histerii (wracamy do intensywności reakcji).

3. Czy jest wytrwałe?

Temperamentne dziecko jest bardzo wytrwałe w swoich postanowieniach, co oczywiście często etykietowane jest jako upór. Są sytuacje, w których to jest wspaniała cecha. Jednak problem polega na tym, że najczęściej wytrwałość ogranicza się do tematów, którymi pociecha jest zainteresowana. Jeśli więc nie lubi czytać, nie ma mowy, żeby ta wytrwałość do czegoś się przydała. Kiedy jednak np. interesuje się sportem, programowaniem lub gotowaniem, będzie z całym zaangażowaniem zgłębiać temat.

Warto podążać za zainteresowaniami temperamentnych dzieci, bo widoczne postępy (nie może być inaczej, jeśli się w coś angażujesz i ćwiczyć, zrobisz postępy) mają zbawienny wpływ na psychikę i poczucie wartości. Takie maluchy i nastolatki dość często słyszą, że są niegrzeczne, krnąbrne, uparte, pyskate (niekoniecznie od rodziców, od otoczenia), dlatego każde pole, gdzie mogą się wykazać i poczuć docenione, jest na wagę złota.

Przeczytaj o wytrwałości w artykule pt. Czy można dziecko nauczyć wytrwałości? >>

4. Czy jest wrażliwe na bodźce?

Każdy jest wrażliwy na bodźce, ale tu chodzi o mega-wrażliwość, żeby nie powiedzieć przewrażliwienie. Jako osoba z nadwrażliwością na dotyk i słuch, wiem, że to potrafi zrujnować nie tylko fajny dzień, wypad z rodziną na spacer, czy posiłek, ale po prostu niszczy relacje w rodzinie. Zwłaszcza kiedy dorosły nie wyciągnie pomocnej dłoni do dziecka i nie zaakceptuje faktu, że metka, nieoddychające rajtuzy czy muzyka, mogą doprowadzić do sceny jak z horroru.

Większość dzieci nie potrafi powiedzieć, że przeszkadza im za wysoka temperatura w pokoju czy kapiący kran. Będą wyraźnie poirytowane, zdecydowanie rozdrażnione, a my (dorośli) nazwiemy to „muchami w nosie” lub niegrzecznym zachowaniem.

Wiem, że nie da się wyeliminować wszystkich denerwujących bodźców, jednak warto mieć na względzie, że temperamentne dziecko w skrajnych przypadkach nie da rady przeskoczyć tego, że je coś uwiera.

To trochę jak ze sprawdzaniem, czy dziecko jest wyspane, najedzone, czyli ma zabezpieczone podstawie potrzeby. W tym wypadku gryzące metki i hałas wliczają się do zestawu „do sprawdzenia” i wyeliminowania.

5. Czy łatwo się rozprasza?

Nie mówimy teraz o 1-3 latkach, dla których uwaga mimowolna jest normą.

Im starsze dziecko, tym więcej skupienia oczkujemy. Temperamentne dzieci bardzo szybko się dekoncentrują, zwłaszcza w sytuacjach, gdzie dużo się dzieje. To dlatego, że ich analityczny umysł co chwilę próbuje przeskanować nowe sytuacje np. klakson samochodu, śpiew ptaka czy ilość jabłek w misce oraz wzorki na niej.

Przy tym podpunkcie na chwilę się zatrzymam, bo temat koncentracji jest bardzo szeroki i dotyczy bardzo wielu współczesnych dzieci, wychowywanych przed ekranami. Telefony i telewizory nie sprzyjają budowaniu koncentracji na czynności czy zadaniu. Nie wymagają od dziecka niczego oprócz siedzenia i patrzenia w ekran. Podążania za wymyśloną przez kogoś fabułą i po prostu wchłonięcia jej.

Więcej na ten temat przeczytasz w artykule pt. Jak oderwać dziecko od komórki? >>

Mając w domu temperamentne dziecko, najpewniej trzeba będzie włożyć wiele pracy w nauczenie, jak sobie radzić z tymi rozpraszaczami. To też nie jest powód do dramatu, bo ludzie temperamentni są też często bardzo uważni, to znaczy, że widzą detale (ten dźwięk wydawany przez skowronka, czy kolor miski z jabłkami), co może się przydać w dorosłym życiu, jeśli wybiorą zawód zgodny z ich temperamentem i nauczą się koncentrować na określony czas.

6. Czy jest w ciągłym ruchu?

Oczywiście, że większość dzieci jest w ruchu, bo to bardzo naturalna potrzeba młodego organizmu. Jednak też wiele maluchów potrafi „wysiedzieć” w najróżniejszych sytuacjach np. rysując, podczas oglądania bajki czy na zajęciach w przedszkolu. Temperamentne dzieci muszą się ruszać w każdej sytuacji, nawet jeśli ten ruch będzie niewielki np. pstrykanie długopisem.

Tak jak w przypadku intensywnych reakcji, tu nie chodzi o to, że „trzeba się wybiegać”, bo rozpiera mnie energia. Niektóre temperamentne dzieci nie są tymi skaczącymi najwyżej i widocznymi w grupie od razu. Tym razem chodzi o ciągłość, uporczywość wykonywania ruchów. Po prostu muszą się ruszać, czymś majstrować, coś pociągać, zgniatać, mielić.

Tysiąc pytań na minutę

Najczęściej też w ciągłym ruchu jest język, bo temperamentne dzieci nie przestają mówić, buzia im się nie zamyka. Oczy dookoła głowy, skaczą z tematami i zadają tysiące pytań, od razu szukając odpowiedzi. Czasem szukają ich na własną rękę, co kończy się niekoniecznie przemyślanymi eksperymentami lub odzywkami.

Oczywiście, można takim dzieciom podrzucać zabawki sensoryczne, to jest bardzo dobry pomysł na ruch i to w zasadzie wszystko. Nie ma wyjścia, trzeba zaakceptować, że ten osobnik musi się ruszać, o wtedy lepiej mu się myśli i nawet oddycha. Uporczywość ruchów – to cecha charakterystyczna temperamentnego dziecka.

Zebrałam tutaj Kilka fajnych zabawek sensorycznych >>

7. Czy rytm dnia jest stały?

W wielu przypadkach rytm dobowy temperamentnego dziecko ma zaburzony, co jest dziwne, bo lubi, gdy rzeczy toczą się bez niespodzianek. W tym jednak wypadku stałą jest to, że nigdy nie wiadomo, kiedy maluch nabierze chęci, by iść spać.

Co nie znaczy, że nie warto próbować nauczyć dziecko, że ten rytm jest ważny i wręcz zbawienny dla organizmu, którym i tak targają w ciągu dnia skrajne emocje.

Jeśli w waszym przypadku osiem godzin snu to abstrakcja (tutaj mówimy o dzieciach powyżej 4 roku życia, bo wtedy najczęściej to się zaczyna normować), być może masz w domu temperamentne dziecko.

Więcej o tym, jak ważne dla rozwoju są stałe godziny snu napisałam w artykule pt. O której godzinie kładziesz dziecko spać? >>

8. Jak reaguje na nowe sytuacje?

Temperamentne dzieci, często widoczne od razu (bo głośne i „za bardzo”) na tle grupy, w nowych sytuacjach najczęściej się wycofują. Skoro już wiemy, że nie lubią niespodzianek, układa się to w sensowną całość, prawda?

Nowi ludzie, miejsca, zadania, niekoniecznie są witane z uśmiechem na twarzy, bo temperamentne dziecko potrzebuje więcej (niż inni) czasu do tego, żeby sobie wszystko przeanalizować, poznać (często przez dotyk/ruch), uporządkować i zrozumieć.

Trudności w adaptacji przedszkolnej 

To często maluchy mające problemy z adaptacją przedszkolną, z wejściem do nowej grupy. Nie pomaga fakt, że w wielu sytuacjach reagują „za bardzo”, bo to może przeszkadzać innym dzieciom i dorosłym. Bywa, że pierwsze próby zabawy z innymi dziećmi, przy generowanym przez temperamentne dziecko poziomie hałasu lub ogromnym roztargnieniu, połączone z niepewnością w danej sytuacji, są jednym wielkim fiaskiem.

Kiedy temperamentne dziecko poczuje się bezpiecznie, wtedy dopiero skłonne jest zejść z najwyższych tonów i skupić się na zapanowaniu nad pewnymi zachowaniami.

9. Jakie ma nastroje?

Już wiemy, że przeżywa intensywnie dramaty i radości. Warto też się zastanowić, czy mamy w domu dziecko widzące świat w różowych, czy może ciemnych barwach. Niektóre temperamentne dzieci popadają w skrajności, skupiając się na tym, co jest trudne, złe, na własnych błędach. Nie widzą natomiast sukcesów lub widzą, ale analizują wyłącznie pod kątem „co można było zrobić lepiej”.

Skrajny optymizm też nie jest tym, co daje poczucie stabilizacji. Tacy ludzie często mają wygórowane wyobrażenia i niedostosowane do swoim możliwości ambicje (plany). To często kończy się rozczarowaniem, a przecież miało być tak pięknie.

Już wiemy, że też nie zawsze chodzi o te bardzo widoczne reakcje, ale o intensywność przeżycia. Czasami temperamentne dziecko cieszy się, choć w zasadzie nie pokazuje tego na zewnątrz. Trzeba je dobrze znać, by wiedzieć, co dzieje się w środku i w razie czego wkroczyć z pomocą, bo z radością to jeszcze prosta sprawa. Gorzej, gdy mamy do czynienia z nieuzewnętrznioną, ale intensywnie przeżywaną porażką albo smutkiem, lękiem.

