9 ważnych informacji o trzylatku. 3-latek nie słucha? Hmm…

9 ważnych informacji o trzylatku. 3-latek nie słucha? Hmm…

Trzylatki mają dobrą opinię. 3-latek w domu to wielka radość. Ale bywają czasem trudne we współpracy (to „robocze” słowo, chodzi o dogadanie się). To czas, kiedy dziecko już mówi, chodzi, a nawet biega. Zależy mu na czymś więcej niż byciu zaopiekowanym. Ma swoje zdanie, ale wciąż jeszcze trudno mu ogarnąć emocje. (więcej…)

Angielski dla dzieci online. Nauka angielskiego z All Right i niespodzianka od Tylko dla Mam

Angielski dla dzieci online. Nauka angielskiego z All Right i niespodzianka od Tylko dla Mam

Nauka angielskiego to temat, który co jakiś czas powraca w waszych pytaniach, bo nie jest tajemnicą, że z siedmioletnią (wtedy) Karoliną, przeprowadziliśmy się do UK i tu (na razie) mieszkamy, a ona tu rozpoczęła naukę w szkole. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że każdy ma własne doświadczenia, potrzeby i etap życia, kiedy dochodzi do wniosku, że warto podszkolić język. Pisałam już o kursach online dla mam, dzisiaj skupiam się na kursach dla dzieci. 

Angielski dla dzieci 

Szkoła językowa online to rozwiązanie dla rodziców, którzy nie mówią biegle po angielsku, a chcą, żeby dzieci się języka po prostu nauczyły w jego naturalnym brzmieniu. Uważam, że to najlepsza droga. 

Nie od dziś wiadomo, że o wiele więcej niż lekcje w grupach (które również mają swoje zalety), dają dzieciom anglojęzyczne bajki, programy i ogólnie styczność z obcym językiem w praktyce. Wielu dzisiejszych dorosłych nauczyło się angielskiego z MTV, dekadę później uczono się też z YouTuba i choć może odrobinę dziwnie to brzmi, jest to zupełnie zrozumiałe. 

Angielski dla dzieci metodą Speakera

Na czym właściwie polega taka nauka online? Ile szkół tyle pomysłów, trudno wybrać w gąszczu propozycji. Mogę powiedzieć, co mnie przekonuje do lekcji proponowanych przez All Right. Chodzi o podejście do dziecka, sam proces nauczania. 

Skupili się na dwóch obszarach:

  • LCT – komunikacyjne nauczanie języka, gdzie dziecko jest zachęcane do spontanicznego mówienia, komunikowania o swoich emocjach, potrzebach. Nauczyciel dba o to, żeby dziecko mówiło ok. 50% czasu przeznaczonego na lekcję. Tylko tak można przełamać barierę przed używaniem języka. 
  • Total Physical Response (TPR) – reagowanie całym ciałem. I to jest to, czego oczekuję od edukacji tak ogólnie, czyli zaangażowania wszystkich zmysłów w proces uczenia się, zapamiętywania i kojarzenia. Dziecko poznając nowe słowa (zwłaszcza czasowniki), nie tylko je powtarza, ale też pokazuje np. skacząc, fruwając, biegając, czołgając się. Nie wymaga się od dziecka siedzenia w skupieniu w jednym miejscu przez 30 minut.

Za każdym razem są to oczywiście tematy „użyteczne”, bliskie dziecku i znane. Dla mnie osobiście jest to wielki plus, bo pamietam, jak Karolina po lekcjach w Polsce (które były rewelacyjne) wchodziła do grupy dzieci i z powodu wielu bodźców, akcentu, hałasu… nie rozumiała ani słowa i sama nie potrafiła nic powiedzieć. Im więcej przerobionych sytuacji z życia wziętych, naturalnych warunków do używania języka, tym lepiej dla ogólnej komunikacji. 

Angielski dla dzieci, także tych najmłodszych

O ile jestem za otaczaniem dziecka językiem już od najmłodszych lat, tak niekoniecznie interesują mnie zorganizowane zajęcia dla dwulatków. Spokojnie można się z takim maluchem bawić w angielski w domu. 

Lekcje online w szkole All Right zaczynają się od czwartego roku życia. Ma to wiele sensu, zwłaszcza w przypadku, gdy ktoś planuje posłanie dziecka do angielskiej szkoły (od piątego roku życia w UK) oraz dlatego, że czterolatek potrafi się skupić odrobinę dłużej niż młodsze dzieci. A do lekcji jednak potrzeba skupienia. 

Lekcja angielskiego online 

Sama lekcja trwa 30 minut dla dzieci do ósmego roku życia. Dopiero starsze dzieci uczestniczą w lekcji przez 60 minut. 

Są też różne poziomy, dostosowane do wieku i potrzeb uczniów. A jeśli wam się spodoba, to też ważna informacja, że dzieci zapisane na lekcje mogą też uczestniczyć w Speaking Club, gdzie rozmawiają z nauczycielami z USA i Wielkiej Brytanii. 

Jest też darmowa lekcja pokazowa, co ma chyba kluczowe znaczenie, bo opis opisem, a gdy tylko można wypróbować, warto z takiej możliwości skorzystać.  Zapisz się na darmową lekcję >>

Jeśli masz dodatkowe pytania związane z nauką angielskiego online, pisz śmiało do szkoły All Right. Oni z radością odpowiedzą na wszystkie pytania: All Right >>

Od siebie dodam to, co robi na mnie wrażenie, mianowicie – interentowa szkoła językowa dotarła w ciągu ostatnich trzech lat do pięciu krajów. To są możliwości, których kiedyś po prostu nie było, dlatego warto z nich korzystać.

Zalety nauki angielksiego online

Sama korzystam z zalet pracy online, bo przecież tak prowadzę codziennie konsultacje z ludźmi w różnych krajach. Dlatego nauka języków taką metodą jest mi bliska.

  • Wiem, że to oszczędność czasu, bo nie trzeba nigdzie jeździć (i stać w korkach).
  • Można uczyć się z dowolnego miejsca na świecie np. w domu lub na wakacjach, wystarczy mieć połączenie z Internetem.
  • Co ważne! Uczniowie sami wybierają tu sobie nauczyciela i układają grafik (dzieci oczywiście wspólnie z rodzicami).
  • Rodzic oddający dziecko w ręce wykwalifikowanego nauczyciela ma czas na pozałatwainie wałsnych spraw, zmiast kwitnąć na korytarzu lub w poczekalni, aż minie 30 minut lekcji i trzeba będzie wracać do domu (znowu w korkach). 

Zerknij na przykładową lekcję

Ojej! Niespodzianka! ⭐️⭐️⭐️

Cieszę sie, kiedy mogę przekazać dobre wieści i tym razem tak jest. Każda osoba, która zakupi pakiet 5 lekcji otrzyma 2 lekcje gratis, jeśli skorzysta z kodu rabatowego: TYLKODLAMAMNOVEMBER

To nie wszystko, bo jeśli spodobają się Wam te lekcje, można znowu zaoszczędzić. Jeśli polecona przez Was (przez ucznia szkoły online) osoba wykupi dla siebie zajęcia (jasne, że może korzystać z kodu), otrzyma 2 lekcje gratis. I Wy też. Sytuacja wygrany-wygrany. 

Dyscyplina. Jak naprawdę skutecznie zdyscyplinować dziecko?

Dyscyplina. Jak naprawdę skutecznie zdyscyplinować dziecko?

 Jak zdyscyplinować dziecko? Kiedyś dyscyplina była jednoznacznie kojarzona z posłuszeństwem bez szemrania. Była również kojarzona z biciem dzieci, bo dyscypliną był przyrząd służący do wymierzania kar. Dokładnie mówiąc – do bicia. 

Bardzo często (podczas konsultacji, które jak wiecie, są często źródłem inspiracji do podcastu) pada pytanie o to, jak zdyscyplinować dzieci? Dzisiaj oczywiście już kompletnie inaczej podchodzimy do samego zagadnienia, choć nie ukrywam, że bardzo wiele osób uważa, że dyscyplinowanie sprowadza się do dawania klapsów. Często słyszę, że to tylko jeden klaps, bez tego dziecko nie zapamięta.

Dyscyplina dawniej i dzisiaj

Z radością donoszę, że zapamięta i to bardzo dobrze. Wystarczy okazać zrozumienie i zaufanie. Tak to już jest, że gdy czujemy się zagrożeni (a obawa przed klapsami sprawia, że dziecko czuje się zagrożone), nie skupiamy się na tym, czego od nas oczekuje świat. Nie uczym się szybciej (i na stałe), ale uczymy tylko tego, jak ono ma unikać bicia. To oczywiście może być skuteczny sposób na pożądane zachowanie tu i teraz, ale tak ogólnie, kompletnie nie działa jako metoda edukacji, poprawy zachowania.

Więcej opowiedziałam na ten temat w artykule pt. Dlaczego niektórzy uważają klapsy za nieszkodliwą metodę wychowawczą? >>

  • Jak kiedyś rozumiano pojęcie dyscypliny?
  • Dlaczego dyscyplina kojarzy się z biciem dzieci? 
  • Czym jest dyscyplina?
  • Jak dzisiaj patrzymy na to pojęcie? 
  • Co pomaga dyscyplinować dzieci? 

Podcast Tylko dla Mam

Jeśli lubisz słuchać krótkich podpowiedzi na temat wychowania wspierającego i komunikacji w rodzinie, dobrze trafiłaś. Nie przegapisz żadnego odcinka subskrybując Newsletter Tylko dla Mam >>

Nie chcę odrabiać lekcji!

Nie chcę odrabiać lekcji!

Nie chcę odrabiać zadania! Uczniowie często powtarzają to zdanie i świetnie roumiem ich niechęć. O zadaniach domowych już wiele razy rozmawiałyśmy na blogu Tylko dla Mam. 

Tym razem spróbuję podpowiedzieć, co zrobić w sytuacji kiedy dziecko stanowczo buntuje się przeciwko odrabianiu zadań. Nie przepadam za ich zadawaniem, jednak rozumiem, że jeśli już są, rodzicom zalezy na tym, żeby zostały odrobione. Zauważ, jak to brzmi… rodzicom zależy. Najczęściej własnie do tego się sytuacja sprowadza. Do nacisków ze strony rodziców.

Obowiązki ucznia

Zostawiam też wszystkie artykuły związane z zadaniami domowymi, w których wyjasniam, skąd ta niecheć dzieci i dlaczego warto ją zrozumieć.

Wolę oglądać bajkę niż odrabiać zadanie domowe!

Wspólny czas przeznaczony tylko na zadanie domowe będzie wam bardzo potrzebny. Przynajmniej na początku. To znaczy, że dziecko odrabia lekcje, a ty czuwasz i patrzysz. Tłumaczysz i się angażujesz w razie potrzeby (bez przesady, nie w każdej sekundzie). Jeśli dziecko w trakcie odrabiania lekcji nie ogląda bajek, to ty też tego nie rób. Telefon na bok, słuchawki na bok, gotowanie na bok. Szybciej wam pójdzie, jak się nad zadaniem porządnie skupicie. Szybciej będzie z głowy.

Jeśli dziecko zaraz po szkole ma ochotę obejrzeć bajkę lub pobawić się na podwórku (mamy ustalone, że nie za długo), to super. Musi mieć ten czas, żeby odciążyć głowę od szkolnych wymagań i przede wszystkim hałasu, który dla zwykłego człowieka jest nie do zniesienia. A dzieci (i nauczyciele) znoszą go każdego dnia.

Zajęcia dodatkowe

Skoro już jesteśmy przy tym co dziecko woli, co musi, a z czego powinno zrezygnować, to może też się zdarzyć tak, że trzeba będzie zrezygnować z dodatkowych zajęć. Sama szkoła jest naprawdę sporym obciążeniem. Jeśli po szkole ma za dużo (nawet przyjemnych) zajęć tzw. dodatkowych, zorganizowanych, to może się okazać, że brakuje czasu na zadanie domowe. I na odpoczynek (zajęcia dodatkowe nie są odpoczynkiem).

Świadome rodzicielstwo polega też na zapewnieniu dziecku wystarczającej ilości czasu na odpoczynek i zadanie domowe. To twoja decyzja, czy ważniejsze jest dla ciebie wypoczęte dziecko z odrobionym zadaniem domowym, czy przemęczone dziecko z zadaniem odrobionym na kolanie, ale zaliczonymi dodatkowymi zajęciami z baletu czy plastyki.

Rozumiem, że to trudne decyzje, bo taki talent się marnuje na rzecz głupich zadań domowych. Serio, rozumiem doskonale. Jednak doba ma tyle godzin ile ma. Nie rozciągniesz jej. Możesz, co najwyżej, bardziej obłożyć grafik dziecka. Tylko jakim kosztem?

Jeśli rezygnacja z czegokolwiek przychodzi ci z bólem, to może pocieszeniem będzie, że to tylko na jakiś czas. Uczeń, prędzej czy później, wpadnie w rytm szkolny i nauczy się radzić sobie z zadaniami. Sam ci powie (i zresztą zauważysz), że jest gotowy na coś więcej.

Mam powód więc nie odrobię!

Upór pokonaj zrozumieniem. Jeśli twój szkolniak nie wykazuje żadnej chęci współpracy związanej z odrabianiem zadań domowych, masz kilka możliwości działania do wyboru.

Zapytaj, dlaczego dziecko nie chce odrabiać zadania. Wiem, że ciśnie się na usta: Ja też nie chcę, ale musisz! Ważne, żebyś usłyszała i pokazała, że interesujesz się tą informacją. Często jest to ze zmęczenia, z głodu, ze złego samopoczucia albo (uwaga, ja tak miałam!), bo wkurzające jest kiedy siedzisz i gapisz się przez ramię, czy ładnie pisze. Znając argumenty dziecka możesz o nich porozmawiać, a nie po prostu wydawać rozkazy.

Pozwól się nudzić

Może chodzi o to, że dziecko ma ochotę najpierw się chwilę pobawić, ponudzić. Ustal wtedy, ile możesz mu dać na to czasu. Najlepiej tyle, ile zechce (potrzebuje), ale wiem przecież, że nie zawsze się tak da. Ustalcie tyle, żeby obie strony czuły, że to jest w porządku, a zadanie domowe zostało odrobione.

Z tym gapieniem się przez ramię też trzeba uważać. Nie ma nic bardziej irytującego niż ktoś sapiący nad uchem i komentujący robotę. Dziecko odczuwa to dokładnie tak samo jak dorosły. Pozwól na odrobinę samodzielności i na popełnienie kilku błędów (które wydłużą czas odrabiania zadania, niestety). Inaczej maluch nie nauczy się kontrolowania tego co robi, bo będzie wiedział, że ty mu zawsze powiesz, jak napisać dobrze.

To zadanie domowe nie ma sensu!

Na takie stanowcze „nie”, możesz zareagować tłumaczeniem, dlaczego dziecko powinno odrabiać zadanie domowe. Kilka pozytywów wyłuszczyłam na początku wpisu. Wiem, że dla dorosłego to upierdliwe i męczące. Kolejny, często bezsensowny obowiązek. Ale jest jak jest i chcąc mieć współpracujące dziecko, to raczej zachowaj swoje dorosłe zdanie na temat zadań domowych dla siebie i innych dorosłych.

Jeśli dziecko kilka razy usłyszało do ciebie, że te zadania to męka, bezsens i ten system szkolny powinno się wysadzić w powietrze, to bądź pewna, że nie będzie miało ochoty ich odrabiać. I będzie się czuło usprawiedliwione.