Samoregulacja

Autorka „Temperamentnego dziecka” podpowiada techniki komunikacyjne i przede wszystkim pomagające samoregulować się, konkretnie pewne zachowania. Co ważne, chodzi o techniki dla rodzica i dziecka.

Słowo samoregulacja jest jednym z ważniejszych w wychowaniu wspierającym, bo pozwala nam rozpoznać stan zapalny, jeszcze przed wybuchem. Jedną z takich propozycji jest podział na trzy strefy kolorystyczne tego, co dzieje się z nami – emocjami i ogólnie samopoczuciem.

Jak pomóc sobie i dziecku?

  • Strefa zielona to ta bezpieczna, w której czujemy się dobrze.
  • Strefa żółta to moment, kiedy coś jest nie tak, czujemy się gorzej, ale jeszcze nie ma dramatu.
  • Strefa czerwona, wiadomo – alarm.

Może najłatwiej będzie zrozumieć to na konkretnym przykładzie – problemy z koncentracją na zadaniu. Wyobraźmy sobie, że mówimy coś do dziecka, a ono reaguje na:

  • zielono – patrzy na nas i widzimy, że słucha,
  • żółto – niby słucha, ale zerka w bok, wyraźnie coś innego je zajmuje,
  • czerwono – odwraca wzrok, ucieka, chowa się.

Podobnie można działać w różnych innych sytuacjach, a już najlepiej ćwiczyć je w związku z tymi dziewięcioma powyższymi podpunktami, jeśli uznacie, że któryś z nich bardzo dotyczy dziecka (lub rodzica).

Dziecko się bawi

Można to też praktykować podczas zabawy, bo to taki obszar, w którym często właśnie to temperamentne za bardzo jest widoczne.

  • Zabawa w sferze zielonej – dziecko jest zaangażowane;
  • zabawa w sferze żółtej – dziecko przerywa jedno zajęcie i przeskakuje do kolejnego, potem następnego, nie może sobie znaleźć miejsca lub kompletnie porzuca zabawę (która zazwyczaj sprawia mu przyjemność);
  • zabawa w sferze czerwonej – dziecko ekscytuje się, wariuje, wygłupia, nie zważając na innych (łącznie z popychaniem, szarpaniem itd.).

Jeśli zdołamy wyłapać pewne reakcje na poziomie żółtym (bardzo często ignorujemy właśnie ten pośredni stan), o wiele łatwiej przyjdzie nam zażegnać ewentualną aferę, histerię czy kłótnię, która już czeka dwa kroki dalej w strefie czerwonej.

Norma czy nie?

Przyznaję, że tych 9 temperamentnych punktów nie są jakimś odkryciem Ameryki, jeśli chodzi o wychowanie, jednak przeanalizowanie technik proponowanych przez autorkę, ma wiele sensu, jeśli jesteś rodzicem, który czuje się zagubiony. Niby wiesz, że kochasz dziecko, że ogólnie dajecie sobie rade, ale też masz nerwy jak postronki, bo wiecznie „z czymś wyskoczy”.

Analizując tych 9 pytań, możesz się też zastanawiać, jak to się ma do norm 9rozwojowych) i ich przekraczania. Nielubienie hałasu może mieć przecież związek zaburzeniami integracji sensorycznej, niekoniecznie z temperamentem. Sama się nad tym zastanawiałam i przekonuje mnie argument mówiący o tym, że ta skala określania temperamentu jest „normą”, a wszystko poza nią powinno się skonsultować ze specjalistą.

Czyli nawet jeśli mamy dziecko, któremu dajemy 10 punktów przy wszystkich tych pytaniach, nadal jest to norma. Temperamentne dziecko jest normą.

Jasne, że zawsze można (bardzo polecam) wybrać się do specjalisty, jeśli się niepokoimy konkretnymi zachowania. Jednak prawda jest taka, że często rozmawiam z rodzicami, którzy mówią, że już byli u specjalisty i powiedział, że wszystko w porządku. A dziecko dalej nie słucha, jest „za bardzo” i nic do niego nie dociera. Właśnie to jest temperamentne dziecko – w normie rozwojowej, ale na skraju skali.

Temperamentne dziecko

Zostawiam jeszcze książkę, na podstawie której przygotowałam artykuł. Mam nadzieję, że rodzice szukający wsparcia z powodu zagubienia i wyrzutów sumienia (co robię nie tak) znajdą tu wiele odpowiedzi. Wiem, że je tu znajdziecie. 

temperamentne-dziecko

Jeszcze 5 minut!

Jeszcze 5 minut!

„Jeszcze 5 minut!” może być zdaniem-zapalnikiem, które sprawia, że my (czyli rodzice) zaczynamy się wkurzać. Jednak może też być bardzo wygodnym elementem komunikacji z dzieckiem. Wszystko zależy od naszego nastawienia do tych nieszczęsnych minut.

Pewnie wiele osób kojarzy sytuację, w której prosimy lub przypominamy o codziennej czynności np.: Umyj zęby. Moja córka ma 11 lat i wakacje. Przypominam jej, że po śniadaniu myje się zęby, bo ma tyle na głowie („naście” ma na głowie), że zdarza jej się zapomnieć o tym na kilka godzin. Ta sama sytuacja może dotyczyć podniesienia plecaka z podłogi, wyjęcia naczyń ze zmywarki, powieszenia prania, odrobienia zadania domowego, takiej po prostu codzienności.

Zawsze, ale serio, zawsze słyszę, że zrobi to za 5 minut lub pytanie: Mogę za 5 minut? Na początku mnie to irytowało, bo skoro proszę to nie po to, żeby sprawy odwlekać. Mamy w sobie czasem taką potrzebę egzekwowania od dzieci obowiązków tu i teraz, co dość często kończy się kłótnią, gderaniem lub po prostu zgrzytami.

Daj dziecku czas

W przypadku małych dzieci chyba jest trochę łatwiej, bo dużo mówi się o tym, że trzeba maluchowi dać czas na przejście od jednej czynności do kolejnej, dlatego przy młodszych dzieciach sami dbamy o tych 5 minut przejścia.

Małemu człowiekowi bardzo trudno po prostu przestawić się z jednej czynności na kolejną, bo dziecko bawi się całym sobą, wciąga na tysiąc procent w daną czynności. To sprawia, że prośby o zakończenie zabawy czy posprzątanie zabawek, wyjście z placu zabaw itp. bywają powodem do histerii.

Nie dość, że trzeba przerwać miłą czynność to jeszcze sprawy nie idą po mojej myśli. O tych młodszych dzieciach napisałam całkiem sporo w artykule pt.

Jak powiedzieć, żeby dziecko posłuchało? >>

Dziecko nie chce?

Wracając do starszych, tu raczej po prostu oczekujemy działania, bez konieczności zwlekania choćby 5 minut, a powody tych oczekiwań nie zawsze są tak do końca racjonalne.

  • Każdy ma swoje obowiązki.
  • Mówię coś do ciebie.
  • Zawsze mówisz, że później.
  • Teraz to teraz i koniec.
  • Siedzisz pół dnia przed ekranem, zrób, o co cię proszę.

Wybucha i pyskuje?

Wydawać by się mogło, że to całkiem sensowne powody, jednak kiedy przyłożymy je do siebie (do tego, jak my byśmy się zachowali w danej sytuacji), to chyba mało kto rzuca wszystko tylko dlatego, że został poproszony o przyniesienie herbaty lub posprzątanie łazienki. W przypadku dorosłych okazuje się, że kawa jest ważniejsza i nic się nie stanie, jak łazienka poczeka 5 minut aż dopiję. 

Zmiana nastawienia

Mój stosunek do tej prośby o jeszcze 5 minut uległ więc zmianie, nie wymagam rzucenia wszystkiego od drugiego człowieka, a tych 5 minut naprawdę nikomu nie robi różnicy. Już z pewnością nie robi krzywdy mojemu rodzicielskiemu autorytetowi (Dajesz się wodzić za nos – usłyszałam kiedyś od cioci).

Jak reagować na te życzliwe docinki i dobre rady napisałam cały artykuł: Co mówić, kiedy inni krytykują twoje metody wychowawcze? >>

blog tylko dla mam 5 minut

Odpowiedzialność po stronie dziecka

Prawda jest taka, że tych 5 minut jest elementem komunikacji, który pomaga dziecku wziąć odpowiedzialność za swoje słowa i zrobić co ma do zrobienia bez zbędnego marudzenia.

Nie zdarzyło się nigdy, żeby dziecko po upływie 5 minut (które samo ze mną ustaliło, bywa to czasem też kwadrans) miało muchy w nosie i nie chciało współpracować. O ile kilkulatek może mieć z tym problem, tak dla starszego dziecka (10+) wynegocjowanie kilku minut sygnał dla rodzica: słyszę, rozumiem, zrobię „w swoim czasie”. Ale też pokazanie, że decyduję o swoich działaniach.

Czy warto spróbować? Jasne, zwłaszcza jeśli często kłócicie się o takie proste czynności – Ty naciskasz, upominasz, przypomnisz, a dziecko przyzwyczajone do takiego obrotu spraw, w wyuczony sposób czeka na te przypominajki i nawet nie przyjdzie mu do głowy, że jednak odpowiedzialność leży po jego stronie.

A co, jak nie zrobi po tych pięciu minutach?

U nas kilka razy scenariusz wyglądał mniej więcej tak.

  • Po upływie czasu, jeśli samo tego nie przypilnowało, rzucam tylko – minęło 5 minut i tyle.
  • Zazwyczaj słyszę „OK” i po kolejnej minucie kroki w kierunku łazienki czy zmywarki.
  • Jeśli jednak dziecko oleje Wasze ustalenia, wejdź do pokoju i powiedz, że: olało, że to nie fair, że odpowiedzialność po jego stronie itd.
  • Bez awantury czy kary w postaci szlabanu na telefon. Z rozmową.
  • Zapytaj, co proponuje w tej sytuacji pogadajcie, jak to ma się dalej potoczyć (to wciąż jego odpowiedzialność).
  • Pewnie zaproponuje, że teraz to zrobi i w porządku, tylko też warto przypilnować, żeby następnym razem sytuacja się nie powtórzyła. Jasno ustalcie, co się wydarzy, jeśli się powtórzy (konsekwencje wykombinujcie wspólnie).

Pięknie dziękuję

Jeszcze jedna ważna rzecz, o której staram się pamiętać. Zawsze, ale to zawsze dziękuję za przyniesienie mi herbaty, wyjęcie naczyń ze zmywarki czy jakikolwiek inny obowiązek, który nie jest jakąś szaloną atrakcją, ale pomaga ogarnąć nasze domowe życie.

Mogę oczywiście pomyśleć: Obowiązek to obowiązek, nie ma za co dziękować. Jednak to robię (oczywiście nie za umycie zębów czy lekcje), bo ludzie lubią, kiedy się ich pracę docenia.

To pokazuje dziecku, że widzę jego wkład w funkcjonowanie gospodarstwa domowego. Ja też lubię się czuć doceniona, gdy ugotuję pyszny obiad, każdy lubi.

nowy Instagram Anna Jankowska

3 proste nawyki uczące panowania nad emocjami

3 proste nawyki uczące panowania nad emocjami

3 proste nawyki pozwalające nauczyć dziecko panowania nad emocjami i bez obawy – nie chodzi tu o tłumienie ich lub zamiatanie pod dywan.

Panowanie nad emocjami to rozumienie ich, a tym samym tego, co może dziać się ze mną lub drugim człowiekiem.

W tym odcinku podcastu prybliże nawyki związane z zachowaniami empatycznymi, bo do tego często sprowadza się panowanie nad emocjami.

Do zrozumienia emocji

Uspokajam wszystkich zestresowanych użyciem wyrażenia „panowanie nad emocjami”, nie chodzi o ich tłumienie, tylko rozumienie.

Panowanie, jako umiejętność nazwania sytuacji, rozumienia danego zachowania, ale też wiedza, jak pomóc innym w potrzebie.

Dlaczego nawyki?

Zależy nam na tym, żeby były zakotwiczone w głowie, niejako automatycznie przychodziły na myśl w konkretnej sytuacji. Działanie nawykowe wiele ułatwia, ale żeby tak podchodzić do pewnych sytuacji, trzeba po prostu dużo ćwiczyć.

Czasem wydaje nam się, że już dziecko „powinno wiedzieć”, bo tyle razy była o tym mowa. Ręce opadają, gdy po raz kolejny trzeba przypominać. Więcej o tym naszym rodzicielskim zwatpwieniu napisałam w artykule: Mówię „Nie wolno!”, a ten dalej swoje >>

Dziecko rozmawia emocjami

No trudno, trzeba powtarzać i ćwiczyć, jeśli jest się rodzicem, bo – tak ogólnie – chodzi o to, żeby wychować radzącego sobie dorosłego. To oznacza, że gdy mamy w domu dziecko, ono jest w procesie… zresztą więcej niż jednym. Ono poznaje dopiero świat, ludzi, emocje i zakładanie, że już powinno wiedzieć, jest trochę na wyrost.

Skoro jest w procesie, ma prawo do potknięć.

Nie chcę być źle zrozumiana, nie chodzi o to, żeby od dziecka nie wymagać niczego, bo jeszcze się uczy i jeszcze jest dzieckiem. Więcej na ten temat napisałam w artykule: Podążanie za potrzebami dziecka >>

Zależy mi jednak na tym, żeby mieć świadomość, że jesteśmy (razem z dzieckiem) w fazie ćwiczeń, co oznacza, że raz będzie lepiej, raz gorzej. Dorośli też nie zawsze panują nad emocjami, prawda?

nowy Instagram Anna Jankowska
Rodzeństwo sobie dokucza! Czy mam się wtrącać?

Rodzeństwo sobie dokucza! Czy mam się wtrącać?

Rodzeństwo sobie dokucza. To tylko niewinne dokuczanie, takie żarty! Prawda? Wtrącać się, czy zostawić ich w spokoju?

Czasem zdarzają się sytuacje, w których nie do końca wiadomo, gdzie kończy się żart, a zaczyna wyśmiewanie przy tym dokuczaniu. Dorosłym ciężko trafić w tę cienką granicę, dzieciom tym bardziej.

Właściwie, samo słowo „wtrącasz się”, powinno odnosić się do uczenia dzieci (tak, tego warto nauczyć), jak być bratem lub siostrą i jak sobie radzić z różnymi emocjami generowanymi przez posiadanie rodzeństwa. Bywa, że nie sa to miłe emocje.

On mi dokucza! 

Weźmy na przykład zwykłe dokuczanie sobie, takie codzienne drażnienie w stylu: „Ja mam większy kawałek ciasta” albo „Ty nie umiesz tak fajnie rysować” itp.

Czy w takich sytuacjach dać im się dogadać, czy może jednak interweniować? Wiele zależy od wieku dzieci i rodzinnych ustaleń.

W moim rodzinnym domu takie dokuczanie było na porządku dziennym. Do dziś moje relacje z bratem polegają głównie na dokuczaniu sobie. Przy czym teraz jesteśmy dorośli i wiem, że zawsze jest w tym mrugnięcie okiem. Jednak kiedyś nie było tego mrugnięcia, tylko walka na śmierć i życie. 

A może było, tylko go nie potrafiłam zauważyć? W sumie, na jedno wychodzi, bo braliśmy sprawy na poważnie. Dla dziecka, mrugnięcie okiem, nie jest takie oczywiste, jak dla dorosłego, dokuczanie to czasem coś więcej niż żart.

Decyzja rodzica

Decyzja zawsze należy do rodzica i zależy od konkretnej sytuacji. Chciałabym mieć jakąś bardziej konkretną odpowiedź na ten temacie, ale nikt na świecie takiej nie ma. Odpowiedzią na pytanie, czy się wtrącać w takie dokuczanie, jest obserwowanie dzieci. Jeśli widzisz, że jednemu z nich jest zwyczajnie przykro z powodu pewnych słów, nawet jeśli są wypowiadane pod osłoną żartu, zachęć do reakcji.

Naucz zrozumieć i rozgrywać takie sytuacje: „Adasiu, widzę, że zrobiłeś się smutny, kiedy Zosia powiedziała, że twój kawałek ciasta jest brzydszy. Możesz jej powiedzieć, jak się czujesz?”. 

I tu następuje szach mat dla złośliwych komentarzy Zosi, ale też dzieci dostają wyraźny sygnał o tym, że słowa mogą ranić równie mocno, jak czyny. Dostają też informacje na temat emocji drugiego człowieka. Bardzo popieram takie „wtrącanie się”, bo po kilku ćwiczeniach, dzieci już będą wiedziały, jak reagować w takich sytuacjach. Wiedzieć to jedno, reagować to drugie.

dokucza cytat rodzeństwo chłopiec krzyczy 

Dokucza, ale nad tym panuje

Dzieci potrzebują czasu, żeby przyswoić zasady komunikacji. Niby każdy wie, że słowa mogą ranić, jednak w przypadku potyczek między rodzeństwem, dajemy większe przyzwolenie na ranienie uczuć właśnie w ten sposób. Oczywiście, że w ich relacji musi być miejsce i na takie przepychanki.

Dziecięce kłótnie niosą ze sobą wiele pozytywnych rzeczy.  Jeśli tylko masz ochotę zgłębić temat, zapraszam  do posłuchania odcinka podcastu Tylko dla Mam pt.  Co dobrego wynika z dziecięcych kłótni? >>

Jednak, kiedy wyraźnie widzisz, że granica została przekroczona i jedno z dzieci jest nieszczęśliwe – interweniuj. Naucz je, że słowa niosą ze sobą bardzo wiele emocji. Zwróć uwagę na to, co czuje drugi człowiek, kiedy tylko żartujesz. Żart jest zabawny, kiedy śmieszy wszystkich, inaczej jest to szydzenie lub poniżanie.

Nie ma zgody na dokuczanie przez wyśmiewanie!

Ostatnio rozmawiałam z mamą dwójki dzieci, które za sobą nie przepadają. Inaczej wyobrażała sobie sprawy między rodzeństwem. Bardzo jej zależy na tym, żeby maluchy się szanowały, bo przecież poczucie, że ma się na zawsze kogoś takiego, jak brat lub siostra, jest cudowne. 

Nie wiem, jak wyglądają Twoje przeżycia związane z posiadaniem rodzeństwa. Zresztą, w zasadzie mniej ważne jest to, jak dzisiaj wyglądają. Wydaje mi się, że początek rozmowy o rodzeństwie powinien się zaczynać gdzieś indziej. Nie tu i teraz, ale w przeszłości, bo równie ważne jest przypomnienie sobie, jak to było kiedyś, gdy byliśmy dziećmi.

Dzieci się kłócą

Teraz tak szczerze, z ręką na sercu, czy jest ktoś, kto nigdy nie kłócił się z rodzeństwem? Będę w szoku, jeśli ktoś taki jest, bo dzieci się ze sobą po prostu muszą kłócić. Nie chcą, nie wybierają tego, nie panują nad tym jakoś szczególnie. Po prostu muszą, bo to „siedzi  w głowie”, w tych najbardziej pierwotnych instynktach, które dzisiaj rzadko dopuszczamy świadomie do głosu. 