Porozmawiaj z dzieckiem na spokojnie i wyjaśnij, że nie uczy się dla ocen, dla szkoły, dla uśmiechu pani ani dla ciebie. Tylko dla siebie. Robienie zadań domowych jest nudne i najczęściej męczące, ale opłaci się, bo dzięki temu, dziecko będzie więcej umiało i rozumiało.

Jeśli kusi cię dłuższa przemowa w stylu: Wykształcony człowiek znajdzie lepszą pracę, daruj sobie. To nie jest przemowa do kilkulatka, ale już do licealisty – jak najbardziej. Pomijam fakt, że licealista (nastolatek) jest odporny na tego rodzaju argumenty. Na wszelkie twoje mądrości jest odporny.

Każdy ma obowiązki

Użyj argumentu o tym, że duże dzieci mają nowe obowiązki. Jednym z nich jest odrabianie zadań domowych. Uświadom, że dorośli też mają swoje obowiązki, które mniej lub bardziej lubią.

Pokaż dziecku, że zadanie domowe może być przyjemnością. Choćby dlatego, że z dnia na dzień widać, jakie robi postępy w nauce. Pokazuj te postępy np. wracając do kartek z ćwiczeniami w kaligrafii, gdzie jeszcze miesiąc temu były same krzywe kulfony, a dzisiaj już widać jakie równe litery stawia.

Olewam zadanie domowe!

Jeśli przerobisz z dzieckiem te wszystkie rozmowy, a ono nadal konsekwentnie będzie stawiało opór, to po prostu pozwól nie odrobić zadania. Raz i drugi pozwól pójść do szkoły bez zadania domowego. Od tego świat się nie zawali. Taki rodzicielski eksperyment (wiem, że nie każdemu się spodoba, ale dla mnie – szkoła to miejsce, gdzie powinno się eksperymentować).

Decydując się na tę strategię, pamiętaj, że to świadoma decyzja dziecka, którą postanowiłaś zaakceptować. Więc daruj sobie foch i zastraszanie: Jeśli tak, to nie ma sprawy. Idź z niedorobionym zadaniem i zobaczysz, co się stanie! Akceptacja polega na porozmawianiu o tej decyzji, wysłuchaniu argumentów ucznia i jeśli są sensowne, to w porządku. Jeśli są bezsensowne (np. nie chce mi się) to też w porządku. Zadbaj tylko o to żeby dziecko miało świadomość, że to ważna, dorosła decyzja. Zapytaj, co jego zdaniem stanie się, jeśli przestanie odrabiać zadanie domowe.

Brak zadania

Jak taka sytuacja może się potoczyć? Jeśli nauczycielowi faktycznie nie zależy na sprawdzaniu tych zadań i zadaje żeby zadawać, to sama nie widzę sensu ślęczenia nad nimi. Też bym nie robiła. Wiem, że dziecko uczy się dla siebie, ale choćby szacunek dla pracy drugiego człowieka, nakazuje sprawdzenie tego zadania.

Bardziej prawdopodobne jednak będzie przyniesienie jakiejś uwagi lub upomnienia za brak zadania. Jeśli są to sensowne zadania domowe, to dziecko szybko się zorientuje, że ich brak utrudnia funkcjonowanie na lekcji np. nie ma odpowiedniej wiedzy, nie ma materiałów potrzebnych do zajęć itd. Wtedy pewnie dojdzie do wniosku, że mimo wszystko, opłaca się odrobić zadanie domowe.

Jeśli bardzo cię męczy ta decyzja dziecka o nieprzygotowaniu, możesz wyjaśnić (na boku) nauczycielowi, dlaczego pozwoliłaś dziecku przyjść bez zadania i że to taka forma eksperymentu. Poproś przy okazji, żeby traktował dziecko normalnie, jak każdego innego nieprzygotowanego ucznia. Zdarza się czasem, że nauczyciel bardzo wczuwa się w ten eksperyment i nadmiernie gani za brak zadania domowego. A nie o to chodzi żeby kopać leżącego, tylko żeby dziecko poczuło, jak to jest ponosić odpowiedzialność za swoje decyzje.

Kiedy po takim eksperymencie dziecko postanowi jednak odrobić zadanie domowe, to się po prostu uciesz. Bez zbędnych komentarzy, bez a nie mówiłam, bez masz nauczkę. Częścią dzieciństwa i dorastania jest podejmowanie samodzielnych decyzji i odważne uczestniczenie w życiu społecznym. Masz bardzo odważne dziecko, jeśli zdecydowało się sprawdzić co się stanie jeśli… Uszanuj to, doceń i pozwól tak działać również w przyszłości.

Odrobisz za mnie?

Kiedyś tak bardzo oburzałam się na samą myśl o odrabianiu lekcji za dziecko. Gdy widzę, ile dziś dzieci mają zadane, to naprawdę walczę ze sobą żeby nie usiąść i nie odrobić wszystkiego sama. Wiem, że jest to niepedagogiczne i przede wszystkim, jest to bez sensu. Jednak, nie jestem już pierwsza na linii frontu do krzyczenia: Nigdy w życiu!

Powiem ci dlaczego. Mam siostrzeńca, który kiedyś w gimnazjum miał zadane zrobienie na szydełku czegoś prostego. Zośki, czy szalika. Nie pamiętam już, to nie jest najważniejsze. Ważne jest, że pani zadała im to na ocenę i zaliczenie przedmiotu.

Lekcja szydełkowania

Pomijam stracony czas na zastanawianie się, po co gimnazjaliście (w dzisiejszych czasach) umiejętność robienia czegokolwiek na szydełku? Pamiętam, że jako dziecko miałam ZPT (zajęcia praktyczne-techniczne) i tam takie cuda roboliśmy. To było w młodszych klasach, kiedy jeszcze dzieci uczyły się pisać i każde ćwiczenie dla rąk miło sens. W fińskich szkołach do dzisiaj robią karmniki na takich fajnych zajęciach, bo to rozwija umiejętność planowania i działania według instrukcji. Ale szydełkowanie w gimnazjum?

Siostrzeniec zrobił kilka wersji Zośki, która za każdym razem nie podobała się nauczycielce. Za każdym razem nie dostawał zaliczenia. W końcu babcia nie wytrzymała i zrobiła za niego tę głupią Zośkę. I to jest ten przypadek, kiedy z ręką na sercu usprawiedliwiam odrabianie pracy domowej za dziecko. A co jest najciekawsze w tej historii? Babcia też oblała. Jedne Zośki były – zdaniem nauczycielki – za ładne, inne za brzydkie. Ale zadanie domowe było i to na wiele tygodni.

Bywają zatem przypadki, w których jestem w stanie zrozumieć pomoc rodzica, polegającą na zrobieniu czegoś za dziecko. Ale nie ulega wątpliwości, że sensowniej i wygodniej jest nauczyć pociechę samodzielnego radzenia sobie z zadaniami.

Ma to też ogromny związek ze sposobem postrzegania siebie (poczucie wartości) przez ucznia. Dziecko wiecznie wyręczane w swoich obowiązkach, nigdy nie zacznie o sobie pozytywnie myśleć i wierzyć we własne możliwości. Im dalej w las, tym będzie trudniej. Dotyczy to samego odrabiania (co z tego, że nie będzie to najpiękniej wyklejona choinka na świecie), jak i planowania. To może nawet i ważniejsze.