Czy to się komuś podoba, czy nie (czy to sobie uświadamia, czy nie), rodzeństwo zawsze ze sobą rywalizuje. To ten pierwotny instynkt. Uświadomienie sobie tego prostego faktu, jest kluczowe w wielu przypadkach. Daje dorosłemu szansę spojrzenia na wzajemne relacje dzieci mieszkających pod jednym dachem, z trochę innej perspektywy.

Rodzeństwo dokucza, bo konkuruje 

Mówiąc, że dzieci ze sobą rywalizują, wcale nie mam na myśli, że wiecznie się biją i dokuczają, choć i tak to wygląda w wielu domach. Mam na myśli, że z takiego zupełnie pierwotnego punktu widzenia, są dla siebie konkurencją

Konkurują o miłość rodziców, o uwagę, o zabawki, choć pierwotnie chodziło o przetrwanie, przeżycie choćby przez zdobycie większej ilości jedzenia czy picia.   I nawet milion Twoich zapewnień o tym, że: Kocham was jednakowo, w moim sercu wystarczy miejsca dla obojga, nie uciszy tego pierwotnego instynktu. 

Nie jest to dzisiaj oczywiście walka na śmierć i życie, ale często jest to rywalizacja. Czasem głośna, rozpaczliwa, agresywna lub zupełnie odwrotnie – cicha, wręcz mało widoczna. Im szybciej rodzic to sobie uświadomi, tym łatwiej poukłada sprawy związane z emocjami między dziećmi.

To nie Ty robisz coś źle. Rywalizacja jest w genach. Mając taką świadomość, możesz przejść (małymi krokami) do budowania planu, jak świadomie wspierać relacje między rodzeństwem.

Rodzeństwo. Jak zbudować wspierającą relację

Jakiś czas temu napisałam e-booka o rodzeństwie. Poruszam w nim kilka najczęściej konsultowanych z rodzicami tematów, dzielę się swoimi doświadczeniami. Nie jest to typowy poradnik, ale raczej spis przemyśleń (w formie odpowiedzi na konkretne pytania), które mogą wesprzeć rodzica w myśleniu o tym, jak zbudować sensowną relację między rodzeństwem. Właśnie przeczytałaś jego fragment. Jeśli Ci się spodobał, po więcej informacji zapraszam tutaj: Rodzeństwo. Jak zbudwać wspierająca relację >>

Wychodzę od jednej podstawowej kwestii – rodzeństwo zawsze będzie ze sobą rywalizowało. Ma to związek z pierwotnym instynktem przetrwania, o którym w największym skrócie można powiedzieć: Jeśli nie zdobędę wystarczającej uwagi rodzica, to zostanę pominięty przy karmieniu, więc nie przetrwam. Zrobię wszystko, żeby przetrwać.

Nawet jeśli nam (rodzicom) wydaje się, że dajemy wystarczającą ilość uwagi, to ten lęk, na samym dnie mózgu, zawsze jest. Dlatego rodzeństwo rywalizuje i zawsze będzie to robić. Jak bardzo? W jakiej formie? Na to mamy wpływ i to ogromny.

Rodzeństwo. Jak zbudować wspierającą relację? ebook dla rodziców

Kliknij zdjęcie po więcej informacji >>

nowy Instagram Anna Jankowska
Dziecko nie chce jeść! Neofobia żywieniowa czy naturalny etap rozwoju?

Dziecko nie chce jeść! Neofobia żywieniowa czy naturalny etap rozwoju?

Neofobia żywieniowa u dziecka? Przeczekać czy działać? Czym jest neofobia żywieniowa i jak możesz pomóc swojemu dziecku? Wielu rodziców martwi się lub zastanawia, czy już się martwić, bo dziecko nie chce jeść. Nie przepada za nowymi potrawami i próbowaniem nowych smaków.

Często wtedy dostaje się porady typu: Wyrośnie z tego. Oczywiście, są takie etapy w rozwoju dziecka, kiedy z dystansem podchodzi się do próbowania nowych smaków.

Ostrożny dwulatek

Często widać to u 1,5 latków i 2-latków. Zerkając na sprawę z zupełnie naturalnego punktu widzenia, to czas, kiedy dziecko schodzi z rąk mamy i samodzielnie stawia pierwsze kroki. Gdyby z radością rzucało się do zjadania wszystkie, co wpadnie mu w ręce, byłby problem. Dlatego ostrożność (mylona z brakiem apetytu) w tym wieku, jest przejściowym etapem. Dziecko z czasem nauczy się, co można jeść, co lubi, co nie jest dobrym pomysłem.

Więcej na ten temat (bo niechęć często nie dotyczy tylko jedzenia) napisałam w artykule pt. Dlaczego dziecko nie chce próbować nowych rzeczy? >>

Dzisiaj jednak chcę się skupić na tym momencie, w którym niechęć do dziecka staje się ogromnym, długotrwałym problemem. Autorką artykułu jest dietetyczka żywieniowa Zuzanna Kłos.

Czym jest neofobia żywieniowa?

Neofobia żywieniowa to stan, w którym dziecko unika próbowania i spożywania nowych produktów. Oczywiście to zaburzenie (bo niestety tak to jest klasyfikowane) czasami dotyczy także osób dorosłych, które nie otrzymały w porę odpowiedniej pomocy. Wszystko tak naprawdę zaczyna się w pierwszych miesiącach życia.

Dziecko neofobiczne to nie to samo co dziecko, które często określane jest mianem „niejadka”. Neofobia to nie jest wybrzydzanie czy grymaszenie. Niejadek je mało, a nawet jak proponujemy mu coś nowego, to skubnie, choćby z ciekawości albo „dla świętego spokoju”.

Dziecko z neofobią będzie zaciskać usta, zatykać je rękami, próbować odejść od stołu. Może też zacząć krzyczeć lub płakać, jeśli poczuje presję.

Skazani na neofobię?

Niestety neofobia jest cechą po części uwarunkowaną genetycznie, ale płeć dziecka nie ma z tym związku, przynajmniej do tej pory badania tego nie potwierdziły. Oznacza to, że jeśli ty lub tata dziecka w dzieciństwie mieliście neofobię, to dziecko też tak może reagować na nowości w diecie.

Dobra wiadomość jest taka, że późniejsze preferencje żywieniowe dziecka możemy kształtować już w czasie ciąży, poprzez jedzenie różnorodnych produktów! Smaki pokarmów przenikają do wód płodowych, które dziecko połyka.

Od początku

Ważnym okresem jest oczywiście moment rozszerzania diety i lata dzieciństwa. Do około roczku, dziecko jest otwarte na poznawanie. To wtedy odkrywa nowe smaki, ale też obserwuje rodziców i osoby najbliższe. Wasz sposób odżywiania i nawyki, silnie działają na późniejsze zachowania i preferencje żywieniowe dziecka.

neofobia dietetyk

Rodzic daje przykład

Zawsze to mamom powtarzam: jesteś pierwszym, największym i najważniejszym wzorem dla swojego dziecka. Dziecko będzie Cię naśladować, czy tego chcesz, czy nie. Dlatego tak ważne jest dla mnie podpowiadanie rodzicom, żeby zawsze jedli razem z dzieckiem.

Neofobia u małych dzieci jest najczęściej skorelowana ze zbyt późnym (albo zbyt powolnym) rozszerzaniem diety oraz ze zbyt rzadkim kontaktem dziecka, z danym produktem w okresie niemowlęcym.

Czasami rodzice rezygnują już po jednej albo kilku próbach podania jakiegoś warzywa czy dania, jeśli dziecko wypluwało lub nie chciało zjeść pełnej porcji. Fakt jest taki, że im częściej dziecko próbuje, bądź je określony produkt, tym szybciej go zaakceptuje i polubi.

Więcej o sposobach na niejadka opowiedziałam w artykule: Sprawdzone sposoby na niejadka >>

Zrozumieć neofobię

Na początek wyobraź sobie, że Aborygeni jedzą larwy ciem. Dla statystycznego Polaka takie dania są zbyt dużym wyzwaniem. Jeśli myśl o zjedzeniu larwy cię nie przeraża, to wyobraź sobie inną potrawę napawającą cię obrzydzeniem. Co by się musiało stać, żebyś zjadła to „coś”?

Co więcej, nie chodzi o samo połknięcie larwy z zamkniętymi oczami i szybkie popicie sokiem, tylko o świadome wzięcie larwy do buzi!

  • Prawdopodobnie musiałabyś zobaczyć, jak inne osoby to jedzą i w dodatku zachwycają się jej smakiem.
  • Po drugie musiałabyś się napatrzeć na larwy…i to wiele razy.
  • Po trzecie pewnie musiałabyś najpierw dotknąć larwy, a potem powąchać. I prawdopodobnie nawet to by Cię nie przekonało.
  • Możliwe, że nigdy byś nie spróbowała larwy w sosie własnym, ale widząc chrupiąca larwę na pizzy, w końcu byś się odważyła i odgryzła kawałek.

I tak mniej więcej działa dziecko, które „wychodzi” z neofobii. Małymi, sukcesywnymi krokami. Zauważ, że gdyby ktoś Cię karmił larwami na siłę, to Twoja złość i odraza tylko by rosły.

Jak pomóc dziecku z neofobią żywieniową?

Pierwszym krokiem jest opatrzenie się z danym produktem. Patrzenie na daną rzecz sprzyja akceptacji. Jak to może wyglądać w praktyce? Weźmy na przykład neofobię przed zjedzeniem jabłka (tak, są takie dzieci).

Możesz zabrać dziecko na targowisko i pokazać różne rodzaje jabłek. Zapytać, które mu się najbardziej podobają, w jakim kolorze. Możesz poprosić, aby dziecko wybrało kilka najładniejszych (jego zdaniem) jabłek i wsadziło do koszyczka/woreczka, aby je później kupić.

Jeśli nie będzie chciało ich dotknąć to trudno, może tylko wskazać palcem. Po powrocie do domu ułóż czyste jabłka na dużym talerzu/misce, aby były na widoku. A potem codziennie pokazuj dziecku, że jesz jabłko i mimochodem proponuj dziecku małego gryza.

Dawkuj nowości

Kolejna sprawa, że takiemu dziecku należy dawkować nowości. Wrzucenie na talerz 5 brokułów może zwyczajnie wystraszyć, bo neofobia wiąże się ze strachem.

Ogólnie, jako ludzie lubimy to, co znajome, a boimy się tego, co nowe. To zasługa naszego mózgu, który w ten sposób chroni nas przed potencjalnym niebezpieczeństwem.

W związku z tym rzucanie dziecka na głęboką wodę i oferowanie talerza pełnego nowości, będzie wyzwalało falę obezwładniającego strachu.

Lepiej dokładać małe ilości nowości do tego, co dziecko lubi jeść np. jedną różyczkę brokuła do ulubionego makaronu, czy kilka marchewkowych frytek do zwykłych ziemniaczanych.

Tylko dotknij

Sam dotyk jest jak przełamanie bariery. Od maleńkości pozwalaj dziecku jeść rączkami i nie wycieraj za każdym razem, gdy się ubrudzi. Pokaż, że może oblizać paluszki w czasie i po posiłku.

Moje fuj!

Kolejna sprawa to nasz stosunek do jedzenia. Bardzo często przenosimy na dziecko własną niechęć do jakiegoś smaku.

Mama nie lubi kalafiora, to nie gotuje zupy kalafiorowej. To duży błąd. Tym bardziej, jeśli wiemy, że w przyszłości dziecko pójdzie do żłobka czy przedszkola, a tam na pewno, od czasu do czasu będzie na obiad kalafiorowa.

Ciasteczko za buraczka?

Jeśli nie chcesz dodatkowo gloryfikować pysznych przekąsek i przy okazji zniechęcać dziecka do tradycyjnych produktów (o wiele mniej słodkich), to nie używaj ich jako nagrody.

Ciasteczko za zjedzenie buraka sprawi, że burak stanie się przykrą koniecznością. Trochę jak połknięcie niesmacznego lekarstwa.

Z drugiej strony, skoro zależy Ci, aby dziecko w ogóle spróbowało nowości, warto przewidzieć jakąś nagrodę, choćby naklejkę. Wtedy często chęć uzyskania nagrody przełamuje opór. Sztuka polega na tym, aby dążyć w dobrym kierunki, nie wpajając dziecku przez przypadek, złych nawyków.

Neofobia a temperament dziecka

Zauważono, że poziom neofobii jest związany z temperamentem i wrażliwością dzieci. Jeśli Twoje dziecko jest nieśmiałe i źle znosi zmiany, to prawdopodobnie będzie także opierać się przed zmianami na talerzu.

W takiej sytuacji szczególnie ważna jest serdeczna i spokojna atmosfera podczas posiłków. Nawet jeśli czujesz narastającą złość, frustrację, niemoc i zniecierpliwienie wobec postawy dziecka, nie okazuj tego.

Wspierający rodzic

Pozwól dziecku jeść we własnym tempie. Nikt nie lubi pospieszania. Dziecko powinno móc spędzać przy stole tyle czasu, ile potrzebuje. Nie komentuj czasu spędzonego „nad talerzem” i nie porównuj dziecka do innych pod tym względem.

Neofobia dziecko z neofobią żywieniową

Dlaczego to takie ważne?

Z badań wynika, że dzieci z neofobią żywieniową najczęściej mają niedobory, które w dłuższej perspektywie odbijają się na ich zdrowiu. Takie dzieci mają bardzo ograniczone menu. Najczęściej ubogie w warzywa i owoce, a bogate w przekąski lub produkty o małej gęstości odżywczej. Niestety, brak dobrego jedzenia, duże niedobory oraz złe nawyki prowadzą w prostej linii do chorób dietozależnych.

Na koniec chcę podkreślić fakt, że większość dzieci wyrasta z neofobii żywieniowej, pod warunkiem, że będziesz blisko dziecka i zechcesz mu pomóc. To z pewnością trudny i stresujący okres zarówno dla rodziców, jak i dla dziecka. Wniosek jest jeden – odżywiaj się jak najlepiej i pokaż dziecku jakie to ważne, ale przede wszystkim przyjemne.

Zuzanna Kłos, dietetyk dziecięcy, www.dietetykasmyka.pl >>

nowy Instagram Anna Jankowska
Dziękuję, że przeczytałaś. Jeśli uważasz, że ten artykuł może się komuś jeszcze przydać, udostępnij go, śmiało!
Zrobię to teraz i nie poczekam! 4-5 latek w akcji!

Zrobię to teraz i nie poczekam! 4-5 latek w akcji!

W tym odcinku podcastu Tylko dla Mam skupimy się na impulsywnych zachowaniach 4-5 latków. To te momenty, gdy prosimy dziecko, żeby zaczekało dosłownie chwilę, a ono słysząc naszą prośbę i tak to robi… nie czekając.

Wyobraźmy sobie sytuację, w której proponujemy dziecku, że wspólnie zrobimy ciasto na naleśniki. To jest najczęściej wielka frajda, wszyscy są zadowoleni. Maluch, bo spędzi czas z rodzicem, na bardzo fajnym babraniu w miksturze z mąki, jajek itd. My też się cieszymy, że wspólnie gotujemy obiad.

Po przygotowaniu wszystkich składników prosimy 4-5 latka, żeby dosłownie kilka sekund zaczekał, przyniesiemy tylko jego fartuch kuchenny. Po co nam kolejna brudna bluzka, prawda?

Niby prosty komunikat, jednak do malucha jakoś nie dociera. W trakcie tych kilku sekund (od prośby do przyniesienia fartucha), nasz mały kucharz zdąrzył już wsypać mąkę do miski i w kilka innych miejsc przy okazji. Ubrudzić sobie rozbitym jajkiem bluzkę i uwinąć z całą masą czynności, choć jedyne co miał zrobić, chwilę zaczekać.

Podcast Tylko dla Mam

Teraz możesz posłuchać podcastu bezpośrednio na YouTube.

Jak mam to powiedzieć?

4-5 latki dość często działają pod wpływem impulsu, a my się denerwujemy. Niby wiedzą, że powinny zaczekać, ale zwyczajnie nie potrafią. To nie jest złośliwe [1] zachowanie, nie robią tego z przekory, ani dlatego, że gdzieś popełniliśmy błąd wychowawczy. Są na tym etapie rozwoju, kiedy czekanie bywa trudne. Czasem się udaje, innym razem nie.

Dlatego warto wykorzystać tego rodzaju sytuacje do ćwiczenia jakże bardzo przydatnej umiejętności. Czekanie jest do wyćwiczenia.

Zrobię to teraz!

W sumie to zupełnie naturalne, że dzieci często działają pod wpływem impulsu. Bardzo wiele mówi się o włączonym mózgu gadzim, kiedy jesteśmy w dużych emocjach. Najczęściej jednak mówimy o tym przy okazji tych trudniejszych emocji – gniew, irytacja, złość [2]. Więcej w nas wyrozumiałości dla niedojrzałości emocjonalnej dzieci, gdy chodzi o akcje związane z gniewem. O wiele mniej, gdy chodzi o radosne sytuacje, ekscytacje z powodu wspólnego robienia naleśników.

Wystarczyło zaczekać!

Wtedy często mówimy poirytowani: No przecież wystarczyło zaczekać chwilę, tych kilka sekund by cię zbawiło? A teraz, wszędzie bałagan, ty brudny!

Cała frajda ze wspólnego czasu nagle gdzieś pryska. A przecież to ten sam pierwotny impuls, tylko w nieco innym wydaniu, skłania 4-5 latka do działania zamiast czekania. Emocje [3] są tak duże, że nie da się racjonalnie podejść do sprawy. To znaczy, da się, tylko trzeb to często ćwiczyć.

Nie umie czekać

Współczesne dzieci mają trudniej, bo nie ma zbyt wielu okazji do ćwiczenia cierpliwości. Kiedyś na większość rzeczy trzeba było długo czekać, dzisiaj niemal wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Więcej opowiedziałam o tym w artykule pt.

Daj mi! Chcę to! Dlaczego ze współczesnymi dziećmi tak trudno czasem wytrzymać? >>

Bardzo pomocne w nauce panowania nad takimi impulsywnymi zachowaniami jest pokazanie, że to się opłaca, bo każde zachowanie rodzi jakieś konsekwencje. Skoro dziecko upaprało koszulkę, idźcie ją przebrać.

Wiem, kusi, żeby już zostać i dobrudzić, machnąć ręką i powiedzieć, że już trudno. Jednak przerywając pieczenie, idąc się przebrać, dajemy dziecku chwilę na opanowanie nadmiernej ekscytacji. Pokazujemy też, że warto zaczekać kilka sekund, bo wtedy nie trzeba przerywać zabawy (robienia ciasta).