Plan na zadanie domowe

  • Planowanie działań związanych z zadaniem domowym, bynajmniej nie sprowadza się jedynie do odrobienia. Sama dobrze wiesz, że to także obiad o odpowiedniej godzinie, wciśnięcie w grafik odpoczynku po szkole i wreszcie lekcje.
  • Naucz dziecko zaczynać od najtrudniejszych, a kończyć najłatwiejszymi zadaniami. Na początku oczywiście będziesz musiała pomóc w tym wyborze, ale po jakimś czasie, oboje będziecie wiedzieli, do czego zabierać się w pierwszej kolejności.
  • Dla niektórych będzie to matma, dla innych wypracowanie. Jedyne co mogę doradzić, to zostawianie zadań mechanicznych (np. kaligrafia, szlaczki itd.) i artystycznych (praca plastyczna) na sam koniec. Na pierwszy ogień bierzcie najtrudniejsze, które będą od dziecka wymagały świeżości umysłu (o ile można o tym mówić po kilku godzinach w szkole).
  • Nie zostawiajcie zadań na rano, bo rano to tylko bieganina i stres. To samo dotyczy pakowania plecaka i szykowani rzeczy potrzebnych do szkoły na kolejny dzień. To jest też część zadania domowego, bo przecież bez tego wszystkiego, nie da się sprawnie funkcjonować w szkole.
  • Jeśli chodzi o sprawdziany i większe powtórki, opowiedziałam o tym sporo we wpisie Jak pomóc dziecku przygotować się do sprawdzianu bez ględzenia i prawienia morałów?
  • Szanuj ten zaplanowany czas ucznia i nie odrywaj dziecka od odrabiania. Zwłaszcza jeśli jesteście już na etapie, że ty wychodzisz z pokoju, bo dziecko samo odrabia. Wiem, że to świetne uczucie, bo masz już wolne i możesz robić co chcesz. Dziecko nie ma i pewnie ci zazdrości. Doceń ten samodzielny czas nad lekcjami. Uświadom, że wychodzisz, bo ufasz i wierzysz, że sobie poradzi. To powód do dumy.

Samodzielny uczeń

Raz będzie lepiej raz gorzej z tą samodzielnością. Małymi krokami. Buduj ją i nie zaburza np. odrywając pociechę od zadania żeby opowiedzieć dowcip lub pokazać zabawny filmik na Fejsie. Na to będzie czas wieczorem.

Jednak w tym całym planowaniu, weź pod uwagę też krótkie przerwy, których potrzebują, zwłaszcza młodsi, uczniowie. Oni nie potrafią zbyt długo usiedzieć przy lekcjach. Dlatego z nimi lekcje odrabia się zazwyczaj dłużej. Kombinuj, jak zaspokoić ich potrzebę ruchu podczas odrabiania zadania domowego.

Wiadomo, że przy pisaniu trzeba siedzieć przy biurku. Ale jeśli jest jakaś praca plastyczna, to nie widzę problemu żeby ją wykonywać na podłodze albo nawet zabrać farby, plastelinę czy inne gadżety do parku, na plac zabaw, przed dom i tam coś stworzyć.

To samo zresztą dotyczy uczenia się najróżniejszych rzeczy na pamięć.  Takie zadania najlepiej ćwiczyć w ruchu i przez skojarzenia. Rycie na pamięć to jedna z najgorszych męczarni dla uczniów.

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i moją codzienność.
Czy wtrącać się w kłótnie dzieci?

Czy wtrącać się w kłótnie dzieci?

Ten temat, jak wiele na blogu Tylko dla Mam, zainspirowany jest konsultacją, którą wczoraj prowadziłam z mamą pięcioletniego Jasia. Czy wtrącać się w kłótnie między dziećmi? 

Nie mówię tylko o rodzeństwie, może nawet bardziej mówię o sytuacjach między obcymi dziećmi: na placu zabaw, w szkole, w przedszkolu itd. Nie mówię też żeby wtrącać się ZAWSZE i za każdym razem, ale o wkraczaniu od czasu do czasu, kiedy sytuacja tego wymaga. 

No dobra, ale kiedy się wtrącać?

Wiem, najtrudniej odpowiedzieć na pytanie: Kiedy właściwie sytuacja tego wymaga? Wiele poradników mówi o tym, żeby wcale się nie wtrącać albo dopiero jak leje się krew. 

Nie do końca się z tym zgadzam, bo wychowanie nie polega na skrajnościach (wtrącać się zawsze lub nie wtrącać się nigdy). A gdzie racjonalne podejście do sprawy i logika? Czasem trzeba się wtrącić, a czasem odpuścić. Jak w życiu, każda sytuacja jest inna. Nie da się postępować według jednego schematu. 

Nie ma oczywiście jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, ale są sygnały, które rodzice mogą odczytać. One włączają czerwoną lampkę i warto umieć je odcyfrować, zdając się w dużej mierze na zdrowy rozsądek, obserwację i rodzicielską intuicję. 

Intuicja rodzica

I tu chyba właśnie pies jest pogrzebany. Jesteśmy (od przedszkola) nauczeni, że trzeba słuchać tzw. autorytetów, nie zasięgając drugiej opinii. A już z pewnością nie zdając się na własny osąd, bo przecież oni się znają, a ja nie.

W wielu przypadkach oczywiście specjaliści się znają i pomagają, ale dla mnie druga opinia (lekarza, księdza, psychologa, nauczyciela itd.) to podstawa. Zwłaszcza kiedy czuję, że pierwsza opinia, nie do końca jest tym, co ja widzę na co dzień i z czym się zgadzam. Nie zakładam, że specjalista nie ma racji. Zakładam, że zbadam sprawę budzącą moje mieszane odczucia, u drugiego źródła. 

I na tym nie koniec. Do opinii autorytetu np. autora książki, nauczyciela, dochodzi coś, czego żaden specjalista nie ma – znajomość siebie, swojej rodziny i własnego dziecka. I tu rodzic jest największym ekspertem, musi tylko w to uwierzyć. 

Nie mam pewności czy reagować?

Ten brak poczucia, że wiem co robię, najczęściej zamyka się w haśle: Ale przecież wszyscy mówią, żeby nie reagować, nie wtrącać się w relacje między dziećmi. Kołacze się to gdzieś w tyle głowy współczesnego rodzica i odbiera pewność siebie.

Wiem, skąd ten pomysł i rozumiem. Współczesne dzieci faktycznie mają bardzo niewiele przestrzeni do samodzielności, choć mam wrażenie, że to się ostatnimi czasy też zmienia. Jednak uczenie samodzielności i dawanie swobody NIE JEST równoznaczne z ignorowaniem lub nie reagowaniem NIGDY. Żadna skrajność nie jest dobra. 

Mocno się nie zgadzam z tym, że ZAWSZE trzeba dzieci zostawić samym sobie, nawet kiedy widać, że jedno z nich kompletnie sobie nie radzi, nie wie co zrobić, jest nieszczęśliwe i o tym mówi.

Jesteśmy rodzicami, mamy wspierać dzieci (co nie oznacza przeżycia za nie życia czy robienia za nie wszystkiego). Jeśli widać jak na dłoni, że potrzebują naszej pomocy lub po prostu o nią proszą, reagujmy. Nie chodzi o reagowanie polegające na rozwiązaniu za dziecko sprawy, ale o nauczenie, co zrobić w danej sytuacji. Żeby wiedziało na przyszłość. 

I to jest odpowiedź na pytanie: Kiedy się wtrącać? Jak widzisz i czujesz, że sytuacja tego wymaga. Czasem reagowanie polega wyłącznie na zdawkowym przypomnieniu: „Pamiętasz, jak ci mówiłam, co w tej sytuacji zrobić? To i to. Spróbuj czy tym razem zadziała”. 

Wstydzę się coś powiedzieć

Podczas wczorajszej konsultacji, mama opisała mi konkretną scenkę, doskonale obrazującą problem niepewności i braku wiary we własne kompetencje rodzicielskie.  

Na placu zabaw bawią się dwaj koledzy. Ośmiolatek i pięciolatek. Coś tam sobie budują z piasku. Ośmiolatek (żeby wkurzyć małego i pokazać, że jest starszy i więcej może) trzyma rękę w miejscu, gdzie właśnie buduje młodszy. 

Typowa sytuacja między starszym a młodszym dzieckiem, kiedy starsze wkurza, bo może, a młodsze wkurza się, bo nie wytrzymuje. 

Zabawie przyglądają się mamy, koleżanki. Młodszy denerwuje się tą ręką więc używa wszystkich znanych mu narzędzi do tego, żeby poinformować o swoim niezadowoleniu. Prosi dziesięć razy żeby tamten zabrał rękę, złości się, namawia, tłumaczy, że to miejsce jest mu potrzebne, odpycha jego rękę, przesuwa, ale to nic nie daje. Ręka wraca na miejsce. 