Ta dziecięca spontaniczność

Absolutnie nie namawiam do zabijania w dzieciach spontanicznej radości w najróżniejszych sytuacjach, bo też nie każdy dziki obaw szczęścia, sprowadzamy do lekcji panowania nad impulsami.

Jednak chyba wszyscy mają świadomość, że wychowujemy dziecko, które ma sobie w przyszłości umieć poradzić z własnymi emocjami oraz potrafić zachować się wśród rówieśników czy w różnych miejscach, no być ogarniętym człowiekiem, a nie przysłowiową świętą krową, której wszystko wszędzie wolno.

Nie zawsze i nie wszędzie możemy podawać się działaniom pod wpływem impulsu i to jest naprawdę ważna informacja dla dziecka. Ułatwi mu (i reszcie świata) funkcjonowanie na co dzień.

Pokaż, jak czekać

Jeszcze jeden sposób na ćwiczenie tych nieco bardziej opanowanych zachowań to po prostu przykład z naszej strony. Na pewno czasem mamy wielką ochotę obejrzeć fajny serial czy przeczytać książkę tu i teraz, ale nie robimy tego, bo wiemy, że opłaca nam się poczekać. Jeśli nie poczekamy, to np. obiad nam się przypali albo sterta brudnego prania zasypie łazienkę.

Pokazujmy dzieciom, że my też nie zawsze działamy pod wpływem impulsu, choć mamy wielką ochotę. Poczekanie wymaga wysiłku, ale warto go włożyć i docenić, kiedy następnym razem uda się na ten fartuch zaczekać: Super, ty nie ubrudziłeś bluzki, nie musimy przerywać pieczenia, a w dodatku ja mam mniej prania, bo nie musiałem się przebierać. Kilka sekund, a ile korzyści i wszyscy w dobrych humorach.

Złap dystans, rodzicu!

Chciałabym też bardzo wyraźnie podkreślić, że czasem nasze dorosłe oczekiwania mocno przerastają możliwości dzieci. W przypadku tzw. panowania nad emocjami czy impulsami to naprawdę jest dopiero początek.

Najczęściej, gdy pojawia się świetny pomysł, w głowie dziecka zapala się lampka: Zrobię to! I już, nic więcej się nie liczy. 4-5 latki często działają pod wpływem impulsu i w porządku, mają do tego prawo, bo przed nimi lata nauki. Im więcej ćwiczeń, tym oczywiście lepiej.

Warto też zabezpieczyć te nasze oczekiwania, upewniając się, że dziecko rozumie, o co prosimy. W przypadku zapalnego do działania 4-5 latka sprawy wcale nie są oczywiste.

O ile możemy wytłumaczyć różne zachowania półtoraroczniaków [4] i dwulatków brakami w komunikacji, tak już 4-5 latki wydają się gadułami więc wysnuwamy prosty wniosek: Komunikuje się w porządku, to znaczy, że mnie rozumie.

Czterolatek i współpraca

Jednak w dużych emocjach (radość też do tego oczywiście zaliczmy) dzieci słyszą, ale nie kodują w głowie słów. Dziecko może przytaknąć i czujesz, że przystało na prośbę zaczekania, ale w wielu przypadkach to tylko takie „na odczep się, żeby szybciej zacząć”. W głowie wciąż pali się lampka: Robię! Jak robimy, to robimy! To jest komunikat przewodni, żadne tam czekanie.

Wiele sobie ułatwimy, jeśli upewnimy się, że nasza prośba dotarła do rozemocjonowanego 4-5 latka. Wystarczy kucnąć, spojrzeć w oczy dziecka, złapać kontakt i poprosić, żeby zaczekało. Upewnić się, że komunikat dotarł do bazy. Tym prostym sposobem czasem udaje się zaoszczędzić sobie irytacji, dziecku marudzenia (Co? Muszę się przebierać?), a pralce prania.

Więcej o sposobach wspierania koncentracji dziecka w komunikacji opowiedziałam w odcinku pt. Dlaczego on mnie nie słucha? Najpierw naucz słyszeć, wtedy zacznie słuchać >>

nowy Instagram Anna Jankowska
Dziękuję, że przeczytałaś. Jeśli uważasz, że ten artykuł może się komuś jeszcze przydać, udostępnij go, śmiało!
Mamo, nie wychodź! Krótkie wyjścia, trudne rozstania

Mamo, nie wychodź! Krótkie wyjścia, trudne rozstania

Rozłąka z dzieckiem bywa trudna, zarówno dla malucha, jak i dla dorosłego. Dzieci mają zakodowane w genach, że obecność bliskiej osoby (najczęściej mamy, ale niekoniecznie) daje poczucie bezpieczeństwa [1], dlatego czasem słyszymy rozdzierające: Mamo, nie wychodź!

Jeśli Wasze relacje są prawidłowe (czyli nie jesteś dorosłym krzywdzącym własne dziecko, zaniedbującym itd.), zupełnie naturalne jest też niezadowolenie dziecka, które traci z oczu mamę.

Dla kilkumiesięcznego malucha utrata mamy z pola widzenia oznacza, że mama zniknęła ze świata. Jest taki etap, minie. Pisałam o tym szerzej w artykule na temat powrotu mamy do pracy i lęku separacyjnego pt. Powrót mamy do pracy i lęk separacyjny >>

Jednak nawet dzieci, dla których już jest jasne, że gdy mamy nie ma w polu widzenia, nie oznacza to, że zniknęła na zawsze, bywają niespokojne, gdy przychodzi do rozstania.

Małymi krokami, mamo

Nie mówię o rzucaniu od razu na głęboką wodę (żłobek, przedszkole), bo do tego trzeba się odpowiednio przygotować. Masę informacji związanych z adaptacją przedszkolną „przerobiliśmy” podczas webinaru: Wszystko, co warto wiedzieć na temat adaptacji przedszkolnej >>

Mówię o sytuacjach, kiedy dziecko ma zostać z babcią, ciocią czy opiekunką na krótki czas i zaczyna się dramat związany z wyjściem z domu na jogę, do znajomych, do kina, żeby się rozerwać.

Wyrzuty sumienia

Czasami jest tak, że zanim jeszcze maluch cokolwiek powie, my (rodzice) bijemy się z wyrzutami sumienia. Iść na tę jogę czy nie? Skoro on tak ciężko znosi rozstania, może powinnam być z nim cały czas i zrezygnować z własnych przyjemności? Trochę uogólniam, ale mam nadzieje, że przekaz jest jasny: moje potrzeby kontra płaczące przy wyjściu dziecko.

Oczywiście taka decyzja jest zawsze bardzo indywidualna, zależy od wielu czynników, ale zakładam, że rozmawiamy o sytuacji, w której dziecko jest zdrowe, szczęśliwe, bezpieczne, zostaje z osobą, którą zna i lubi np. babcia. Wszystko przygotowane, ty gotowa do wyjścia, wtedy pada z ust dziecka: Mamo, nie idź! Albo gorzej: Mamo, nie zostawiaj mnie!

Naprawdę nie trzeba wiele, żeby wyobraźnia mamy poszybowała daleko. Wystarczą sekundy, a wyobrażamy sobie, jak nasze dziecko płacze cały czas, jest nieszczęśliwe, a my? Jak można zostawiać takiego malucha, kiedy prosi, żeby tego nie robić?

Mamo, jesteś wspaniała

Uciesz się! Wiem, że to często nierealne do zrobienia w momencie, kiedy dziecko prosi: Mamo, nie idź, jednak ogólnie rzecz biorąc, jest to powód do dumy i radości. Ta zupełnie naturalna prośba oznacza, że dziecko czuje się przy nas dobrze i bezpiecznie.

Logiczne jest, że prosi, żebyś została, skoro to miłe, kiedy jesteś. I logiczne jest, że dziecko ma prawo czuć się niepewnie, tracąc „ostoję” z oczu. Jesteśmy dla dziecka najważniejszymi osobami na świecie, dajemy poczucie bezpieczeństwa i miłość. Kto chciałby z tego rezygnować?

Pierwsze rozstanie

Pierwsze rozstania bywają trudne, bo maluchy nie do końca rozumieją, że mama wróci za godzinę. To w zasadzie nic nie znaczy, każda minuta bez mamy to długo i już. Oczywiście, że większość dzieci, nawet jeśli świetnie się bawi z babcią, będzie chciało, żeby mama była w pobliżu.

Kiedy dziecko mówi: Nie idź, tak naprawdę stoi za tym zdaniem więcej emocji [2]: Nie idź, mamo, bo bez ciebie czuję się mniej bezpiecznie, jest dziwnie, bo zazwyczaj jesteś przy mnie. I chcę, żebyś zawsze przy mnie była.

Nie wychodź mamo mem cytat wychowanie dziecko poradnik rodzice blog Tylko dla Mam

Od nas zależy, jak sprawy potoczą się dalej. Oczywiście, że wiele dzieci będzie niezadowolonych, że mama wychodzi. Kiedy dzieje się coś takiego, warto pokazać maluchowi, że opiekun, z którym go zostawiamy, jest najlepszym z możliwych, ufamy mu całkowicie. To moment, w którym warto zacząć wychwalać babcię czy wujka, informować o naszej pewności: Zostajesz z babcią. Wiem, że babcia znakomicie się tobą zajmie, tak samo dobrze, jak ja. Babcia potrafi zrobić naleśniki, grać w chińczyka, możecie razem czytać książkę i iść do parku.

Niby wiadomo, że babcia [3] to wszystko umie, ale kiedy powie się to głośno, informacje nabierają mocy w oczach dziecka. Zwłaszcza kiedy mówi to mama. Mama, której ufam.

 Dobra zabawa

Warto też nawiązać do miłych chwil spędzonych z babcią (lub innymi opiekunami w przeszłości), żeby przypomnieć maluchowi, że czas bez mamy może być fajny. Dzieci naprawdę zapominają takie rzeczy albo „nie mają siły pamiętać” tu i terazteraz kiedy widzą mamę z ręką na klamce, gotową do wyjścia.

Często wtedy zaczyna się też wjeżdżanie na wyrzuty sumienia mamy. Nie to, że dziecko robi to specjalnie, raczej same to sobie robimy: Naprawdę muszę iść na tę jogę? Może lepiej zostanę, skoro dziecko tak mnie potrzebuje! To jest zawsze trudna sytuacja i nie ma się co spinać, że zawsze będzie tak samo, zawsze będzie łatwo.

Z jednej strony instynkt macierzyński, z drugiej potrzeba czasu tylko dla siebie, co wiąże się z wyrzutami sumienia, a płaczące dziecko, uczepione nogawki, nie pomaga. Warto też dodać, że często w momencie, kiedy mama mówi: Dobrze, to zostanę, maluch najczęściej ucieszy się, a potem wraca do swoich zajęć i na tym kończy się zainteresowanie mamą oraz rozdzierająca scena w stylu „nie mogę bez ciebie żyć”.

Podobnie bywa z trudnym pożegnaniem przed salą przedszkolną. Dziesięć minut po dramatycznej scenie, po której mama zbiera się przez pół dnia, zamęcza i zamartwia, dziecko bawi się w najlepsze, nie pamiętając, co zaszło w szatni.

 Zaufaj opiekunowi

Wyrzutów sumienia w takich sytuacjach raczej się nie pozbędziemy tak całkowicie. Do nas należy decyzja i jeśli wiemy, że maluch zostaje pod cudowną opieką, nie dzieje mu się krzywda, uważam, że warto zawalczyć o czas dla siebie. Jeśli jednak już wyjdziesz, zaufaj temu opiekunowi, on zostaje z dzieckiem, on się z nim bawi, on pomaga przetrwać smutek [4] (o ile taki będzie) po wyjściu mamy.

Dziecko widząc, że jesteś spokojna, bo wiesz, że zostaje w dobrych rękach, przejmie w końcu ten spokój.

Najgorsze co możemy zrobić, to dzwonić co kwadrans do domu, dopytując się, czy wszystko w porządku. Jasne, że można poprosić babcię o sms z informacją, czy udało się zażegnać smutek malucha. Tylko dyskretnie, bo jeśli dziecko zauważy, że mama po wyjściu co chwilę upewnia się, czy wszystko jest dobrze, może to odczytać jako niepokojący sygnał, że coś jest na rzeczy. Coś może nie być w porządku pod nieobecność mamy, skoro co chwilę się upenia. Martwi się, że mnie zostawiła z babcią, a mówiła, że wszystko będzie dobrze.

Jak pomóc dziecku?

  • Opowiedz, jak bardzo wierzysz w babcię jako opiekunkę. Ufasz jej i dziecko powinno o tym wiedzieć.
  • Ustalcie, w jakie gry będą grać, kiedy ciebie nie będzie, co mogą robić. O tym można porozmawiać też wcześniej, długo przed wyjściem.
  • Zauważ smutek, nazwij emocje, zaznacz, że są dla ciebie ważne, ale nie dajcie się ponieść na długi czas. Spróbuj przekierować rozmowę na małe rzeczy, które czekają na dziecko: gra, czytanie, wyjście na dwór.
  • Nie ma co przedłużać pożegnania, jeśli domyślasz się, że ta rozpacz minie chwilę po twoim wyjściu z domu.

W dłuższej perspektywie też można działać, żeby pomóc maluchowi przy takim rozstaniu. Warto ćwiczyć mini-separację, co oznacza krótkie rozstania, a potem coraz dłuższe. Maluch potrzebuje czasu, żeby się nauczyć być bez mamy na wyciągnięcie ręki. Nie stanie się tak od razu, bo to nowa sytuacja dla dziecka.

Wychodzę, kochanie!

Te rozstania (na początku ćwiczebne) mogą stać się elementem rutyny, tak potrzebnej małym dzieciom do prawidłowego rozwoju. To też wymaga wprawy. Nie chodzi o regularność rozstań 9choć to nie zaszkodzi), ale o wasz rytuał, kiedy mówisz, że wychodzisz. Gdy już to mówisz, niech to będzie prawda. Nie ma gorszej sytuacji dla dziecka, które kiepsko znosi rozstania, niż niezdecydowany rodzic: Może dziś wyjdę, a może nie, zobaczymy.

Rozstania często bywają trudne, ale ćwiczenie i danie dziecku możliwości zrozumienia, jak sobie radzi, gdy rodzica nie ma w pobliżu, jest też uczeniem samodzielności, otwartości na świat, nowe doświadczenia. Uświadamia, że mama jest ważną częścią życia, ale potrafię sobie poradzić także, gdy nie mam je w pobliżu.

nowy Instagram Anna Jankowska
Dziękuję, że przeczytałaś. Jeśli uważasz, że ten artykuł może się komuś jeszcze przydać, udostępnij go, śmiało!

Dlaczego dziecko nie chce spać w swoim łóżku?

Dlaczego dziecko nie chce spać w swoim łóżku?

Dlaczego dziecko nie chce spać w swoim łóżku? Zazwyczaj powodów jest kilka, ale najogólniej rzecz ujmując, chodzi o poczucie bezpieczeństwa i bliskości. Rozumiejąc te powody, łatwiej będzie nauczyć kilkulatka spać we własnym łóżku. Nic na siłę, małymi krokami.

Ten artykuł jest pierwszą częścią akcji, która ma doprowadzić do tego, że maluch polubi samodzielne spanie we własnym łóżku.

Drugą część znajdziesz na blogu Tylko dla Mam, choć proponuję zaczać od przeczytania pierwszej: Jak nauczyć dziecko spania we własnym łóżku? >>

Spać razem czy osobno?

Ostatnio udaliśmy się do nowych sąsiadów z wizytą. Było oglądanie mieszkania, po którym oprowadzała nas ich sześcioletnia córeczka. Maja ma to, o czym zawsze marzyłą Karolina, czyli piętrowe łóżko. Piękne, prześliczne, z pościelą w misie i różowymi frędzlami. Cudeńko. Zapytałam więc Maję czy lubi spanie w takim fajnym łóżku? A ona powiedziała mi, że wcale tam nie śpi. Śpi z rodzicami. Codziennie od sześciu lat. I nie zamierza tego zmieniać.

I tak od słowa do słowa, rozmowa z sąsiadami zeszła na kombinowanie, jak tu oddelegować pociechę do jej własnego łóżka. Dzisiaj skupiam się na poradach dla tych, którzy mają już dosyć spania z kilkuletnim dzieckiem i podjęli decyzję. Tak, są tacy rodzice i mają prawo mieć dostć spania z kilkulatkiem.

Inni krytykują. Spać czy nie spać?

Dlaczego wspólne spanie z kilkulatkiem to trochę temat tabu? Jak to dlaczego? Przecież ktoś może pomyśleć, że chcąc się pozbyć dziecka w małżeńskiego łóżka, masz go po prostu dosyć (dziecka, nie łóżka). Nie wiem, czy ma to dla ciebie aż takie znaczenie, co inni pomyślą. Bądź jednak pewna, że ja niczego złego sobie o tobie nie pomyślę. Mało tego, będę trzymać kciuki za powodzenie akcji. Jeśli czytasz ten artykuł to znaczy, że wspólne spanie zaczęło być niewygodne. Nie czekaj, aż urośnie do rangi wielkiego problemu.

Rozumiem, jak ważna jest bliskość dziecka i mamy od urodzenia. Rozumiem zagadnienie współspania. Ale też umówmy się, jeśli dziecko jest już kilkuletnie, to rodzice mają prawo chcieć przespać bez niego całą noc. I nie oznacza to, że jesteś złym człowiekiem. Matka to nie cyborg i też jej się należy odpoczynek. A przyznasz chyba, że trudno spać z dzieckiem, które nie dość, że jest już spore (w końcu to już nie niemowlak, ani nawet dzidziuś), w dodatku rozpycha się na wszystkie strony.

Zdarza mi się czasem spać z Karoliną np. kiedy jest chora lub Marek gdzieś wyjeżdża na kilka dni. Spoko. Raz na jakiś czas nie mam nic przeciwko temu, że przez większą część nocy jestem kopana, szturchana, drapana i budzona. Kilka dni przeżyję. Ale muszę mieć tę perspektywę, że to za kilka dni się skończy i dziecko wróci do swojego łóżka. Ja to światełko w tunelu widzę, rodzice Mai nie bardzo, bo mała stanowczo deklaruje, że się do własnego łóżka nie wybiera.

Nie da się spać

Inna sprawa, że rodzice też niechętnie o tym rozmawiają, bo uważają, że dziecko faktycznie, jest już trochę za duże na wspólne spanie. Trochę wstyd o tym gadać na lewo i prawo, bo nie zareagowali wcześniej. Teraz nie wiadomo, co z tym fantem właściwie zrobić. Kilka prób zachęcenia do spania we własnym łóżku, spełzło na niczym. I tak wraca, i wraca, i wraca. Może z tego wyrośnie?