Starszy nie zabiera ręki, bo wiadomo, że nakręca go irytacja młodszego i możliwość dokuczenia. Nie dlatego, że jest jakimś złym, złośliwym dzieckiem, ale dlatego… że może. Jest starszy i to wykorzystuje. Tak to wygląda w relacjach rówieśniczych. 

Co ważne w tej scenie, młodsze dziecko nie zaczęło bić, kopać, wyzywać. Świadomie wykorzystało znane (nauczone przez rodzica) możliwości zakomunikowania swojego „nie”: Nie podoba mi się. Nie mogę budować. Zabierze rękę, bo mi przeszkadza itd. 

Jasne, że to nic nie dało, bo im częściej maluch prosił, tym większa była satysfakcja starszaka. Ostatecznie, po wielu próbach, zrezygnowany pięciolatek zawołał: „Maaaamo, on nie chce zabrać ręki z mojej budowy”. I co? 

Reagować? Nie reagować? 

To pytanie do siedzących na ławce mam, dobrych koleżanek. A że opisuję prawdziwą sytuację, wiem, co myślały i co czuły, bo w drodze powrotnej do domu w końcu o tym ze sobą porozmawiały. 

Obie miały wielką ochotę zareagować, ale żadna nie miała odwagi czegoś głośno powiedzieć, żeby druga nie pomyślała, że ta pierwsza jest nadopiekuńcza, przewrażliwiona i dlatego, że w poradnikach piszą, żeby się nie wtrącać. Martwi mnie absurd sytuacji. 

  • Obie kobiety czuły, że to dobry moment, by zareagować i nauczyć dzieci, jak sobie radzić w takich trudnych komunikacyjnie sytuacjach. Intuicja zadziałała prawidłowo. 
  • Obie tego nie zrobiły, bo poradniki mówią: „nie reaguj”.
  • Obie miały wyrzuty sumienia, że rodzicielsko źle rozgrywają sytuację, ale nie miały odwagi przełamać tego żadnym słowem.
  • Nie porozmawiały też między sobą w tej konkretnej sytuacji: „Robimy coś, czy nie reagujemy? Nie mam pewności. Co myślisz?”. Proste pytanie mogło wiele ułatwić.
  • Obie mogły wesprzeć swoje dzieci (nauczyć czegoś o komunikacji), ale tego nie zrobiły, bo nie czuły się wystarczająco kompetentne.
  • Obie dały dzieciom kilka sygnałów. Straszak dostał informację, że może w ten sposób traktować młodszych i słabszych. Młodszy dostał informację, że to czego uczą i powtarzają rodzice (zawsze możesz na mnie liczyć), nie do końca jest prawdą. To tylko gadanie.

Komunikacja jest ważna

I teraz to, co męczy mnie od lat kiedy słyszę: „Nie reaguj nigdy”. Jak mamy nauczyć dzieci prawidłowej komunikacji społecznej, jeśli nie mówimy im (nigdy), na czym ona polega, bo wszyscy mówią „nie reaguj”? Skąd mają to wiedzieć? Wydedukować? Serio? 

Czy naprawdę wierzysz w to, że jesteś złym rodzicem, jeśli w konkretnej sytuacji wyjaśnisz dziecku kilka spraw, komentując na głos sytuację tu i teraz?

  • Dobrze zrobiłeś, zawsze mów, jeśli coś ci nie pasuje, twoje „nie” jest ważne. 
  • Wiem, że nie posłuchał, ale fajnie, że mu powiedziałeś, bo wie, sprawia ci przykrość. Inaczej by nie wiedział. Teraz wiadomo, że robi to z wyboru, nie z niewiedzy.
  • Podpowiesz, jak zakończyć męczarnie podczas niefajnej zabawy: Ignoruj jego rękę to mu się szybko znudzi jej trzymanie.
  • Może Michał nie rozumie, że ta ręka przeszkadza ci w budowaniu. Michał, zrozumiałeś, co mówi do ciebie Jaś?
  • Tylko się upewniam, że zrozumiałeś/usłyszałeś.

Kiedy i jak reagować? 

Zauważ, że przez reagowanie, nie mam na myśli rozwiązywania konfliktu za dzieci. Nie wpadasz na środek piaskownicy rycząc jak lwica: Zabieraj łapę złośliwy dzieciaku! Nie histeryzujesz nad kondycją współczesnego rodzicielstwa. Nie pouczasz nikogo, jak ma wychowywać swoje dzieci. Uczysz swoje dziecko komunikacji społecznej i masz do tego pełne prawo (a nawet obowiązek). 

Komentujesz konkretną sytuację (wtrącasz się) wyłącznie pod pewnymi warunkami. 

  • Dziecko próbowało (wielokrotnie) rozwiązać sytuację samodzielnie, wszystkimi dostępnymi narzędziami komunikacji, jakie zna.  
  • Widzisz, że młodsze dziecko jest na gorszej pozycji, bo jest młodsze, słabsze. Nie rozumie, że im bardziej się wkurza, tym większą satysfakcję daje starszemu.
  • Dziecko wyraźnie, po wielu nieudanych próbach samodzielnego rozwiązania sytuacji, komunikuje jasno, że potrzebuje pomocy.
  • Prośba o pomoc, nie oznacza oczekiwania, że rozwiążesz za dziecko konflikt. Wystarczy czasem tylko zauważyć lub podpowiedzieć kolejną opcję komunikacyjną.

Rozmawiaj z innymi rodzicami o swoich wątpliwościach tu i teraz: „Patrzę na nich i sama nie wiem, wtrącać się czy nie? Jak sądzisz?”. Nie musicie mieć tego samego zdania, ale przynajmniej będziesz wiedziała, co myśli na ten temat druga strona, zamiast obawiać się, co sobie pomyśli. Komunikacja, serio, to się sprawdza. Możecie obie nie mieć pewności i też w porządku, zróbcie tak, jak wam intuicja podpowiada w tej konkretnej sytuacji. 

Starsze dziecko

Jeśli chcemy wpłynąć na zachowanie starszaka, czasem warto skomentować sytuację podpowiedzią lub sugestią, którą starszak z pewnością zrozumie. Bez oskarżeń czy gniewu. 

  • Jasiek powiedział ci kilka razy, że go twoja ręka denerwuje. 
  • Co zrobisz z informacją od Jaśka?
  • Widzę, że nie reagujesz na zdenerwowanie brata i robisz to specjalnie. 

Starsze dziecko zazwyczaj doskonale wie, kiedy przekracza granicę. A też brak reakcji, gdy zdecydowanie ją przekracza, jest komunikatem: „Możesz to robić, spoko!” oraz komunikatem „Ignoruję cię”. Im więcej takich komunikatów, tym więcej sposobów przyciągnięcia uwagi rodzica i wyładowania frustracji na młodszym. 

Dorosłym często się wydaje, że starsze dziecko powinno już wiedzieć, jak się zachować. Jednak kiedy np. w domu pojawia się młodsze rodzeństwo, wszystko dla starszaka jest nowe. Nie wie, na ile może sobie pozwolić, musi to przetestować, sprawdzić, co nie znaczy, że rodzice musza się zgadzać na każdy taki test. 

Starsze dziecko zna swoją przewagę i czasem to po prostu wykorzystuje. Warto mu uświadomić, że nie zawsze i nie wszędzie może sobie na to pozwolić, czyli reagować. 

Wszystkim będzie łatwiej, jak w konkretnych sytuacjach, starsze dziecko dostanie podpowiedź, jak inaczej niż np. siłą czy pokazywaniem wyższości, upokorzeniem młodszego, rozwiązać daną sprawę. 

Nie chodzi też o powtarzanie: Ustąp mu, przecież jest młodszy. Więcej o tej relacji napisałam w artykule pt. Jak reagować, kiedy młodsze dziecko bije i dokucza starszemu? >>

Młodsze dziecko 

Młodsze dziecko jest zazwyczaj na przegranej pozycji i częściej będzie potrzebowało podpowiedzi, jak się komunikować, żeby komunikat dotarł do starszego, silniejszego, sprytniejszego. 

Młodsze dziecko będzie chętniej korzystało z narzędzi komunikacyjnych podpowiedzianych przez rodzica lub podpatrzonych u rodzeństwa, kiedy będzie czuło, że w sytuacji kryzysowej, rodzic reaguje i wspiera. Nie jest znade tylko na siebie.

Najgorsze jest ignorowanie

Każde dziecko musi czuć się bezpiecznie, żeby jasno komunikować swoje „nie”. Co oczywiście nie znaczy, że to nie musi zawsze działać, chodzi nawyk informowania o tym, co nam się podoba, co nam przeszkadza itd. 

Od lat znane są badania mówiące o tym, że najgorszym rodzajem relacji jest ignorowanie. To, co dla dorosłych jest podążanie za podręcznikowym „nie reaguj, niech sami sobie radzą”, dla dzieci często jest sygnałem „rodzica to nie obchodzi”. 

Nie trzeba wtrącać się zawsze, ale w konkretnych sytuacjach, warto. Bez wyrzutów sumienia, bo jeśli wiesz, że nie jesteś nadopiekuńczym rodzicem, to w czym problem? Chodzi o to, żeby przez rozmowy i konkretne przypadki, nauczyć dzieci zasad komunikacji, dać narzędzia potrzebne do ćwiczenia relacji rówieśniczych, a nie czekać, aż się same domyślą, bo w poradniku napisali „nie reaguj”. 

Jeśli czujesz, że sytuacja wymaga twojej rekacji i któreś z dzieci tego potrzebuje tu i teraz – reaguj.

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i moją codzienność.
Jak pomóc dzieciom ogarnąć codzienne obowiązki?

Jak pomóc dzieciom ogarnąć codzienne obowiązki?

Tym razem w podkaście Tylko dla Mam rozmawiamy o takim ogarnięciu rzeczywistości, dzięki któremu oszczędzimy sobie i dzieciom, wielu powodów do nerwów. Sposobem na to jest zarządzanie własnym czasem. Umiejętność przydatna zarówno w domu, jaki i w szkole, a potem w pracy.  

Zarządzanie czasem to dość ogólne hasło, zwłaszcza w przypadku dzieci. W odcinku skupiam się na konkretnych wskazówkach dotyczących uświadamiania dzieciom, że doba nie jest z gumy, wszyscy mamy tyle samo czasu i dużej mierze od nas zalezy, jak go sobie poukladamy. 

Inspiracją do tematu tego odcinka jest współpraca z Familiowo. Już wiele razy pokazywałam ich planery na blogu Tylko dla Mam. 

Podcast Tylko dla Mam

Jeśli lubisz słuchać krótkich podpowiedzi na temat wychowania wspierającego i komunikacji w rodzinie, dobrze trafiłaś. Nie przegapisz żadnego odcinka subskrybując Newsletter Tylko dla Mam >>

Trudne poranki

Nie chcę dzisiaj mówić wyłącznie o oczywistych rzeczach jak np. nawyki pomagające planować dzień, bo o nich chyba każdy wie. Chodzi m.in. o pakowanie plecaka dzień wcześniej lub przygotowanie ubrań na drugi dzień. 

Oszczędzisz nerwów całej rodzininie, jeśli świadomie podjedziesz do faktu, że o poranku wszystko jest trudniejsze. Zaplanuj więc podstawowe, niezbędne do wykonania rzeczy. Ani jednej więcej. 

Poranki bywają męczące. Wszyscy są poirytowani, zakręceni. Zostawianie problematycznych spraw na rano, jest bezsensownym, niepotrzebnym strzałem w kolanoCzęsto świadomie zostawiamy coś na ostatnią chwilę, a to się nie płaca i warto o tym poinformować dzieci. 

Zarządzanie energią

Chcę się jeszcze skupić na zarządzaniu energią. Rzadko wiążemy to z zarządzaniem czasem. Dla mnie to kluczowy element. Umiejętność zarządzania zasobami energii jest bardzo ważna także w ogólnej komunikacji z dzieckiem. 

Napisałam o tym więcej w artykule pt. Skąd się biorą powody do histerii? >> 

Świadome planowanie dnia z uwzględnieniem spadków energii, jest w wielu przypadkach kluczem do oszczędzenia nerwów. Jest też uwzględnieniem potrzeb organizmu, zatem planowanie czasu ma niewątpliwie związek z potrzebami fizycznymi i psychicznymi (relaks, odpoczynek) człowieka. 

Jasne, że dzieci będą potrzebowały pomocy w określeniu, kiedy są najbardziej aktywne, kiedy potrzebują wyciszenia, a kiedy rozładowania energii. Świadomość tych momentów, daje możliwość optymalnego zaplanowania konkretnych czynności. Warto kilka dni obserwować siebie i dziecko, z notatnikiem w ręku. To się płaci przy planowaniu każdego dnia. 

Jeśli np. dziecko ma spadek energii o 19:00, nie ma sensu siadać do lekcji o tej godzinie. Wiele osób pewnie powie: Ale przecież miało tyle zajęć w ciągu dnia, że nie było kiedy wcześniej ich odrobić. 

Priorytety w zarządzaniu czasem

W tym momencie, do akcji wkracza ustalenie priorytetów. Jeśli w planie dnia dziecka, nie ma wolnego momentu, w którym może wykorzystać swoją zwyżkę energii na lekcje, zdecydowanie warto coś zmienić w tygodniowym (dziennym) grafiku.

Pewnych rzeczy nie przeskoczymy, wiadomo, że do szkoły chodzić trzeba, lekcje też trzeba odrobić. Jednak już piąte zajęcia dodatkowe, nie są koniecznością, a kwestią wyboru. O ten wybór chodzi. 

Poczucie, że dziecko coś traci, bo nie uczęszcza na dodatkowe zajęcia, jest poniekąd bardzo słuszne. Wiele osób wolałoby zapisać pociechę na jazdę konną, zamiast zmuszać do ślęczenia przy zadaniach domowych. 

Są jednak rzeczy, na które godzimy się podejmując pewne decyzje w życiu. Decydując się na dziecko, warto mieć świadomość, że zostanie objęte obowiązkiem szkolnym. Decydując, że będzie go realizować w szkole państwowej (a nie np. w edukacji domowej), zgadzamy się na warunki prowadzenia placówek państwowych. One zadają dużo do domu. To są fakty. 

Jednak, upychanie wszystkiego (zadania domowe i zajęcia dodatkowe), w grafiku dziecka, żeby nie straciło żadnej okazji do rozwoju, przynosi więcej szkody niż pożytku. Trudno, z czegoś trzeba zrezygnować. I to są kolejne decyzje do podjęcia.

Naucz się rezygnować, zanim się zakopiesz

Polityka rezygnowania z nadmiaru zajęć w grafiku, jest bardzo zdrowym trendem. Czasem nam się wydaje, że zarządzanie czasem polega na upchnięciu ile wlezie, a potem odhaczaniu, co się udało zrobić. Nie do końca jest to prawda. Nie chodzi o ilość, a o jakość tego, co robimy. 

Choć prawdą jest, że im więcej mamy do zrobienia, tym bardziej jesteśmy zorganizowani. Nasz mózg wchodzi w tryb: „Muszę podołać”… i to się naprawdę udaje. Przynajmniej do czasu, bo przecież nie da się funkcjonowac na pełnych obrotach przez całe życie. 

Jest to kwestia wyboru, czego chcemy. Czy tysiąca zajęć i radości z ich odhaczania, kosztem zdrowia i zmęczenia? Czy może takiego zaprojektowania dnia, w którym uwzględnione będą „możliwości przerobowe” każdego członka rodziny. Fizyczne i psychiczne.