Dochodzą do tego kolejne wyrzuty sumienia (lub chociaż refleksja), że może trochę ten kilkulatek jest „zdzidziusiowany” za bardzo przez kochających rodziców. Jak to sprawdzić, czy jest zdzidziusiowany? (Nie, to nie jest fachowy termin). Odpowiedz sobie na pytanie, czy twoja pociecha choć w jakiejś części sama się ubiera, myje, sprząta zabawki, czy jednak robisz to ty, bo uważasz, że dziecko ma na to jeszcze czas? I na drugie pytanie: czy twoje dziecko widzi ciebie jako konsekwentnego rodzica, który potrafi postawić granice i je jasno wytłumaczyć?

Czy warto być konsekwentnym rodzicem? 

Brak konsekwencji jest rodzicielskim przyzwoleniem na to, żeby dziecko ignorowało stawiane przez mamę i tatę uczucia i mądre, przemyślane „nie”. Nie stawiasz tych granic bez wyraźnego powodu, prawda? Jednak między tworzeniem reguł, a ich egzekwowaniem, jest często spora przepaść. I dziecko to widzi. Nie przestrzega ich tylko wtedy, kiedy (słusznie) uważa rodziców za osoby, które same nie wiedzą, czego chcą.

Nie zrozum mnie źle, bo nie jestem też zaciekłą obrończynią nieugiętej konsekwencji. Mam na myśli mądre mówienie „nie” i przede wszystkim, tłumaczenie dziecku, co się dzieje i po co, w jego życiu.

Czy jesteś gotowa sama spać?

Jest jeszcze jeden aspekt, który warto przemyśleć w temacie samodzielnego spania. Możesz udawać, że tak nie jest lub sobie zwyczajnie tego nie uświadamiać, ale bardzo często właśnie dorosły nie jest gotowy na rozstanie z dzieckiem. W sensie, na oddelegowanie do własnego łóżka. I nie ma to nic wspólnego z potrzebami dziecka, bo jest to twój dorosły problem.

Zdarza się to np. na życiowych zakrętach (np. rozwód). Kiedy czujesz, że świat sypie się na kawałki, a jedyną stałą (kochającą stałą) jest dziecko. Tak, to jest stała, ale niech ta stała nie płaci swoją samodzielnością i emocjami, za dorosłe problemy. Wiem, że to cudowne uczucie tak się wspólnie przytulić. Wtedy złe emocje odchodzą daleko. Tylko że na dłuższą metę, to jest droga do odebrania dziecku samodzielności. Nie można pociechy traktować jak lek na smutek, depresję i cudowną przytulankę. Wiem, że to tak działa, ale nie rozwiązuje problemu.

Dlaczego nie chce spać u siebie?

Z miłości

Pewnie dlatego, że jesteś fajną mamą. A dziecko (i chyba każdy człowiek) lubi przebywać w towarzystwie osób, przy których dobrze się czuje. Dziecko cię kocha i dlatego chce z tobą spędzać 24 godziny na dobę. Dotyczy to też wspólnego spania. Miłość dziecka jest szaleńcza, bezwarunkowa i trochę ślepa. Dla kilkulatka niewidoczne są twoje sińce pod oczami i powieki na zapałki. Bo twoja pociecha, przy całej swej słodyczy, jest też małym egoistą, dla którego rodzic jest po prostu człowiekiem do kochania. Zawsze. Wszędzie. O każdej porze. Na każde zawołanie. I jak tu powiedzieć „nie” w kwestii spania?

Automatycznie włączają się wyrzuty sumienia, o których wspomniałam na początku. I to jest bardzo ważna sprawa, żebyś sobie z tymi wyrzutami sumienia poradziła. Chodzi o to, że musisz być na taką zmianę (powiedzenie „nie”) gotowa. I oczywiście dziecko w pewnym sensie też, choć w tym wypadku, raczej nie do niego należy decyzja.

Wiem, wiem, słyszę te oburzone głosy, że trzeba brać pod uwagę to, czego chce dziecko i poświęcić się dla dobra sprawy. Jestem jednak zdania, że przychodzi taki czas (przypominam, że rozmawiamy o kilkulatku), kiedy to rodzic musi dojrzeć do pewnych decyzji i wcielić je w życie mimo niezadowolenia dziecka. Współspanie powinno być potrzebą wszystkich, nie tylko jednej ze stron. Wtedy to ma sens i nie ma mowy o poświęceniu. 

Słodki bumerang

Czasem też jest tak, że dziecko spało już u siebie, ale teraz śpi u was, bo… parę razy przytuptało i już zostało. Ot tak, po prostu jakoś tak wyszło. A ty – dla świętego spokoju – pozwoliłaś, żeby spało u was przez kilka nocy. Raz mu się coś śniło, innym razem nie mogło zasnąć, jeszcze innym bolał brzuszek, było smutne, chciało się poprzytulać, poczytać tylko chwilę w waszym łóżku. A potem obiecuję, że pójdę do siebie – słyszałaś za każdym razem. Ale nie poszło i tak zostało aż do dzisiaj.

I wraca każdej nocy, a kiedy próbujesz wynosić, to znowu wraca, i znowu, i znowu. A kiedy tłumaczysz, to krzyczy, oponuje, wygłupia się i zawsze na końcu usłyszysz: I tak do was przyjdę. Po takim wyznaniu pojawia się kolejny dylemat: wynosić po raz setny (i tak przez to jestem niewyspana) czy pozwolić zostać (i tak jestem przez to niewyspana)? 

Tu jest impreza zamiast spania

Maluch może uważać, że u was w łóżku jest weselej i przyjemniej niż u niego. Wiele pociech tak uważa i mają do tego pełne prawo. Wy sobie leżycie we dwójkę, możecie się przytulać, pogadać, a dziecko ma samo w tym swoim małym łóżku leżeć? Wtedy rodzi się zupełnie naturalna myśl: Wstanę i sprawdzę, czy za mną tęsknią. I tak wstaje, i wstaje, i wstaje. Jasne, że tęsknicie, jasne, że czekacie na buziaka, przytulasa i uśmiech. To miłe, tylko potem konieczny jest spacer do dziecięcego łóżka, żeby wiedziało, że jest kochane, ale ma swoje miejsce na ziemi do spania. Własne łóżko.

W takiej sytuacji spraw, żeby jego łózko kojarzyło się z przyjmnym spędzaniem czasu np. przy wspólnym czytaniu książek na dobranoc. 

Twitter aktywne czytanie ksiązki dla dzieci blog

Kliknij w zdjęcie, przejdziesz do bloga AktywneCzytanie.pl

Twoja decyzja, twoja odpowiedzialność

Decyzja należy do ciebie. Rzadko się zdarza, żeby dziecko przyszło do rodziców i powiedziało, że od dzisiaj chce spać we własnym łóżku. Jeśli tak się zdarzy, możesz się cieszyć, jakbyś wygrała los na loterii. Jeden na milion. W innym przypadku bierzesz na klatę całe przedsięwzięcie ze wszystkimi konsekwencjami.

A będą to najprawdopodobniej: nieprzespane noce w najbliższym czasie, niezadowolenie pociechy, twoje chwile załamania i koniecznie konsekwencja. Wiem, dużo tego i nie wygląda różowo, ale jeśli jesteś pewna, warto poświęcić kilka nocy.

Zadbaj o poczucie bezpieczeństwa

Żeby jednak mieć spokój sumienia, że dziecka nie krzywdzisz, upewnij się, co do powodów nalegania na wspólne spanie. Jeśli to tylko (aż) oznaka miłości, dziecko jest zadbane, szczęśliwe, bezpieczne, sytuacja rodzinna jest stabilna, nie ma za sobą żadnej traumy czy wielkich zmian, to nie widzę powodu, żeby nie wcielić decyzji w życie.

Bywa jednak i tak, że dziecko tego wspólnego spania potrzebuje z konkretnej przyczyny. Najczęściej jest to brak stabilizacji emocjonalnej i poczucia bezpieczeństwa. Dziecięcy świat zawala się, kiedy w sposób drastyczny i nagły są wprowadzane spore zmiany w życiu rodzinnym. Mam tu na myśli np. rozwód, śmierć w rodzinie, chorobę. Takie naprawdę skrajne przypadki. Wtedy oczywiście nie ma sensu dodawać kolejnych zmartwień.

Powrót mamy do pracy i inne sytuacje

Mogą to również być stany chwilowe, kiedy np. wracasz do pracy i spędzacie ze sobą o wiele mniej czasu, kiedy dziecko rozpoczyna przygodę z przedszkolem lub szkołą i czuje się niepewnie w nowej sytuacji. Albo (co dość powszechne), kiedy ma się pojawić młodsze rodzeństwo.

Zrób wszystko, żeby dziecko nie poczuło się odrzucone tylko dlatego, że ma przyjść ktoś inny na jego miejsce. Zająć to miejsce w łóżku rodziców. Wtedy oczywiście trzeba zacisnąć zęby i poczekać. Ale nie czekaj z założonymi rękami, tylko działaj. Rób wszystko, żeby ustabilizować sytuację i przede wszystkim, emocje dziecka. W wielu przypadkach wystarczy czas. Trzeba poczekać, aż pociecha przywyknie do nowej sytuacji.

W przypadku traumy, emocjonalnego trzęsienia ziemi, zdarza się tak, że sam czas to za mało i bierne czekanie nie wystarczy. Może potrzebna będzie pomoc specjalisty (psycholog, pedagog, pediatra)? Rozmowa, po której ty będziesz wiedziała jak pracować z dzieckiem, żeby wyszło na prostą.

Kolejny krok. Akcja delegacja! 

Jak nauczyć dziecko spania we własnym łóżku? Cała akcja krok po kroku

nowy Instagram Anna Jankowska ksiązki kobieta

Dziękuję, że przeczytałaś. Jeśli uważasz, że ten artykuł może się komuś jeszcze przydać, udostępnij go, śmiało!