Zarządzanie czasem, to też umiejętność odpoczywania więc planowanie doby, powinno uwzględniać te ważne momenty.

Jak pomóc dziecku zarządzać czasem?

Im więcej plastycznych narzędzi pokazujących dzieciom, jak wygląda czas (zarządzanie nim, upływ, ilość każdego dnia), tym łatwiej zrozumieją, na czym to polega. 

Dlatego jestem taką fanką wszelkich planerów, kalendarzy, plastycznych elementów pokazujących czas. Dziecko wpisując rzeczy do planera, widzi, ile ma zajęć. Łatwiej mu będzie rozrysowane plany ogarnać, zmieniać, dostosować, optymalizować. 

Doba nie jest z gumy

Plastyczne przedstawianie czasu można zacząć od doby. Warto narysować kolorową tarczę zegara, na której zaznaczycie osobnymi kolorami, pewne odcinki doby.

Na przykład czerwony to poranek, żółty to czas w szkole, zielony to czas na relaks. Dziecko widzi, że gdy wskazówka przekracza jakiś kolor, zabierany jest czas kolejnej czynności. 

Dość powszechnym przykładem jest odrabianie lekcji. Dzieci mają zazwyczaj na to pewien ustalony czas. Jednak zanim się zabiorą za konkretne zadanie, przeciągają czas różnymi czynnościami. 

Jakoś wtedy koniecznie trzeba temperować dziesięć kredek i zrobić porządek w szufladzie biurka. Jasne, że dziecko nie ma ochoty odrabiać lekcji i wymyśla wymówki, żeby tego nie robić. 

Dzieci nie zdają sobie tak do końca sprawy, że tym przeciąganiem, zabierają sobie czas na odpoczynek, zabawę, sport, sen. Warto ten upływa czasu pokazywać. 

Uporządkuj przestrzeń

Ważne jest też porządkowanie przestrzeni. Pisałam o tym w artykule pt. O czym dzieci nie uczą w szkole, a powinni! 7 pytań i odpowiedzi >>

Prawdą jest, że im większy bałagan dookoła, tym większy bałagan w głowie. Dzieci nie inspiruje twórczy bałagan, on je rozprasza. 

Im mniej rozpraszaczy w przebodźcowanym świecie naszych dzieci, tym mniej nerwów w rodzinie.

Obowiązki domowe 

Ważne są też obowiązki domowe i zapisywanie ich w widocznym miejscu. Często wciskamy je w wolną chwilę między graniem, telewizją, lekcjami. Takie wciskanie, nie ma nic wspólnego z wyrabianiem nawyku samokontroli. Każdy obowiązek powinien mieć miejsce na rozrysowanym planie dnia. 

Jasne, że dzieciom zdarzy się zapomnieć o obowiązkach, ale po to właśnie mają plastyczne narzędzia, żeby móc na nie zerkać i o nich przypominać. 

Co ważne, chcąc przypomnieć dziecku o obowiązku, nie stój nad głowa, nie gderaj. Wyślij do miejsca, w którym są zapisane, niech samo sprawdzi, co co jeszcze zostało do zrobienia. W ten sposób wyrabiamy nawyk kontrolowania tego, co dzieje się z czasem i oddajemy dzieciom odpowiedzialność za planowanie ich działań. 

Planer Ucznia

  • suchościeralna tablica magnetyczna
  • 24 magnesy piktogramy
  • marker do tablic suchościeralnych z samoprzylepnym uchwytem

Jak już wiele razy mówiłam, planery Familiowo są w najróżniejszych wersjach (magneryczne, z plastrami mocującymi, mniejsze, wieksze, wersje poszerzone itd.) i odsłonach (duży rodzinny, mniejszy uczniowski itd.).

Jako, że w odcinku skupiłam się na organizacji czasu dzieci, zerknijcie na Planer Ucznia. To w nim Karolina zarządza swoim czasem. I oprócz tych wszystkich profitów, o których mówiłam w odcinku podcastu, jest jeszcze jeden Poczucie, że dziecko ma wpływ na swoje życie. 

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i moją codzienność.
Czy rodzice naprawdę mogą uchronić dzieci przed zagrożeniami z internetu?

Czy rodzice naprawdę mogą uchronić dzieci przed zagrożeniami z internetu?

Chcąc chronić nasze dzieci przed ciemną stroną internetu, przegapiliśmy jedną ważną kwestię. To my – rodzice – w dużej mierze jesteśmy ciemną stroną internetu. Zacznijmy chronić dzieci przed podawaniem intymnych danych w sieci. 

 

Tym razem nie mam na myśli tzw. hejtu, złotych porad (o które nikt nie prosił) czy podawania danych prywatnych (adres, pesel itd.) czy uzależnienia od ekranów. O tym ostatnim napisałam i opowiedziałam sporo na blogu Tylko dla Mam.

 

 

Teraz chcę się skupić na podawaniu przez rodziców DANYCH INTYMNYCH. Poszliśmy o krok dalej niż tylko dane wrażliwe. Dzielimy się intymnością naszych domów, rodzin i dzieci. Ostrzegamy je więc przed internetem, który sami tworzymy. 

 

Rodzice w sieci

 

To my – rodzice – wrzucamy zdjcia małych dzieci w każdej niemal sytuacji. Opisujemy intymne szczegóły z ich życia, pokazujemy filmiki, żeby świat zobaczył jacy jesteśmy:

 

  • zaangażowani (Tyle fotek rodziny, to chyba coś znaczy!), 
  • szczęśliwi (Uśmiechy znad drinków, obok bawiące się dzieci, jestem wyluzowanym rodzicem!),
  • wyluzowani (Opowiemy o wszystkim, bez skrępowania!),
  • jaka jest prawda o rodzicielstwie (filmik na IG z gorączkującym dzieckiem, nijak nie pomaga mu wyzdrowieć).

 

Tych powodów jest znacznie więcej. Pewnie każdy ma swoje. Od razu powiem, że nie chodzi mi o wykasowanie wszystkich postów i milczenie, „bo tak bezpieczniej”. Nie chodzi mi o to, żeby nie dzielić się radością czy każdą inną emocją. Chodzi mi uważność.

 

Wiem, że lubimy przeginać w jedną lub w drugą stronę i za chwilę usłyszę: Ale to już nic nie można pokazać/powiedzieć? Nie przesadzaj. Można, jasne, ze można. Internet, jak wszystko w życiu, jest szary (albo wielokolorowy). W każdym razie, nie jest tylko biały lub tylko czarny. Nie trzeba stawiać sprawy na ostrzu noża.

 

Internetowe wiadomości

 

Jednak, czytając posty tylko w mojej własnej grupie książkowej (książkowej, temat jest ściśle dookreślony) mogę wymienić z imienia i nazwiska, oznaczyć po miejscowości czy poznać na zdjęciu: czyja córka ma problemy z trzymaniem moczu, czyj syn cierpi z powodu złamanego serca (i jaka wredna ta jego koleżanka), czyje dziecko zjada smarki, u kogo w domu używa się do określania części intymnych słowa „cipka”, a u kogo  „muszelka”, że dziecko pani Hani zwymiotowało w kościele. Wszystko to wiem, bo spędziłam godzinę czytając posty w grupie książkowej.  

 

I teoretycznie, nie ma niczego złego w tych informacjach. Są prawdziwe, są codziennością rodziców, są podzieleniem się doświadczeniem, są szczerym rozmawianiem na różne tematy inspirowane książkami. Gdyby tylko zostały wypowiedziane w gronie znajomych, pewnie nikogo by szczególnie nie zaciekawiły. Stają się niebezpieczne (czasem krzywdzące) w momencie, gdy trafiają do internetu. Warto podkreślić, że nie trafiają tam przypadkiem, przyniesione przez niesforny wietrzyk. Rodzice publikują  je w sieci.

 

Wiem, że my się dopiero uczymy tych wszystkich nowoczesnych technologii i obracania się w mediach społecznościowych, ale to nas nie zwalania z myślenia. I jeśli się uczymy, to może na sobie, nie dzieciach. 

 

  • Pokaż jak TY wyglądasz z gorączką, zamiast filmować dziecko prosząc internetowe ciocie o słowa otuchy.
  • Opowiedz, jak nazywasz własne części intymne, zamiast informować świat, jak je nazywasz u dziecka.
  • Zrób SOBIE zdjęcie w kąpieli i podziel się emocjami ze światem.
  • Masz brudną koszulkę. Śmiało, zrób relację z tego, jak się przebierasz w czystą.
  • Eksperymentuj na sobie!

 

Ale co to komu szkodzi?

 

Jeśli podajemy intymne dane rodziny w internecie, jest więcej niż pewne, że kogoś mogą zainteresować. Nie mówię już nawet o internetowych zboczeńcach, których nie znamy i pewnie nigdy nie poznamy z imienia i nazwiska. Choć oni z pewnością mają z takich spraw używanie. Dostają je od nas (rodziców!) w prezencie.

 

Ale nawet pomijając słynnego internetowego pedofila (to nie jest mit, zgłosiłam wczoraj kolejny profil). Nasze dzieci mają znajomych, a ich znajomi mają starsze rodzeństwo, swoich znajomych itd. Nie trzeba wiele, żeby ucieszyć znajomych znajomych, że u was w domu słowo cipka, muszelka, czy fistaszek, są w użyciu.

 

Może ci znajomi znajomych nie zrobią z tą informacją nic, a może coś. Z pewnością jest to rarytasik dla dzieci, które nie przepadają za twoimi dziećmi. (Jeśli nie dzisiaj, to w przyszłości, a w necie nic nie ginie). Dostają te informacje w prezencie od rodziców. Nie od złego internetu, ale bezpośrednio od nas. 

 

Rozmawiać czy nie?

 

Rozumiem, że to podawanie danych intymnych jest najczęściej osadzone w jakimiś ogólnym kontekście lub jest prośbą o pomoc w trudnej sytuacji, ale informowanie o tym internetu, przynosi więcej szkody niż pożytku.

 

Wiem, że czasem chcemy poruszyć ważny społecznie temat, ale naprawdę, można to robić ogólnie, bez podawania danych intymnych w sieci. Nic mi do tego, co kto robi na swoich fanpejdżach czy prywatnych profilach, ale w grupie, którą prowadzę, będę je ścigać tak, jak kiedyś (mam nadzieję) będzie to robić internetowa policja. 

 

Fajnie by było, gdyby nam ktoś powiedział, co wolno, co wypada. Nie ma jednak w większości przypadków regulacji prawnych dotyczących intymnych danych przekazywanych z własnej woli do internetu. Kiedyś pewnie takie regulacje będą, nasze dzieci będą się pukały w głowę, jak można było coś takiego napisać/pokazać. Dzisiaj jeszcze działamy na czuja. Co nie znaczy, że można wszystko. 

 

Internet nie musi tego wiedzieć

 

Mam nieodparte poczucie, że część dorosłych uważa, że jak coś nie zostanie pokazane/powiedziane w internecie (na IG, fejsie czy gdziekolwiek), to ma mniejszą wartość.

 

  • Tak, rozmawiam z dzieckiem otwarcie o seksie, ale jak nie poinformuję na forum, to ktoś może pomyśleć, że tego nie robię.
  • Tak, byłam na fajnych wakacjach, ale nie pokazałam żadnej relacji. Kto mi uwierzy?
  • Przyszła paczka z książkami – fotka.
  • Dziecko samo robi kanapkę – fotka.
  • Mam nowe buty – fotka.
  • Nie mam nowych butów, bo lubię stare – fotka.
  • Jedziemy na urodziny prababci – relacja na IG.

 

Ktoś może zapytać, co jest złego w pokazaniu fotki butów czy książek? No nic, jeśli się to robić raz na jakiś czas. Problem zaczyna się wtedy, gdy czujesz, że jak nie pokażesz, to coś stracisz.

 

Miewacie tak? 

 

Sama się tego uczę każdego dnia i z przerażeniem patrzę na ilość popełnionych przeze mnie głupot. A naprawdę staram się pilnować, choć testuję (na sobie) różne opcje.

 

Podczas tegorocznego urlopu, postanowiłam zrobić relację na IG z fajnego miejsca. Poczułam, że świat musi się o nim dowiedzieć (choć wiedział o nim od dawna, nie było to dziewicze odkrycie). Chciałam sprawdzić, jak się żyje dokumentując rodzinny czas.

 

Nagrywałam krótkie filmiki, opisywałam, komentowałam, podczas gdy moja rodzina po prostu bawiła się, zwiedzała, rozmawiała. Pod koniec dnia byłam wściekła, że straciłam fajny dzień. Zamiast go spędzić z rodziną, spędziłam go z internetem. 

 

Skasowałam relację, naplułam sobie w brodę i już więcej nie popełnię tego błędu. Do dzisiaj jestem wściekła, ale sama sobie dałam nauczkę. I nie dajcie sobie wmówić, że taka relacja z wycieczki zabiera tylko kilka minut. Nie jest to prawda. 

 

Trzeba rozmawiać!

 

Rozumiem też argument, że dzisiaj rozmawia się o wszystkim, kiedyś tego nie było, było więcej tematów tabu. Jasne, że tak. Sama do tego rozmawiania z dziećmi na każdy temat, namawiam od lat.

 

Jednak NIE namawiam do dzielenia się każdą taką rozmową w sieci. Namawiam do rozmawiania na każdy temat z dzieckiem, rodziną, nie z internetem. Jak porozmawiamy w domu, wśród bliskich, bez relacji w sieci… też się liczy. Nawet bardziej!

 

W przypadku budowania relacji w rodzinie i poczucia bezpieczeństwa dzieci, to co NIE zostanie pokazane/powiedziane głośno w internecie, ma o wiele większą wartość niż to, o czym trąbimy, oznaczając przy tym firmy, instytucje czy telewizje śniadaniowe. Serio, śniadaniówkowy fejm, nie jest wart handlowania intymnymi danymi rodziny. Bez lakjów pod zdjęciem dziecka na nocniku, też da się odpieluchować. 

 

Nie myl pracy z rzeczywistością

 

I żeby była jasność, nie mówię teraz o blogerach czy innych twórcach zarabiających w sieci właśnie przez pokazywanie serialu z życia rodziny. To ich praca zarobkowa, taką wybrali więc poniekąd muszą ten serial kręcić, inaczej nie zarobią. To ich wybór i chyba temat na inną dyskusję. 

 

Paradoksalnie, osoby zajmujące się pokazywaniem rodziny zawodowo, mają to (często, bo nie zawsze) dokładnie przemyślane i pokazują „fragmenty scenariusza”, a nie rodzinę „jak leci”. 

 

Sprawa jest prosta

 

Jeśli ktoś ma ochotę szukać „tego złego” w internecie, wystarczy przejrzeć własny profil na fejsie lub napisane w grupach posty. W internecie nic nie ginie i nikt tak naprawdę nie jest anonimowy. 

Mocno się napracowałam przy tym wpisie, teraz liczę na Ciebie, bo chciałabym żebyśmy zostały w kontakcie. Jak? Jest kilka możliwości, mam nadzieję, że skorzystasz:

  • Zostaw proszę komentarz, bo dla mnie każda informacja zwrotna na temat mojej pracy, jest bardzo ważna.
  • Jeśli uważasz, że piszę z sensem i o ważnych sprawach, podziel się wpisem ze znajomymi.
  • Polub Fan Page na Facebooku, jest tam już mnóstwo mam, zapraszamy!
  • Koniecznie zajrzyj na stronę Podcasty, gdzie czeka cała masa krótkich porad wychowawczych do odsłuchania.
  • Obserwuj profil na Instagramie, tam znajdziesz kulisy bloga i moją codzienność.